czwartek, 30 kwietnia 2009

Ma (!!!), że boli...

To jest moje czwarte podejście do napisania posta, mało tego, to jest też czwarty temat. Telepie mną dyskomfort emocjonalny. Zaczynam o istotnych rzeczach, kończę akapit, podkreślam i wciskam delete.
Dzień był, zdawałoby się miły, bezstresowy, bo wszystko olałam. Uciekłam od problemów. Kategorycznie odmówiłam odwiedzenia dziadka, choć o mnie pytał.
- Nie pójdę i już. - Zaczepnie spojrzałam na siostrę, stojąc w ogrodzie. - Nie mam dziś do niego nerwów. - Nawet nie usiadłam.
Kucnęłam nad oczkiem, przyglądając się szwagrowi, montującemu pompę do mini wodospadu oraz trzem pomarańczowym rybom i czekałam, aż siostra będzie gotowa do wyjazdu na szczepienie Nikoli.
Do tego chwilę wcześniej wkurwił mnie "szczyt"(?)- miejski o 10 rano(!), bo jak ten chuj tkwiłam w tym jebanym aucie!
U rodziców było wesoło. Przyszła Jaga z Jurkiem, trochę potrajkotała o obecnym popycie na sałatę, a że szczypior ma dorodny za niską cenę, a że pomidory, że palce lizać... Położyła mamine zamówienie w reklamówce na meblach, skasowała należność i zachlewając się kawą, jęła opowiadać nam kawały.
Jadąc po Miśkę, byłam megachujem w aucie, tkwiącym w korkach z turbo dopalaczem.
Ony dopalacz, objawiający się drgawkami z lekka trącanymi humanfurias, ciskał na me usta bluzgi w tonie czystego sopranu, acz "refreny" - no patrz, co chuj wyprawia - kłoniły się ku altowi. Bas osiągnęłam, kiedy jeden Wan bezczelnie odebrał honor mojej Fieścinie. Wcisnął się rzeczony, phi, Wan przed jej nosek, omal go nie miażdżąc.
Użyłam nawet barytonu, w postaci klaksonu! Ale co tam, pojechał, nie racząc przeprosić. Syndrom większego. Oby rano miał za luźny pasek klinowy i zesrał się kwasem akumulatorowym!
Wjechawszy na moją dzielnię, szybko wbiłam się w boczne uliczki i stres spowodowany korkami zaraz minął.
Przyjechałam z Miśką prosto do domu.
Niebo zawisło nad nami kawałkiem ciężkiego metalu. Wiatr dmuchał w firanki, jak w żagle.
Kota porujna ma bojowe, wkurwiające nastroje, których ofiarami są: Wczoraj Mijo warczący na nią wsciekle, dzisiaj Miśka wylewająca łzy pretensji i głaszcząca sobie głębokie rany na nogach. Kota dostała ode mnie w końcu ścierką przez kark. Trzy razy zaatakowała Miśkę bez powodu, z czego dwa razy widziałam to na własne oczy.
- Mnie nie drapie i nie gryzie. - Skwitowałam, może zbyt ostro, pretensje dziecka.
Jest po północy, a ja ciągle mam bojowy nastrój...
Ojacię, przecież ja jestem przed... Zmylił mnie brak zapotrzebowania na czekoladę... Za to w mordę bym dała, a jakże!
Japę bym otworzyła szeroko, jak smok wawelski i podpiekła, co bardziej "kulawe" egzamplarze stojące mi na drodze.

środa, 29 kwietnia 2009

Dziadka tylko podstępem.


Beztrosko rozsiadłam się dziś z kawą w ogrodzie siostry. Myślałam o tym, że żałuję, iż nie będę mogła jutro porobić zdjęć Miśce, sadzącej bratki w przedszkolnym ogrodzie. Każdy rodzic przyniósł jakiś kwiatek dla swojej pociechy. Zatem nie tak do końca beztrosko. Muszę zawieźć siostrę z dzieckiem na szczepienie. Może przedszkole uwieczni te botaniczne wyczyny na fotografiach. Tylko kto wie, czy mojej kruszynki nie przysłoni jakaś więkasza koleżanka lub kolega.
Z rozmyślań wyrwały mnie siostrzane, głośne odruchy wymiotne, dochodzące z góry domu. Po chwili wybiegła na podwórko:
- Ja nie dam rady, pomóż mi proszę! - Wierzchem dłoni wycierała nos, a z oczu ciekły jej łzy.
- Bardzo? - Nie potrzebowałam specjalnie wypytywać.
- Ojapierdolę! - Odpowiedziała łapiąc się za głowę.
- Mówiłam, że ten twaróg na śniadanie był za zimny. Prosiłam go, żeby jadł powoli. - Zwlekłam się z fotela i jak na skazanie, podreptałam za grzmiącą i gestykulującą siostrą.
Biedny nasz dziadek popuścił w gatki, z gatek poszło w kalesraki i nogawicą wyskoczyło na dywan. Człapiąc do łazienki zostawił za sobą ścieżkę. Patrzył na nas przepraszająco i od razu powiedział:
- Ja nie wiem, kto to nasrał na dywan. Chyba pies. - Czym mnie rozbroił.
- Chujes, piździes. - Rzekła pod nosem Karina.
Akcja sprzątanie, poza "łekaniem" raz po raz, przebiegła gładko i szybko. Wietrzenie, te sprawy i przyszła kolej na dziadka:
- Rozbieraj się do kąpieli. - Stanełyśmy nad nim.
- A na co? Ja się umył. - Odparował.
- Roznosisz fekaliczny odór. - Powiedziałm twardo.
- Co? - Zrobił oczy.
- Śmierdzisz gównem. - Przełożyła siostra.
- A, kurwa jego mać, wam wszystko śmierdzi! Stary jestem, to mogę śmierdzieć! - Strzelił laską o podłogę i poczerwieniał. Siostra wzięła głęboki oddech, by krzyknąć, ale szturchnęłam ją i łagodnie powiedziałam:
- Jutro przychodzi ta młoda pielęgniarka do ciebie, a ty będziesz śmierdział? - Wzięłam się pod boki.
- To jutro piątek? - Znów zrobił oczy.
- No piątek, a myślałeś, że co? - Wtrąciła się Karina, wychwyciwszy podstęp.
- Że czwartek. - Zamyślił się przez chwilę i już bez dyskusji poddał się kąpieli, bo ta młoda pielęgniarka cholernie mu się podoba - "Jest taka miła i delikatna..."
Do jutra zapomni, że go oszukałyśmy, gdyż dziadek pamięta tylko kto oraz ile kasy od niego pożyczył.

Zdjęcie przedstawia skwerek, na którym tatuś urzędują bodaj przez pół roku. O tej porze rajskie jabłonie wyglądają jak damy. Potem ich owoce są pyszne na zagryzkę. Stąd powiedzenie matki: "Poszedł pić pod rajskie jabłko".
Nadal śpiewam Dodę...

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Dod"ów" ci u mnie dostatek.


