sobota, 7 marca 2009

Zima
Przez ostatnich kilka dni moje dziecko co rano zrywało się z łóżka, leciało do okna i sprawdzało, czy jeszcze leżą te okruchy śniegu. Takie tam białe placki pomiędzy trawami.
Dzisiaj bladym świtem obudził mnie Mijo, bo ostatnio znów sporządniał i nie robi w przedpokoju. W Sylwestra nalał na moich oczach, ale to ze strachu, tak dudniło.
Otworzyłam drzwi i zamarłam. Żadna tam pierzynka, tylko zaspy! Normalnie wszystko tonie w śniegu.
Miśka przebudzona moją krzątaniną wdrapała się na fotel i krzyknęła:
- Mamo, szał pał, ile śniegu! Jeszcze tyle nie widziałam! - I kij ze śniadaniem, myciem się, ubieraj ją, bo ona idzie na podwórko. Poszła po jedenastej, wytrzymała pół godziny, bo zimno w rączki i buzię.
Po trzynastej zadzwonił szwagier.
- No weź przyjedź, dzieciarnia już czeka z sankami. Nie musisz nawet z auta wysiadać, przypnę ci kulig i powozisz ich po ulicach, (dzielnica willowa, brak ruchu).
Trzy przecznice do przejechania, a czasowo, jak bym pół miasta objechała. Dwójki nawet nie wrzucałam. Już aż śmiesznie jest brzdękać, że drogowców zima zaskoczyła.
Kulig był jak ta lala, co chwilę jakieś dziecko dopinało sanki, a rodzice dyndali z twarzami przyklejonymi do szyb machając do swoich pociech. Miśka na sankach zrobiła jedno kółko i przesiadła się do auta, bo tu, jak stwierdziła, cieplej. Tak, instynkt samozachowawczy moja pociecha ma na miejscu.
Wysiadając pod domem fuknęła, że za dużo tego śniegu i to wcale nie jest takie fajne.
A Mijo położył się na swoim posłaniu i długo wyrywał z sierści śnieżne kule. Reszta się roztopiła.
Mi też się to wszystko wcale nie podoba. Minus piętnaście i zjebany zamek w grubych, nowych, pięknych kozakach. Musiałam but owinąć taśmą klejącą, a przy odrywaniu spazmy mną targały, że klej został na skórze, a w jednym miejscu to skóra została nawet na taśmie. Już po butach, już tylko ta taśma i zero wypadów w gości. Ja chcę lata! Przecież ja nigdy nie lubiłam zimy, to co jest? athina 2009-01-05 20:07:50skomentuj (10)

Krzyżówka nocą


Obudziłam się kilka dni temu około trzeciej w nocy i za diabła nie mogłam zasnąć. W telewizji głupi ludzie rozwiązywali głupią krzyżówkę, a raczej wydawali w chuj kasy na trafienie wolnej linii, by wymienić zwierzę na literę PE i wygrać pięćdziesiąt zeta. Zachodzę, skąd w ludzich tyle bezmyślności?
Pilot leżał za daleko, bym mogła zmienić kanał, więc gapiłam się na tę ambitną cipę i jej zwierzyniec na PE. Jeden pan miał szczęście, bo przedarł się przez całą rzeszę palantów uparcie wykręcających numer.
- Pajan... - Wybełkotał, widać bardzo nabzdryngolony, bądź wyrwany ze snu człowiek.
- Nie dosłyszałam - cipa wdzięcznie uśmiechnęła się do kamery.
- Pawian! - Ryknął facet i dostał za to pięćdziesiąt złociszy.
Cipa jęła ponaglać telewidzów, bo czas się kończy...
- O, mamy następne połączenie - pokazała uzębienie.
- Chuj ci w dupę - bezpłciowo rzekł męski głos, jakby odpowiedź była celna.
Pani ze stoickim spokojem, ale bez uśmiechu odpowiedziała, - nie, to nie to zwierzę.
Ryknęłam w poduszkę, żeby nie obudzić dziecka. Jaki fajny koleś zadzwonił. Pięćdziesiątaka co prawda nie wygrał, ale w takim krótkim zdaniu wyraził swoje żywe zainteresowanie programem oraz cipą. Może też cierpi na depresję i ma tylko trzy programy.
Z drugiej strony zastanowiłam się, co ja bym na jej miejscu zrobiła? Już raz podziwiałam Pieńkowską za doczytanie do końca informacji z muchą na twarzy i to bez mrugnięcia okiem.
- Już cię widzę w tej akcji, - wyrechotała kuzynka. - Tobie chuj w dupę, palancie jebany, świnio! Nagle kamera upada, operator siłą wyciąga cię z wizji, a ty uparcie przeciągasz go. Widać tylko czoło i jedno oko, chuju! - Zachłysnęła się własnym śmiechem i zakaszlała.
Czyżby kuzynka wątpiła w mój profesjonalizm? Na szczęście w życiu nie podjęłabym się takiej dennej roboty. athina 2009-01-09 15:20:29skomentuj (9)

