środa, 1 kwietnia 2009

że prima aprillis, że chuje muje

Bzdety związane z robieniem kogoś w trąbę pierwszego kwietnia, mam za sobą ho, ho! Z politowaniem obserwuję: „O, masz dziurę w pończosze” lub „Ale plama na swetrze”, a weźcie! Od wielu lat nikt nie robił mnie w bambuko, bo i ja nikogo. Generalnie pierwszy kwietnia, jest pierwszym kwietnia i kropka.
Mój telefon, rzecz martwa najwyraźniej nie podzielał mojego zdania. Już wczoraj wieczorem nie chciał czytać ładowarki. Wściekłam się cokolwiek, bo ciągle czekam na decyzję byłych pracodawców oraz z nią związanym telefonem od mojego pełnomocnika.
Strzelił focha i on nie będzie się ładował, mało tego, nie będzie się włączał...Wcale.
Nawet po całej nocy przy „cycku”!
Ponieważ aparat jest bardzo wartościowy, pod wpływem nagłego wkurwa wyżyłam się na ładowarce i jednym cięciem masarskiego noża odcięłam łebek od reszty kabla oraz konstrukcji go wiążących. Słowem, pozbyłam się karmicielki mojego cennego „dziecka”. Wrzuciłam zrujnowaną ładowarkę do śmieci i przypieczętowałam ten akt siarczystym splunięciem! - Wypierdalaj – dodałam.
Rano, kiedy „dziecko” nadal odmawiało posłuszeństwa, pojechałam do ojców, podłączyć się pod tatową ładowarkę. I nic. Telefon robił krótkie „bzyk”, ekran na sekundę zmieniał się z czerni i bezwładu na biel, następnie znów popadał we wspomniany bezwłąd i ...chuj! A wizja dzwoniącego pełnomocnika wisiała nade mną coraz mocniej.
Zgarnęłam zwłoki, popędziłam do domu po papiery, a następnie do punktu obsługi klienta.
Z fochem oznajmiłam miłej, bardzo miłej pani, że telefon nie ma funkcjona, a ja mdleję, bo już na pewno dzwonił do mnie ktoś w ważnej sprawie.
Pani przelała moją histerię na formularz zgłoszeniowy aparatu do naprawy. Napisała, że się nie włącza choć wypróbowano dwie ładowarki. Ponadto bateria nie trzyma, jak napisano w instrukcji 5 dni, a zaledwie 2.
Podpisałam stosowne dokumenty przekazania „dziecka”, do domu opieki, podpisem przyjęłam adopcję brzydkiego bękarta, bez aparatu i gabarytów szczęścia.
Zabierałam się do wyjścia, kiedy pani wpadła na pomysł - jednak włączenia „dziecka”!
Ono uśmiechnęło się do niej głównym menu, zażądało hasła... Zamarłam.
Czego pani chce? - Zapytała kobieta i popatrzyła na mnie wymownie.
Czy ja wyglądam na osobę lubiącą rozbić z siebie idiotkę? - Zapytałam.
Oddałam bękarta, zabrałam swoje, oddaliłam się i nawet przez myśl mi nie przeszło, że to nie koniec, że jeszcze bede się wkurwiac w necie, bo moi przyjaciele posłużą się moim osobistym nazwiskiem dla stworzenia strony i kilku chwil śmiechu... 1 kwietnia, jeżeli już, należy zaplanować miło, sympatycznie i bezboleśnie. Przecież to nie jest, kurwa mać, zimna sfera, ciesząca się szczególymi prawami!

4 komentarze:

  1. Hym. Ale znaczy co. Działa tak całkiem bezproblemowo...? Złośliwość rzeczy martwych kurczaki. My mieliśmy fajną historię z drukarką, która jakoś pod koniec gwarancji zaczęła pobierać papier tylko jedną stroną. Wyłączaliśmy ją i włączaliśmy milion razy, w końcu zapadła decyzja, że trzeba do serwisu żeby jeszcze na tej gwarancji zdążyć. Już-już mieliśmy ją pakować do pudła i wywozić kiedy mnie coś tknęło, zanurkowałam ręką do wnętrza dziury na papier i... wyciągnęłam stamtąd długopis. Pękaliśmy ze śmiechu wyobrażając sobie minę pana w serwisie jakby to on ten długopis wyciągnął...;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Na szczęście już 2 kwiecień i może też telefon przejdzie nad tym do porządku dziennego. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Dowcip musi byc smieszny. Ten internetowy był raczej żałosny i bezmyślny.
    Na telefon to słów nie mam. Mam za to zapasowy ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kasik - Ta zaraza działa do teraz bez zarzutu. Nie mam pojecia, co w niego wstapiło. Kupiłam nowa ladowarke, zobaczymy co bedzie, jak go podlacze...Zaraz

    Monika - Przeciez w zyciu nie moze byc normalnie. Zawsze musi sie cos dziac.

    Sze - Mama mi chciala dac...siemensa. Powiedzialam, ze dziekuje, bo te aparaty, to dopiero mnie wkurwiają. Dzizas, na ścianie mógłby wylądować.

    OdpowiedzUsuń