- Czy pani dziecko weźmie udział w konkursie karaoke? Już mało czasu zostało. - Zaczepiła mnie jakaś kobieta w przedszkolu. Pewnie organizatorka. W sekund trzy przeleciałam w myślach swoje płyty, ubogi zbiór. Przecież Amy Winehouse z niej nie zrobię, za duża inwestycja, a Metallica czy U2, to faceci.
- Kiedy to ma być? - Zapytałam.
- 5 maja - odpowiedziała i zwróciła się do Miśki. - Będziesz śpiewać do mikrofonu?
- Tak! - Zaklaskała i podskoczyła.
Pojechałyśmy do domu. Przejrzałam muzykę. Nic nie mam i warto by było znaleźć coś po polsku. Latem ubiegłego roku, na życzenie dziecka ściągnęłam jej Blue Cafe, "Czas nie będzie na nas czekał", ale to są smuty, co ona przy tym zatańczy? Pokiwa się, a gdzie spektakl?
Nastepnego dnia wybiegła z sali i zakomunikowała:
- Mamusiu, ja będę śpiewać to - Nie daj się, ludzie niech swoje myślą! - Aha, Doda Elektroda, łomatko. No tak, dziecięca gwiazda.
Zawróciłam do sali i zagadnęłam panią Karolinę:
- Ja nie mam tej piosenki.
- Ja mam, pożyczę pani w poniedziałek płytę. - Odpowiedziała z uśmiechem.
"Tylko skąd ja wezmę lateksowe, różowe spodenki."
- Masz tu różowy berecik z daszkiem po Julce, weź koszulkę, markerem napisz - Królowa jest tylko jedna, jakąś różową spódniczkę, różowe okulary ma i szafa gra. - Podsunęła pomysł siostra.
Od popołudnia po domu pląsa mi mała Doda, w głośnikach Doda i kota, co jęczy w rui. Ochujeję!
Jutro jesteśmy umówione z Weroniką, córką sąsiadki, ekspertką od Dody, na układanie choreografii. Ocipieję i ochujeję!
Nie dlatego, że moje dziecko osaczyło mnie tą sieczką i w kółko leci to pierdolone "nie daj się...". Ochujeję, że muszę udawać, jakie to jest ładne i śpiewać w duecie i tak do przyszłego wtorku!
Jaaasne, że mogłabym wyznaczyć, powiedzmy godzinę dziennie na naukę... Ale liter, cyfer. Jeśli chodzi o muzykę oraz Miśkowy hit, to nie ma zmiłuj. Potańczyć mogę krócej, zaprzeć się, że więcej nie i basta, ale słuchać będę non stop. I nie będzie, że nie daj się, będzie - ludzie niech swoje myślą...

Serafinę wezwała natura!

W piątek rano Serafina obudziła mnie swoim mruczeniem, płaczem i w ogóle dziwnym zachowaniem. Przetarłam oczy, zwlekłam się z łóżka i podreptałam do kuchni. Nasypałam jej do miski suchego, nalałam swieżej wody, ale ona niespecjalnie była tym zainteresowana. Łasiła się do nóg od krzeseł i stołu. Wypuściłam psa i wróciłam do kuchni. Kota na mój widok padła do pozycji "czołgaj się", wypięła zad, ogon odgięła na bok i jęła przebierać tylnymi łapami mrucząc rozkosznie. Załapałam.
- Jak przyjdzie na nią czas, to zauważysz. - Przypomniały mi się słowa Szeherezady.
Rzeczywiście trudno to przeoczyć! Biedną Serafinę wezwała natura i czołga się od kilku dni w nadziei, że nagle wskoczy do domu samiec i ją weźmie, gotową.
Dziś w nocy przeszła samą siebie. Najpierw darła się od 23.00 do prawie pierwszej. Nerwowo już psikałam na nią, co w końcu poskutkowało i położyła się spać. O 2.30 akcja zaczęła się na nowo. Tym razem tarzała się po pokoju, zawodząc tak charakterystycznie, jakby dziecko płakało. Złapałam kapeć i cisnęłam w stronę, z której dochodził dźwięk. Zacichła na chwilę i przeniosła się do kuchni, by tam w spokoju oddawać się rozkoszom.
Ludzie, czy to długo potrwa? Mam zarwaną noc. Szczerze biedaczce współczuję, ale na razie nie mam kasy, by ją wysterylizować. Jednak gdy dostanę zwrot podatku, to to będzie pierwsza czynność, jaką zrobię, bo drugi raz tego nie zniEsę! Do tego zupełnie straciła apetyt, kryste!
APDEJT

W sobotę byłyśmy z Miśką na zaległej imprezie urodzinowej mojej chrześnicy. Zaczęła się o 15.00 w ogrodzie siostry. Dotarłyśmy na po szesnastej, bo dziecko ucięło sobie drzemkę. Przybyła również kuzynka - Monika z mężem - Jackiem, którego lubię najbardziej ze wszystkich swoich szwagrów. Do niedawna mieszkali w Anglii, ale tęsknota za ojczyzną wygrała.
W pewnym momencie do stołu podbiegła Miśka z fochem, że Julia wyzywa ją od małych smrodów.
- Ciocia pokaże ci, co masz zrobić. - Monika przyciągnęła Miśkę do siebie. - Te paluszki zaciśnij, a ten wystaw...
Dziecko w podskokach oddaliło się od nas. Po chwili z wrzaskiem przybiegła Julia.
- Ciociu, a Miśka pokazuje mi fakju!
- No i co narobiłaś?- Zwróciłam się do Moniki.
Teraz muszę tłumaczyć, że to brzydko, że tak nie wolno, srutu-tutu.

piątek, 24 kwietnia 2009

Tatusiowy plan - z dziadem na lody.

Tatuś zatrzęśli się na opowieść o Miśkowej eskapadzie do sklepu z panem.
- To szczyl! Żeby jej brakowało... Przyjeź z nią potem, ja sobie ją wypożyczę na słówko. - Wyjął mi prośbę z ust. - A Władkowi zapierdolę w łeb! - Otworzył lodówkę.
- Siwuś, tylko wiesz, edukacyjnie, nie wytrząchaj się nad nią. - Matka odwróciła się znad zlewozmywaka.
- Dobra, dobra. - Wsadził kawałek kiełbasy w usta i wyszedł z domu. Tatuś stres zagryzają, jak ja.
Dzień przesiedziałam w czytelni naukowej, a i tak brakuje mi materiałów na temat skargi konstytucyjnej. Nie pojadę do Wrocka, bo nie mam za co. Muszę głębiej pogrzebać w necie i udać się jeszcze jutro do biblioteki w rynku.
Po drodze do rodziców, z Miśką rozłożoną w foteliku, beztrosko nucącą coś tam pod nosem, rozmyślałam o tym, jak to tatuś będą prowadzili wykład. Czy zastosują szereg zakazów, bo wpierdol, czy sięgną po bardziej wyszukane środki.
Akcja przeszła moje najśmielsze oczekiwania.
- O, cześć Misia, jak było w przedszkolu? - Zapytał i uzyskawszy odpowiedź, że fajnie, wyszedł z domu. Pytająco spojrzałam na matkę. Mrugnęła, znacząco kiwając do mnie głową.
- Babcia ma barszczyk, zjesz? - Zapytała panoszącą się już po domu naszą prezenterkę. Ona nie jest głodna. No to niech idzie na podwórko, kupa dzieci biega.
Młoda naszykowała się do wyjścia, ale zawróciła:
- Babciu, masz coś słodkiego? - Aż dziw, że nie zadała tego pytania zaraz przy wejściu. Dostała batonik, poszła. Przykleiłam oko do judasza, poszła. Odwróciłam się do matki.
- Ojciec stoi z Heńkiem na zapleczu lodziarni. - Sięgnęła po telefon, wykręciła numer. - Słuchaj, wyszła! - Wyłączyła się. - Chodź, idziemy piętro wyżej do okna klatkowego. - Machnęła na mnie ręką. Nie zadawałam żadnych pytań, bo domysliłam się, że tatuś uknuli terapię lekko szokową, ale jaką konkretnie, miałam dowiedzieć się za chwilę.
Do Miśki, nieśmiało stojącej tuż za progiem bramy i rozglądającej się za znajomymi twarzami podszedł Heniek. Mama nazywa go Kaszpirowskim, bo naprawia ojcu samochody często tak, że rozłoży, napije się i nie umie złożyć.
- Co tak stoisz malutka? Kupić ci loda? - Zapytał Heniek schylając się i opierając ręce na kolanach. Szturchnęłam matkę, bo poczułam się jak w amatorkim teatrze pod psem. Wygwizdałabym go. Ja bym go wygwizdała, ale Miśce bardzo się ten spektakl spodobał, żeszkurwa!
- Tak, ale z czekoladą! - Postawiła warunek.
- Dobrze, to chodź. - Wyciągnał rękę. I tu ona się zawahała.
- Muszę zapytać mamusię. - Zrobiła półobrót.
- Ja już z mamusią rozmawiałem i pozwoliła. - Wbiłam wzrok w czubek głowy mojego dziecka dpingując je. Nie daj się zwieść, nie daj, proszę, bądź mądrą dziewczynką. Zobaczyłam malutką rączę wślizgującą się w wyciągniętą dłoń i schowałam twarz w moich rękach.
Zbiegłyśmy z matką po schodach i zza rogu obserwowałyśmy dwie postaci odbierające lody. Miśka już zupełnie beztrosko chwyciła wafelek obiema łapkami i coś tam trajkocząc oblizywała biały krem. Heniek wkroczył do akcji. Położył rękę na jej plecach i lekko popchnął w kierunku przeciwnym do podwórka. Mała, jak w amoku jakimś uszła kilka kroków, zatrzymała się, obejrzała za siebie i rzekła:
- Ja muszę do mamusi.
- Nie musisz, masz loda, chodź ze mną. Ja cię zabiorę, po co ci mamusia? - Haniek uśmiechnął się do niej.
- Nie, nie, ja chcę do mamy! - Krzyknęło dziecko. I tu do akcji wkroczył tatuś.
- Wynocha dziadu! Chciałeś dziecko matce zabrać. Miśka wyrzuć tego loda, dziadek ci kupi nowego. - Na te słowa dziecko rzuciło loda pod nogi i przylgnęło do dziadkowego uda. Rozpłakało się. Tatuś wzięli ją na ręce i podążyli w stronę domu. Leciałyśmy na górę, omal nie łamiąc nóg, bo lodziarnia jest tuż za rogiem. Zdyszana wsadziłam oko w judasz.
- Uuuuu, a mamusia czeka w domu? - Pytała prezenterka.
- Czeka, a jakby dziadka nie było, to by cię dziad zabrał. - Weszli. Miśka wyciągnęła do mnie łapki.
- Taki dziad chciał mnie zabrać! - Krzyknęła rozpłakując się jeszcze bardziej.
- A co ci mówiłam? - Nic innego nie przyszło mi do głowy. Tatusiowi przyszło coś jeszcze gorszego.
- Jak jeszcze raz pójdziesz z kimś na lody, to ci dziadek pachem wleje!
Długo jeszcze z nią rozmawialiśmy we trójkę. Szkoda mi jej było przeokropnie. Gdy już przestała nas słuchać i jęła zmieniać temat uznaliśmy, że na dzisiaj wystarczy.

środa, 22 kwietnia 2009

Ze strachu mogłabym nastukać dziecku.

Niedawno widziałam film pt. "Pogotowie Rachel". Dziewczynka jeżdżąca na rowerze nagle zostaje z niego zdjęta silnymi łapskami, wrzucona do samochodu i uprowadzona. Następnie zgwałcona i zamordowana. Zrozpaczona matka uruchamia właśnie takie pogotowie, które polega na szybkim przekazywaniu wiadomości drogą satelitarną. Poprzez swoją rozpacz, matka chce pomóc innym rodzicom, by w ich przypadkach nie było za późno.
O tym filmie przypomniałam sobie podczas dziesiejszej akcji pod kryptonimem "dziecko poszło z panem do sklepu".
Wróciwszy do domu postawiłam fasolę do gotowania na po bretońsku, Miśka zjadła zupę i poszła bawić się z dziećmi. Raz po raz wychodziłam na balkon kontrolować radosne brykanie. Robię to średnio co 10 - 15 minut.
Nagle wychodzę, bo jakoś zacichło, patrzę, bachornia zniknęła w komplecie, sztuk cztery. Pomyślałam, że znów urzędują na klatce schodowej, co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Po pierwsze primo, nie jest to miejsce zabaw. Po drugie primo, nie mam oka na swojego szkodnika, gdyż z klatki jest też wyjście na ruchliwą ulicę. Po trzecie primo, robią tam syf większy, niż jest na codzień.
- Miśka!!! - Wydarłam japę.
- Ona poszła z jakimś panem do sklepu.- Córka sąsiadki wychyliła łebek za barierkę balkonu piętro wyżej.
- Jak to poszła z jakimś panem?!!! - Zapiszczałam, zostawiłam otwartą chałupę ze strużującym w niej Mijem i nie czekając na odpowiedź, galopem puściłam się przez balkon.
- Ja wysłałam z nimi Samantę, żeby ich nie ukradł! - Sąsiadka wychyliła się obok wiszącego łebka dziecka.
Absurd sytuacji rozwścieczył mnie jeszcze bardziej. Biegnąc nadal, ryknęłam:
- Wy tutaj wszyscy jesteście popierdoleni. Puściła dzieci z jakimś, kurwa, panem do sklepu! Do którego?!!!! - Przystanęłam.
- Na drugą stronę chyba! - Kobieta miała przestrach w głosie. Idiotyczne pytanie zadałam, skąd ona mogła wiedzieć, do którego, skoro nawet nie znała pana?!
Puściłam się przez ulicę w domowym, starym dresie, klapkach ponadgryzanych przez psa i jednym okiem umalowanym, bo drugie zmyłam. Wtedy właśnie pomyślałam o "Pogotowiu Rachel". Szybko układałam ewentualną akcję poszukiwań. Zadzwonię najpierw na policję, potem do ojca, niech przyjeżdża i dwoma samochodami będziemy czesać okolicę. Motyle strachu łomotały po całych moich wnętrznościach. Panika cisnęła się na usta, chciałam krzyczeć. Ale w ciszy i absolutnym skupieniu ze wzrokiem wbitym w sklep, biegłam jak robot. Jak maszynka do zabijania.
Stanęłam w progu. Oto i one, sztuk cztery, uśmiechnięte, tulące do piersi kolorowanki.
Przy ladzie stał nasz nadworny pijusek, Władziu z kolegą. Z Władziem mam relacje średnie, bo "on nie lubi władczych bab", ale kłania mi się ze względu na tatusia.
Podeszłam do nich i zapytałam Władzia:
- Pan zabrał moje dziecko z podwórka bez mojej wiedzy?! - Wbiłam w niego mordercze spojrzenie. Wiem, że gdyby to on zabrał dzieci, sąsiadka nie mówiłaby o jakimś panu. Ale jego znałam i to on stał w towarzystwie nieznajomego.
- Nie. - Odpowiedział automatycznie. Przeniosłam zatem pytający wzrok na kolegę.
- Ja im chciałem kupić po lodzie, ale wybrali bajki. Nic wielkiego się nie stało. - Usmiechnął się do mnie przejawiając poczucie winy.
- Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co pan właśnie zrobił? Kto to widział zabierać matkom dzieci z podwórka bez ich wiedzy?!
- Ale...
- Nie interesuje mnie żadne "ale", tak nie postępuje dorosły i rozsądny człowiek! - Mimo, iż kamień spadł mi z serca, koniecznie chciałam im jeszcze udzielić lekcji logicznego myślenia.
Winny ujął moją dłoń i przykleił do niej swoje usta.
- Bardzo panią przepraszam, ja nie chciałem źle, niech mi pani wierzy. - Ustąpiłam. Dalszy wykład uznałam za bezsensowny. Odwróciłam się do Miśki, u której radość zniknęła z twarzy.
- Odłóż to i idziemy do domu porozmawiać. - Powiedziałam tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Dziecko jeszcze mocniej przytuliło kolorowankę i się rozpłakało.
- Ja już zapłaciłem, niech jej pani tego nie zabiera. - Pan wstawił się za Miśką. Rozejrzałam się po twarzach reszty bachorni, szczerze współczuli mojej córce, że będzie musiała oddać prezent. No i w takiej sytuacji, kiedy Miśka zewsząd, kurwa mać była wspierana, ja wyszłabym na niegrzeczną, wredną babę.
- Podziękowałaś panu? - Zapytałam.
- Dziekuję - Odpowiedziała zwracając się bardziej do mnie, niż do "Mikołaja".
Pożegnałam obu panów, chwyciłam ją za rękę i pociągnęłam za sobą do domu.
- Co ci tłumaczyłam? Że nie wolno nigdy rozmawiać z obcymi panami i paniami. Nie wolno brać cukierków od obcych panów i pań. Trzeba wołać mamusię. Nie wolno iść z obcym panem i panią do sklepu bez mamy zgody, tak?
- Tak.
- Bo może przyjść taki pan albo pani, która zabierze cię do sklepu i już nigdy nie przyprowadzi do mamusi. I wtedy mamusia będzie bardzo płakała za tobą i tęskniła, a ty będziesz tęskniła do mamy. A kiedy pan albo pani powie, że mamusia wie, to i tak musisz przyjść i mnie zapytać, bo pan albo pani mogą kłamać.
Kiwała ze zrozumieniem główką. Czy dotarło? Czy w końcu, kryste, dotarło? Nie wiem, ale uknułam plan. Poproszę ojca o rozmowę z nią w cztery oczy, bo dziadek ma u niej respekt i posłuch absolutny.
Szczerze? Wyjebała mnie ta dzisiejsza akcja w kosmos. Wystarczy chwila i dziecka nie ma. Jedna chwileńka, kiedy zmywam oko, mieszam w garze... Brrrrrrr!!!

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

We wiośnie nam do twarzy.

Zanim zaczęłam obgryzać pazury z nerwów, czy się odezwą, czy też nie oraz na myśl o dzisiejszym szkoleniu, oddałam się urokom rozpychającej się wiosny.
Jadąc w piątek po dziecko do przedszkola, ujrzałam jabłoń hojnie obsypaną kwieciem. Stała sobie samotnie tuż za płotem i zapragnęłam posadzić Miśkę na ów płot, by sfotografować ją, otuloną bielą cudnej natury.
Ulokowałam ją tam zgrabnie, jednak ona zamiast wdzięczyć się do aparatu, skupiła sie raczej na tym, by nie zlecieć. Musiałam się spieszyć i na moją komendę - "uśmiechnij się" - wyszło nam to:

Nie poddałam się. Nazajutrz trzaskałam fotosy dalej. W parku, z kuzynem. Dzieciarnia była już nieco zmęczona moim ciągłym zawracaniem im dup. Przycupnęli od niechcenia, "dawaj", cyk i pobiegli dalej.

Trzecie, niedzielne podejście podoba mi się najbardziej. Kolejny etap wiosny uwieczniony.

Teraz czekam na bez. Są już pąki.Wiecie jak bardzo brakowało mi w Grecji bzu? Tego rozkosznego zapachu maja? Mogłabym rozrzucić sobie bez w łóżku i położyć się w nim spać.
- Bez będzie urokliwszy, jak robotę znajdziesz! - Tatuś ściągneli mnie na ziemię.
Co fakt, to fakt.

niedziela, 19 kwietnia 2009

Trzymajcie kciuki.

Połykając łzy w minioną środę, usiadłam przed panią Inspektor Powiatowego Urzędu Pracy. Nie lubię tam być, nie lubię lądować na łasce ojczyzny. Wyniosły ton urzędnika wcale nie przekonuje mnie, że płacąc podatki zbudowałam sobie zaplecze i oto mogę wyciągnąć rękę, bym mogła kupić chleb i margarynę.
Dostałam kartę bezrobotnego i skierowanie na jutro, na ósmą rano, na szkolenie - jak, kurwa, być bezrobotną.
Z kolebiącą się i krwawiącą duszą sięgnęłam po kartę. Już chciałam sobie pójść, ale jeszcze zapytałam, czy uprawniona już jestem do zasięgnięcia języka u pośrednika. Jestem uprawniona. Poszłam zatem.
Pani Pośrednik usłyszawszy o biegłym niemieckim, pospiesznie sięgnęła po księgę z ofertami.
- Mam coś dla pani. Termin wysyłania CV upływa jutro. Bardzo proszę o pośpiech.
Serce z radości skoczyło mi do gardła. W te dyrdy wysłałam aplikacje. Otrzymałam telefon następnego dnia. Od kolejnego pośrednika, który szuka pracowników dla niemieckiej firmy. Nazajutrz spotkałam się z ową kolejną panią pośrednik. Nie ukrywała zachwytu, że mój niemiecki pochodzi z niemiec i jest potwierdzony niemieckim dyplomem językowym, bo poprzednia pani, po filologii germańskiej niestety się nie sprawdziła. Nie wiem pod jakim kątem, głupio było pytać. Firma ma siedzibę w Monachium, czyli bliski memu sercu bawarski.
Naładowałam telefon, żeby się czasem jutro w środku dnia nie wyłączył i będę czekać. A nuż los poda brzytwę. Trzymajcie kciuki.

Jutro nadrobię też zaległości blogowe i mam nadzieję, że będę w lepszym humorze. Całuję Was mocno i serdecznie.

czwartek, 16 kwietnia 2009

"Budyń" nieznanego autora.

Dosyć smutów, trzeba się bawić, śmiać, bo znuśniejemy na tym łez padole. Poniższy tekst nieznanego autora, przesłał mi dziś przyjaciel. Ubawiłam się po pachy, a ile w nim prawdy i tęsknoty...

"Miałem już dzisiaj nic nie pisać ale się wkurwiłem jak nigdy!
Muszę odreagować.
Sorry za błędy i ogólny chaos, ale mam to w dupie. Niech to chuj strzeli, jebany dr Oetker! No co mnie kurwa podkusiło, żeby kupić budyń z tej zajebanej firmy? Siedziałem sobie w domu, czytałem to i tamto, aż mnie nagle złapała ochota na budyń. A z pięć lat już tego gówna nie jadłem. No i się wziąłem ubrałem, pobiegłem do sklepu. Poproszę budyń. Proszę. Dziękuję.
Szybki powrót do domu.
Na opakowaniu napisane, że gotować mleko, potem wsypać, bla, bla, bla.
Zrobiłem jak kazali. I co? I wyszło mi kakao! Rzadkie jak sraczka. Tego się nie da jeść. Jak te pieprzone chamy mogą nazywać to coś budyniem i jeszcze chwalić się nową recepturą?
Mam tego dość. Dość jebanej demokracji, kapitalizmu i całego tego ścierwa, które weszło do nas po '89. Chce takich budyniów jak za komuny! W brzydkich opakowaniach, ale gęstych z takimi wkurwiającymi grudkami!
I kisieli też chcę! Niedawno na własne oczy widziałem jak moja znajoma PIŁA kisiel! Jak kurwa można pić kisiel? Czy nasze dzieci już nie będą pamiętały, że to należy wyjadać łyżeczką, do której wszystko się lepi i na koniec trzeba oblizać?
Kto mi zabrał szklane litrowe butelki z koka kolą? Komu one przeszkadzały? I mleko w butelkach i śmietana, które kwaśniały bo były prawdziwe! A teraz po tygodniu stania na kaloryferze dalej jest "świeże" - co to kurwa za mleko? A dzieci myślą, że to mleczarnia mleko daje a krowa jest fioletowa.
A te butelki takie fajne kapsle miały, skoble do strzelania w dupę się z nich robiło!... A gumki się z szelek wyciągało Gdzie teraz takie szelki?
Dlaczego teraz nawet wafelki prince polo są w tych cudnych opakowaniach zachowujących świeżość przez pięćset lat? Ja chce wafelków w sreberkach! I nie tylko prince polo ale i Mulatków! Jaki dziad skurwił się zachodnią technologią, dzięki której teraz wszystkie cukierki rozpływają się w ustach, a nie tak jak kiedyś, trzeba je gryźć było, tak normalnie jak ludzie!?
No pytam się, no!
Pierdolę mieć do wyboru setki rodzajów lodów i nie móc zdecydować się, na jaki mam ochotę!
Kiedyś były tylko bambino w czekoladzie i wszyscy byli szczęśliwi, a jak rzucili casatte to ustawiała się kolejka na pół kilometra.
Czy ktoś pamięta jak smakuje prawdziwa bułka? Nie, kurwa, nie tak jak w waszych pierdolonych sklepach, napompowane powietrzem kruche gówna.
Prawdziwe bułki są twardawe, wyraziste w smaku, a najlepiej z prawdziwym masłem, które wyjęte z lodówki jest niemożliwe do rozsmarowania! O margarynie za komuny można było tylko pomarzyć, a jak była, to taka chujowa, chyba Palma się nazywała.
Wielkie pierdolone koncerny wyjebały na amen z rynku moją ukochaną oranżadę, którą za młodu gasiłem pragnienie, a mordę przez pięć godzin miałem czerwoną. I jej młodszą siostrę - oranżadkę w proszku, której nikt nigdy nie rozpuszczał w wodzie, bo służyła do wyjadania oblizanym palcem.
Nawet ukochane parówki mi zajebali, dziś już nie robi się takich dobrych jak kiedyś...
W telewizji dwa kanały, na każdym nic do oglądania. Teraz mamy sto kanałówi też nic nie ma. Możemy wpierdalać pomarańcze, banany i mandarynki, a kiedyś jak przyszedłeś z czymś takim do szkoły, to cię szefem nazywali.
Fast foodów też nie było i każdy żywił się w drewnianych budach i żarliśmy z aluminiowych talerzy i jakoś nikt sraczki nie dostał, a śmieci wokoło nie było bo nie było zasranych jednorazówek. A jak chcieliśmy ameryki to żywiliśmy się zapiekankami z serem i pieczarkami i hod-dogami nabijanymi na metalowe pale. Buła, parówa, musztarda! Nic więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy.
A taką kurwa miałem ochotę na budyń..."

Prawda, prawda, nieznany autorze.

środa, 15 kwietnia 2009

wacusie-chujusie

Nawiązując do wacków. Wacki - pracodawcy, w odpowiedzi na zarzuty, że jeździły po mnie, jak po burej suce, wystosowały pismo do mojego pełnomocnika, żem niekompetentna, nieudolna, że na niczym się nie znałam i że za sprawą, jak najbardziej moją, wacki utraciły kontrakty. Mimo to, wacki nie widzą przeszkód, by ponownie zatrudnić mnie w firmie.
Jakkolwiek miałoby to przed sądem pomóc wackom wnoszącym, że nie widzą bulwersujących zarzutów wytoczonych przeciw nim, tak kontrowersyjna jest gotowość podjęcia współpracy ze mną... Mimo dokumentów stwierdzających dopuszczenia się przez wacuniów rażących błędów - zastosowanych w art. 55 par 1 przy rozwiązaniu umowy, wacki strzelają focha... się miotają. Ja operuję faktami i świadkami. Trzaskam łapkami, bo niech nie myślą, że na nich nie ma mocnych!

wtorek, 14 kwietnia 2009

O wackach.

Rozmowy o wackach przy świątecznym stole sprawiły, że podły nastrój, przynajmniej na czas wizyty u przyjaciółek prysł. Grono było to samo, co zazwyczaj.
Wacki, jako wdzięczny temat w lany poniedziałek, pojawił się zaraz po obiedzie. Najpierw krótko rozmawialiśmy o pedofilii, że się szerzy i jest bulwersująca, o ekshibicjonistach i od nich przeszliśmy do wacusiów.
Syn Marysi, Piotrek był prześlicznym dzieckiem, dlatego często brano go za dziewczynkę. Kiedyś w parku starsza kobieta zapytała:
- Jak masz na imię dziwczynko?
- Ja mam wacka.- Odpowiedziało dziecko.
- Co, masz na imię Wacuś? - Nastawiła ucha, pewnie głucha jak pień.
- Nie, ja jestem Piotrek i mam wacka, o! - Chłopak zsunął spodnie i majtki, żeby uświadomić kobietę.
Innym razem prosił ojca, żeby pokazał mu swojego wacka.
- No pakaż mi tatuś twojego wacusia. - Prosił.
- Nie ma, uciekł do lasu. - Odganiał go ojciec.
Ale razu pewnego ojciec nie wstał tak wcześnie, jak dziecko i Piotrek zajrzał mu w majty. Uradowany pobiegł do matki i krzyczał:
- Jest wacek! Wcale nie uciekł do lasu, jest, widziałem!
Zygmunt wysłuchał Marysi i jął opowiadać, jak będąc siedmiolatkiem, ganiał z kolegami po podwórku i nagle podjechał do nich na rowerze facet w płaszczu. Zaproponował interes.
- Wy mi pokażecie wasze wacki, ja wam mojego i za to dam wam latarkę.
- Latarka w tamtych czasach dla łebka, to było coś, - snuł opowieść. - Nie zastanawialiśmy się długo, zdjęliśmy gacie i wywaliliśmy fiuty. On wyjął swojego, schował i odjechał. Kutas, nie dał nam tej latarki.
- No to ubiłeś interes życia! - Skwitowała Przedziwna. Dostałam takiego ataku śmiechu, że wtuliłam głowę w ramię Wiesi, również niemalże się pokładającej.
- Patrz, skurwił się za latarkę, której na oczy nie zobaczył. - Zanosiła się Wiesia.
- Od małego nie zapowiadał się na biznesmena. - Rzęziłam.
Jednocześnie przypomniały mi się lata dzieciństwa. Pokaż mi, to ja pokażę tobie. Ekshibicjonistów widywało się w parku i nazywało zboczeńcami, darło ryja, a oni uciekali w pośpiechu. Moi rodzice nie trzęśli tak tyłkami o mnie, jak ja obecnie o moją córkę.
- A właśnie, dawno nie widziałam zboczeńca. - Zagaiłam.
- Są, są! Jesienią koleżanka zaciągnęła mnie do siebie na działkę, bo tam taki jeden staje za płotem i wyciąga interes. - Powiedziała Marysia. - Wrzasnęłam do niego, że czym się chwali, wstydzić się powinien takiego wróbelka, zdechlaka pokazywać. Podobno teraz jest spokój.-
Uśmiechneliśmy się wszyscy, bo to jest przecież najlepsza metoda na ekshibola.
Może i Wy macie wesołe anegdoty z wacusiami?

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

...

Nic nie napiszę dzisiaj...Jestem wstrząśnięta tragedią w Kamieniu Pomorskim...

sobota, 11 kwietnia 2009

Gdzie miejsce prababci?

- Ty też jedziesz na cmentarz? - Zapytałam ojca z lekkim wyrzutem wręcz.
- A co, mam tam hausferbot?! - Odfuknął i wszedł do łazienki. Wbiłam w matkę upierdliwy wzrok. Wzruszyła ramionami, rozłozyła ręce i się zmarszczyła.
- Dopiero przyszedł, gdybyś przyjechała pięć minut temu... - Jaga zaczęła skrzeczeć mi do ucha.
- Dobra, ciotka, przeżyjemy. - Nie umiałam ukryć zniecierpliwienia. Wątroba mi gnije od wczoraj i jeszcze mi tatuś potrzebny na cmentarzu. Zwłaszcza w stanie powirusowego, ogólnego zapalenia organizmu, leczonego na ten czas środkiem, który ów wirus wywołał.
Pojechaliśmy. Po drodze dostałam kilka wskazówek, jak powinnam prowadzić auto, bo jadę za wolno. On tutaj gna stówą i nikt mu nie podskoczy, a ja się ślimaczę... Razdwatrzycztery. Obruszył się na ripostę, że niech sobie gna, bo jakby co, to ja egzamin ponownie zdam, on nie. No i ja wiozę dziecko z tyłu, toteż se będę jechała przepisowo, gdyż na to akurat mnie stać! Nienawidzę rad tatusia, kiedy siedzę za kierownicą. Jestem czynnym kierowcą od 12 lat, przejechałam pół Europy i moi pasażerowie nie wciskają nerwowo niewidzialnego pedału hamulca, nie przebierają nerwowo rękami, nie "ojezusiają" i nie zasłaniają oczu.
Pod cmentarzem tatuś wysiedli z auta z ostetntacyjnym fochem na licu, ruszyli przodem jak Turek, a za nim kobiety. Szturchałyśmy się wrednie, dając przy tym popis pantomimy.
Miśka zawsze sztamę trzyma z nami, toteż uwiesiła się na mojej lewej ręce i trajkotała swoje. A ja sobie patrzę, patrzę - tak, tak. A ja sobie dumam, dumam - ach, ach! Naprawdę czasem tak wygląda mój dialog z dzieckiem... Nawet komputer kiedyś tam zastyga, a tu bez przerwy "Mimimipipipidididi".
Doszliśmy do grobu, nad którym tatuś od zawsze popadają w głęboką zadumę, a od 2002 roku miotają nim jeszcze uczucia niezrozumienia i buntu.
W 1971 roku został tam pochowany mój dziadek, który targnął się na swoje życie na wieść, że oto jego żona odchodzi odeń do innego. Trzy lata później ten sam los, dokładnie taki sam, tylko za sprawą innej kobiety, pochował przy dziadku najstarszego brata ojca.
W 2002 roku umarł drugi mąż babci. Babcia chyba pokierowała się wygodą, bo inaczej za diabła nie umiem sobie tego wytłumaczyć, pochowała swojego drugiego męża z pierwszym i synem w jednym grobowcu. Protesty obu rodzin skwitowała: "Za życia był mój i po śmierci też jest."
Tatuś dzisiaj usiedli na ławeczce i rzekli do Miśki:
- Tutaj śpi twój wujek, pradziadek i pradziadka przydupas. - Upadłam pod ławkę, bezszelestnie, aby Miśka nie zapamiętała tego, jako coś ważnego. Nakryły mnie dwa inne ciała, matki i Jagi. - Zaraz ci dziadek pokaże, gdzie prababcia zrobiła dla siebie miejsce. - Nachylił się, by wbić jajco na kiju w ziemię doniczki...
-...O, tutaj! - Pochylił się nad grobem drugiego brata. - Ale wnusiu, jeżeli ją przeżyję, to pochowam ją z jej chłopami, za karę. Tam jest jej miejsce. - Zwęził oczy w charakterystyczne szparki i dumnie przyglądał się naszemu pokładaniu się po ziemi. Miśka zaś przestawiała znicze odpowiając dziadkowi: tak, tak - ach, ach...
Apdejt
Kilka dni wcześniej, przy okazji sprzątania grobów, zajrzałyśmy z matką do Wiery. Kto widział "Małą Moskwę" ten wie, o kogo chodzi.

piątek, 10 kwietnia 2009

Z życzeniami


Miśka była zawiedziona, że nie dostałam farb do malowania jaj. Zaparłam się, że do hipermarketu nie pojadę za chiny ludowe, bo mnie naciągnie na to i owo. W ogóle nie lubię hipermarketów, a już z nią zwłaszcza! Nie pojechałam, Przedziwna, po szybkiej kawie u niej, podrzuciła nas pod sklep papierniczy w centrum, bo tam rzeczone farby musiały być. Figa z makiem. Były natomiast kolorowe folie, które w sekund trzy we wrzątku czynią z jaj cuda. Nabyłam je, jak i kolowankę "zdużokartekmamusiu", zeszyt w kratkę i nowe kredki progresso. Dziecko wyszło zadowolone, ja nie. Bardzo chciałam malować, ale było już po piątej, matka wystraszona dzowniła, że auto stoi, a nas nie ma, to gdzie, co, po co, dlaczego? I w ogóle jakoś tak - nic mi się już nie chciało!
Wracając z centrum przez dzielnię, chłonęłam każdy szczegół tych przecudnych kamienic, na przemian z wysłuchiwaniem dziecka furczącego, że chodzenie jest durne. Naprawdę miałam ochotę szrpnąć ją za rękę, zmienić się w potwora i wycedzić... To jest tylko kilka kroków, dżizaskurwajapierdolę! Tłamsząc emocje pokazywałam cudeńka, lwy, aniołki, kwiaty.
- Tego się nie widzi siedząc w jadącym samochodzie, kochanie. - Mowiłam spokojnie, by uciszyć wkurwa ciskającego mi się na pysk.
- A te aniołki kiedyś żyły? - Zapytała.
- Nie. Tak, jak twoje namalowane obrazki są tylko obrazkami i nie żyją. Są po to, żeby było ładnie.- Wkurw malał.
- Ty nic nie rozumiesz. Te aniołki są przyklejone, wcale nie namalowane. To ktoś je tam na zawsze przykleił? - Małe oczy wbiły się w moją twarz.
- To są rzeźby, jak z plasteliny, którą też przyklejasz na przykład do parapetu, prawda? - Zajrzałam w skupione na mnie źrenice. Za chwilę odleciały, ominęły mnie i wbiły się dzieś w niebo.
- Aha, to to są takie aniołki z plasteliny na domkach? - Zapytała wróciwszy z dalekiej podróży po zwojach mózgowych.
- Takie. - Odpowiedziałam. Innym razem jej wytłumaczę, na czym polega różnica, bo doszłyśmy już do domu rodziców, co przypieczętowałam ulgi westchnieniem.
Wieczorem w domu Miśka strzeliła focha, że nie ma farb, tylko jakieś folie. Przecież ona chce malować i "obiecałaś"!
- Ale nie było, pytałam przy tobie. - Słowo, miałam ochotę rzucić się na podłogę i mieć atak epilepsji. Machać kończynami odganiając od siebie robactwo. A ona mnie zaskoczyła, bo gdy już miałam na ustach odpowiedź na kolejny atak, uśmiechnęła się i rzekła:
- No to zróbmy te jajeczka, mamusiu.
Zrobiłyśmy. Wszystko jest git majonez, tylko dlaczego nie opuszcza mnie niepokój wewnętrzny. Jakby coś miało się stać. Nienawidzę tego uczucia, boję się go. Cóż, poczekam, los i tak lubi mnie zaskakiwać i stawiać przede mną wyzwania.

Fota sie nie udała, ale kolejne nie chciały wejść do kompa, który mszycą obrósł. Może jutro go odrobaczę, jeszcze nie wiem.

Życzę Wam wesołych, przemiłych, beztroskich Świąt. Niech Was jajo prowadzi:)))

czwartek, 9 kwietnia 2009

Automat

Dziadka boli palec u nogi. Nie jest spuchnięty, rany też nie ma, ale boli.
- Zadzwoń po pogotowie. - Rzekł do mnie.
- Oszalałeś? Do paluszka mam pogotowie wzywać? - Wywaliłam gały.
- To u niego normalne. Dwa dni temu kazał dzwonić po policję, że mu dowód zginął, a pod poduszką miał. - Powiedziała kuzynka zrezygnowanym tonem.
Dałam mu Apap, bo niczego innego nie znalazłam i kazałam leżeć.
- Ty, a jaki jest numer na pogotowie z komórki? - Zapytałam ją.
- 112 - Odpowiedziała.
- To jest na policję. - Łypnęłam spod oka.
- Na wszystko, zgłaszają się gliny i jak chcesz pogotowie, to łączą. - Spojrzała na mnie dziwnie.
- Ale się porobiło. Niedługo będzie automat...Jeżeli chcesz połączyć się z policją - wybierz jeden, ze strażą pożarną - wybierz dwa, z pogotowiem - wybierz trzy, z providentem - wybierz dziewięć. A tu kumaj, dzwoni facet z nożem w brzuchu. Jeżeli jesteś pewien wybranej opcji, naciśnij gwiazdkę, jeżeli nie jesteś pewien, wybierz krzyżyk... Nie wybrałeś żadnej opcji. Jeżeli chcesz połączyć się...
- No nie wybrał, bo trup, ha, ha, ha! - Kuzynka trzymała się za brzuch.
Poza tym wiosna mnie powala. Nie mogę się nią nacieszyć, chłonę łapczywie jakżdy promień słońca, jakby jutro miał nastąpić koniec świata.

wtorek, 7 kwietnia 2009

Złodzieje, bandyty!


- Ja pierdolę, ty widzisz to? - Szturchnęłam kuzynkę za progiem jednego z legnickich sklepów kosmetycznych i głową wskazałam na sufit.
- No, już od progu nam mówią, pilnuj się złodzieju. - Skrzywiła się.
Pospiesznie zapięłam moją przepastną dizajnerską torebkę. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Rozumiem zabezpieczenia, bo nie ma się co czarować, naród kradnie. Jednak cała masa luster, kamer i facetów w mundurach, to lekka przesada i obciach. Co na to powie obcokrajowiec? Pewnie strzeli fotkę, by potem w swoim gronie naśmiewać się z Polaków.
Nie można by tego jakoś dyskretniej robić? A nie tak inwigilować wręcz wnętrzności? A jak by mnie tak między półkami dupa zaswędziała, to chuj, nawet się poskrobać nie można! Jestem zniesmaczona.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Kiermasz wielkanocny i szczawiowa


Zaczęło się naciąganie biednych rodziców - kiermasz wielkanocny.
Dzieciarnia robiła to wszystko własnoręcznie. W tym celu musiałam nabyć doniczkę, kolorową rafię, ozdoby wielkanocne w pakiecie w Lidlu za 10 zeta, małą kurkę znalazłam między szpargałami. Misia zapakowała skarby do reklamówki i zaniosła do przedszkola.
Spiesząc się jak zwykle, wbiegłam do przedszkola i omal nie wpadłam w ten kolorowy kiermasz.
- O, mama tak szybko, a dziecko sprzedaje. - Powiedziała do mnie pani Karolina.
- Ojej, ja nie wiedziałam, że to od dzisiaj. - Ja nigdy nic nie wiem, bo nie czytam ogłoszeń na tablicy. Zresztą, nawet gdybym wiedziała i tak gonił mnie termin korków.
- Jutro przyjadę później. - Mrugnęłam do dziecka.
- Mamusiu, zobacz, to moja ozdoba i sama siałam trawkę! - Popiskiwała Miśka.
- To jest rzeżucha, bardzo zdrowa. - Zapomniałam o rzeżusze, w Niemczech miałam ją wiecznie na parapecie. Może się przejadłam? Ale warto znów zasiać, chociażby dla dziecka.
Pokornie wyjęłam siedem zeta i kupiłam miśkową ozdobę. Postawię ją na środku naszego wielkanocnego kosza, który wczoraj wstępnie dekorowałyśmy. Na piątek zaplanowałam malowanie jaj, to dopiero będzie zabawa! Szkoda tylko, że oddałam całą paczkę rafii. Cóż, trzeba będzie kupić drugą.


- Co gotowałaś? - Wpadła sąsiadka na fajkę, bo się ukrywa przed mężem i dzieckiem.
- Szczawiową.
- Skąd miałaś szczaw? - Wybałuszyła oczy. Podeszła do garnka. - Mogę troszeczkę?
- Jasne, już podaję ci miseczkę. - Uśmiechnęłam się tajemniczo.
- Łojezu, pycha. Moja mama też taką gotuje. - Chochlowała energicznie. - Szczaw kupny?
- To jest mrożony szpinak, a zakwaszam cytryną i mam szczawiową, nie? - Zaśmiałam się.
- Niedowiary, że efekt ten sam. - Wybałuszyła oczy jeszcze bardziej.

Na ten pomysł wpadłam, kiedy u Miśki w wieku bodaj roku stwierdzono niedobór żelaza, a ona przepada za zupami. Zielsko w sumie to samo z tym, że szczaw kwaśny i mniej wartościowy.
Uwielbiam szpinak, mogę jeść nawet bez śmietany, jajek i czosnku, tylko z solą i pieprzem.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Działki i refleksje Miśki.


Taki mam widok z balkonu, na ogród działkowy. W ubiegłym roku złożyłam podanie w Zarządzie o przyznanie mi działki i oczywiście cisza. Przypomniałam sobie o tym dziś rano, kiedy wieszałam ociekające wodą firanki i chwycił mnie lekki wkurw. Jest mnóstwo działek, których dzierżawcy uprawę mają w nosie, toteż ugór na nich widać, biedę z nędzą i ogólny niesmak. Ale płacą składki i gówno można im zrobić. Pisałam o tym w tamtym roku, że kiedyś chodziła komisja i sprawdzała, czy działka rzeczywiście służy temu, czemu powinna. Jakieś warzywa, owoce, trawka. Teraz można sobie tylko zapłacić i mieć, a po co? Ot, po kobyle caco na przykład.
Po południu poszłam tam z Miśką na spacer. Zajrzała do pierwszego ogródka i z wyrzutem powiedziała:
- Małyśmy ogródeczek, to sprzedałaś!
- Nie sprzedałam, tylko oddałam. Był za daleko, dojazdy by były za drogie, kochanie. - Teraz, kiedy już nie pracuję w byłej firmie, nie widzę sensu jeżdżenia 20 kilometrów w jedną stronę, żeby podlać pomidory. W tamtym roku robiłam to przed pracą z samego rańca, a w soboty jeździłyśmy porządkować.
We wtorek znów wybiorę się do Zarządu, a nuż sytuacja się zmieniła?
Od niektórych ogródków nie można oczu oderwać, ile serca ludzie w nie wkładają, wręcz miłości absolutnej. A widok jednego domku, bo trudno nazwać go altaną, zupełnie mnie zatkał. Nie wyłaziłabym z niego przez całe lato! Zresztą kto wie, czy właściciele też tak nie robią. Nie wiem, czy na tych działkach jest podciągnięty prąd, na mojej oddanej był.

Misia zachwycała się kiełkującą przyrodą, rączkami rozgrzebywała ziemię, żeby kwiatkom nie było za ciężko. Długo przyglądała się maleńkim listkom żywopłotu.
- Te listki, to jeszcze dzidziusie, prawda mamusiu?
- Prawda, ale niedługo urosną na duże, piękne i soczyste liście.
- Soczyste? To je można jeść?
- Ich akurat nie można, ale mają soki, jak ludzie mają krew.
- Aha. Bo jak by mie miały soku, to by były suche i by płakały, prawda? A listki płaczą?
- Nie, bo nie mają oczu. - Należało szybko zmienić temat, gdyż ona mogłaby tak bez końca.
- O, zobacz jakie piekne żąkile.
Ostatnio zapytała mnie, czy jak słoneczko się kładzie spać, to idzie do swojej mamusi, a ja, idiotka powiedziałam, że słoneczko nie ma mamusi. Dziecko się zasępiło i ni ciula nie mogło pojąć, że słońce jest tylko jedno, że jest planetą, a planety nie mają mamuś.
- No to kto je urodził? - Zapytała i mnie zabiła.
- Nikt, są od zawsze. - Odpowiedziałam zamyślona.
- Nie może tak być, że nikt nie urodził słoneczka, wszystko się rodzi i wszystko ma mamusie!
"japierdolekurwa"
- O, zobacz, jaki ładny piesek biegnie... - To zawsze działa.

sobota, 4 kwietnia 2009

Legnickie płuca - wiosenne westchnienia.

Mamma mija zadzwoniła do mnie około dziesiątej z pytaniem gdzie sie podziewam.
- Jak to gdzie? - Zapytałam ironicznie, - zupełnie jak ty, od siódmej rano szlajam sie po dyskotekach, a co?
- Ha,ha,ha, bo chciałam zajrzeć do Kauflandu, czy już mają kaczki na święta.
- Mamo, w poniedziałek pojedziemy. Robię porządki, okna myję i spieszę się, by wyjść na ten piękny świat. - Odpowiedziałam mieszając wsypaną kaszę do krupniku. - Przyjadę do ciebie około trzeciej, po spacerze z Miśką.
Dusza rwała się do ucieczki z domu, bo upał otulił miasto. Ptaki darły się od rana, a wraz z nimi Serafina z nosem przyklejonym do szyby. Biedna kota, ale jeszcze trochę, za kilka dni ją wysterylizuję i będzie mogła chodzić na spacery.
Miśka wróciła z podwórka uszlajana jak święta ziemia. Dwie godziny jej nie było, a wyglądała tak, jakby przez cały dzień kulała się po żwirze. Na wiadomość o spacerze klasnęła w rączki:
- Mamusiu, taki piękny dzień się zapowiada, czy ubierzesz mi kręcącą sukieneczkę? - To dziecko nie lubi spodni. Spodnie są durne, brzydkie i się nie kręcą. Należało wystroić damę.
Poszłyśmy do parku, miejsca dla mnie wyjątkowego. Bowiem w nim spędziłam moje dzieciństwo oraz młodość. Tutaj ścigałam się na rowerze, wrotkach, prowadziłam chodzącą ruską lalkę na spacer. Tutaj też po raz pierwszy całowałam się z chłopakiem i wracałam do domu z duszą na ramieniu, czy aby tego pocałunku nie widać, bo co powiedzą rodzice. Miałam autentycznego moralniaka i obiecywałam sobie, że ja to pierdolę, ja nie lubię się tak bać...


Mijo biegał bez smyczy, przez co rozglądałam się trwożnie, czy aby nie nadciąga straż miejska. Jak widać inni też mają to gdzieś. A Miśka jest psią oraz kocią mamą, ile muszę się natłumaczyć, żeby nie głaskała obcych psów zwłaszcza.


Mamo, podsadź mnie na ten statek!


- Czy ja mogłabym się wespnąć na tą górę? - Zapytała.
- Ale tam malutkie listeczki wyrastają z ziemi, podepczesz i nie urosną. - Odpowiedziałam.
- A, no tak, to zrób mi tu zdjęcie.


Poszłyśmy do rodziców. Mamma mija podłączała antenę pod mały telewizor w jej pokoju, bo duży właśnie podziękował za współpracę.
- Tatuś są? - Zapytałam.
- Zdychają u siebie. Dobrze mu tak. - Popatrzyła na mnie znacząco.
Zajrzałam do niego, siedział cichutki na kanapie, obok niego aparat do mierzenia ciśnienia, a pod nogami wiadro.
- Tak źle? - Zapytałam.
- Łojezu - Pokręcił głową.
- Co ci się stało dziadek? Masz wirusa? - Zapytała Miśka, lecz dziadek nie bardzo miał siłę na dyskusję.
- Tak, dziadek ma takiego wirusa jak ty, tylko ty robiłaś dużo kup, a dziadek wymiotuje. - Zabrałam dziecko do matki pokoju.
- A trza było tyle chlać? - Uśmiechnęła się szelmowsko.
- Oj, nic w tobie współczucia. Jesteś okrutna. - Powiedziałam zaczepnie.
- A tak, właśnie tak! - Nie dała się matka.
Wiosno, wiosno trwaj!

piątek, 3 kwietnia 2009

Serafina nie zaciska pasa!

Budżet domowy o tej porze, bo przed wypłatą, jest mocno nadszarpnięty i już siedzę w kieszeniu ojców. Do tego odpadły mi dziś korki, gdyż uczennica ma ważne sprawy. Zawsze tak jest, że jak na coś liczę, to nie wypala.
Lodówka pustkami nie świeci, ale jaśnie państwo - zwierzyna zajrzała do misek i na widok suchej karmy prychnęła oddalając się od nich, niczym od parcha.
Mijo fakt ów znosi spokojnie. Położył się pod krzesłem u moich stóp i śpi. Serafina zaś łazi po domu i drze mordę. "Głodna jestem, nie zapomniałaś o czymś?" Biorę ją na ręce, zanoszę do michy. "Tutaj jest twoje żarcie." Wzdycha, ucieka, ale na każdy ruch w kuchni przybiega z krzykiem, bo a nuż zmieniłam zdanie i wytaszczę z lodówki jakiś smakowity kąsek. Zwykle tak bywa, ale nie dziś, niestety. Dialog, jaki z nią prowadzę wygląda tak:
- Miau
- Nie mam nic innego.
- Miaaauuuu.
- Tutaj masz, zobacz.
- Łaaaaaauuuuuu!
I tak to zeżre, ale w nocy, jak nikt nie będzie widział. Na razie musi odegrać swój teatrzyk biednego, głodzonego kota. Pewnie jeszcze mnie ugryzie, jak będę chciała ją pogłaskać. Tak, żebym nie zapominała o swojej podłości.
Tymczasem idę sprzątnąć kibel, bo z tej złości tak roztrzepała piach, że wylega prawie na przedpokój.

środa, 1 kwietnia 2009

że prima aprillis, że chuje muje

Bzdety związane z robieniem kogoś w trąbę pierwszego kwietnia, mam za sobą ho, ho! Z politowaniem obserwuję: „O, masz dziurę w pończosze” lub „Ale plama na swetrze”, a weźcie! Od wielu lat nikt nie robił mnie w bambuko, bo i ja nikogo. Generalnie pierwszy kwietnia, jest pierwszym kwietnia i kropka.
Mój telefon, rzecz martwa najwyraźniej nie podzielał mojego zdania. Już wczoraj wieczorem nie chciał czytać ładowarki. Wściekłam się cokolwiek, bo ciągle czekam na decyzję byłych pracodawców oraz z nią związanym telefonem od mojego pełnomocnika.
Strzelił focha i on nie będzie się ładował, mało tego, nie będzie się włączał...Wcale.
Nawet po całej nocy przy „cycku”!
Ponieważ aparat jest bardzo wartościowy, pod wpływem nagłego wkurwa wyżyłam się na ładowarce i jednym cięciem masarskiego noża odcięłam łebek od reszty kabla oraz konstrukcji go wiążących. Słowem, pozbyłam się karmicielki mojego cennego „dziecka”. Wrzuciłam zrujnowaną ładowarkę do śmieci i przypieczętowałam ten akt siarczystym splunięciem! - Wypierdalaj – dodałam.
Rano, kiedy „dziecko” nadal odmawiało posłuszeństwa, pojechałam do ojców, podłączyć się pod tatową ładowarkę. I nic. Telefon robił krótkie „bzyk”, ekran na sekundę zmieniał się z czerni i bezwładu na biel, następnie znów popadał we wspomniany bezwłąd i ...chuj! A wizja dzwoniącego pełnomocnika wisiała nade mną coraz mocniej.
Zgarnęłam zwłoki, popędziłam do domu po papiery, a następnie do punktu obsługi klienta.
Z fochem oznajmiłam miłej, bardzo miłej pani, że telefon nie ma funkcjona, a ja mdleję, bo już na pewno dzwonił do mnie ktoś w ważnej sprawie.
Pani przelała moją histerię na formularz zgłoszeniowy aparatu do naprawy. Napisała, że się nie włącza choć wypróbowano dwie ładowarki. Ponadto bateria nie trzyma, jak napisano w instrukcji 5 dni, a zaledwie 2.
Podpisałam stosowne dokumenty przekazania „dziecka”, do domu opieki, podpisem przyjęłam adopcję brzydkiego bękarta, bez aparatu i gabarytów szczęścia.
Zabierałam się do wyjścia, kiedy pani wpadła na pomysł - jednak włączenia „dziecka”!
Ono uśmiechnęło się do niej głównym menu, zażądało hasła... Zamarłam.
Czego pani chce? - Zapytała kobieta i popatrzyła na mnie wymownie.
Czy ja wyglądam na osobę lubiącą rozbić z siebie idiotkę? - Zapytałam.
Oddałam bękarta, zabrałam swoje, oddaliłam się i nawet przez myśl mi nie przeszło, że to nie koniec, że jeszcze bede się wkurwiac w necie, bo moi przyjaciele posłużą się moim osobistym nazwiskiem dla stworzenia strony i kilku chwil śmiechu... 1 kwietnia, jeżeli już, należy zaplanować miło, sympatycznie i bezboleśnie. Przecież to nie jest, kurwa mać, zimna sfera, ciesząca się szczególymi prawami!