szczęśliwego z ruchomorkiem i przyjaciółmi

Sympatyczna i beztroska sobota zakończyła się bolesnym zderzeniem ze złośliwością rzeczy martwych. Otóż zepsuła mi się pralka. Wrzuciłam szmaty, nasypałam prochu, zamknęłam klapę, złapałam za programator, który zrobił brzdęęęk i jął bezwładnie okręcać się wokół własnej osi. Zamiast dostać wkurwa, poczułam żal i bezsilność. Dlaczego ten, kto ma, ma więcej, a ten, kto nie ma, otrzymuje właśnie takie kwiatuszki? Trudno, trzeba będzie jeździć z praniem do rodziców. Przecież się nie powieszę. Może proboszcz mnie przeklął, bo nie przyjęłam go po kolędzie. Jeśli tak, to niech się jego klątwa trzy razy w gówno obróci.
Niedziela zleciała mi na snuciu się między kuchnią, a kanapą. Obejrzałam z Miśką połowę jej bajek, po raz któryś tam z kolei. Uwielbiam "Rybkę Nemo" i "Epokę lodowcową". W ogóle nie śledziłam akcji WOŚP, nie wyszłam do miasta, nie wrzuciłam złotówki do puszki i nie dostałam serduszka. No nie, i też się przecież nie powieszę, ale zachowałam się jak świnia, wiem.
Włoska służba zdrowia wydała na ratowanie Miśki około stu tysięcy euro, a ja nie ruszyłam dupska, by pójść na spacer do miasta i wrzucić do puszki parę złotych dla dzieciaków.
Nie mogę w tym roku zaniedbać odpisu jednego procenta od podatku na oddział neonatalogiczny Szpitala Wojewódzkiego w Legnicy. Jest jednym z najlepszych w kraju i ratują nawet półkilowe wcześniaczki.
Dzisiaj zaczął się nowy tydzień... Jakże sympatycznie, z jakimi żyłami na szyi i pluciem na przednią szybę samochodu.
O ósmej zadzwoniłam do przedszkola, że Miśka nie będzie na śniadaniu, że przyjedzie około jedenastej. Musiałam najpierw gnać do banku po pieniądze na opłacenie tego dziecięcego raju, inaczej patrzą na człowieka, jak na gada. W sumie wcale się nie dziwię, ale czasem naprawdę wyskoczy coś...
Auto nie ruszane przez niedzielę kaszlało i za ciula nie chciało odpalić. Pierwszy raz mi się to zdarzyło, że ręce opadły. Szyby zamrożone od wewnątrz też, to ta wczorajsza, cholerna mgła.
Odpaliłam, wyskrobałam i jeszcze przed bankiem należało podpompować przednie, lewe koło. Coś się musi dziać z wentylem, a zresztą, chuj tam z czym. Powietrze schodzi i już. Zaspy w mieście nadal się utrzymują i zima nie zamierza spuścić z tonu. Na kapciu po śniegu jeździ się łatwiej, ale na feldze już nie, dlatego trza było nadmuchać. Stacji, które znam w moim mieście jest siedem. Nie, osiem, ale ta jedna, malutka nie ma kompresora. Zaczęłam od brzegu, Ciekawe, czy naprawili kompresor pomyślałam, bo przez cały poprzedni tydzień jeździłam tam na próżno. Nie naprawili, ale zaraz za nią jest żółta... Cała zamknięta, szlaban i stop i pewnie ludzie krzątający się po sklepie ubawili sie po pachy widząc wściekłą, gestykulującą babę za kierownicą. Musiałam uderzyć w zupełnie przeciwną stronę miasta. Na dzielnię, gdzie jest zielona. Ten ich kompresor zepsuł sie już przed świętami, więc miałam nadzieję, że do dziś awaria z palcem w nosie została usunięta. A skąd! Dwaj panowie zmieniający koło w niebieskim nissanie znacząco pokręcili głowami. Nie zdzierżyłam. Wtargnęłam do sklepu i naiwnie zapytałam o kompresor, bo nie dmucha. Zepsuty. Tylko na to czekałam.
- W ramach czego się tak traktuje klientów? W ramach kryzysu gospodarczego? Czy może dostaw gazu z Rosji? Jak długo może być zepsuty kompresor, co?! - Nie czekając na odpowiedź wskoczyłam do auta i pojechałam dalej, w strony mojej babci. Stacja czerwona. Ale tam nigdy nie dmuchałam. Zaparkowałam pod sklepem i pytam, gdzie kompresor, bo znaków nie ma. Nieczynny. - To jest skandal, by tyle czasu kompresor był popsuty. Kliencie masz zatankować i won! - Wrzasnęłam, choć nawet nie wiem, jak długo u nich maszyna nie działa. Nie muszę dodawać, że nie czekałam na odpowiedź.
Zrezygnowana pojechałam do banku, żeby Miśka zdążyła na obiad w przedszkolu. Na deptaku, obok banku wskoczyłam do salonu ery po wydruk faktury. Już drugi miesiąc nie mam jej w skrzynce i po drodze wstępuje po kopię.
Wchodzę, ściany mienią się nowymi modelami oraz ulotkami o ich dobrach, tylko weź. Kolejka jak w taniej jatce, stanowisk pracy obsługi cztery, pracują trzy. Po sklepie z wywalonym brzuszyskiem, podkrążonymi oczami, ale w garniturze i rękami w spodniach spaceruje staruch. Raz po raz spogląda personelowi przez ramiona, a atmosfera jest sztuczna. Staksowałam kolejkę, same długie rozmowy zobaczyłam. Podeszłam do starucha i mówię, że chciałabym jedynie wydrukować fakturę. Popatrzył na mnie tymi przekrwionymi gałami i odprawił do kolejki. Nie dałam się i pytam, gdzie w innym salonie mogę to załatwić, bo tutaj organizacja jest beznadziejna. Tylko tutaj. Tak? To może zajmie pan miejsce przy czwartym stanowisku, bo mam prawo sie spieszyć, jak i inni. Wiecie co pan zrobił? Wywalił oczy ku sufitowi i oddalił się na zaplecze. No kurwa Impel! Nawet z wyglądu przypominał tych trutni! I tu! I właśnie w takim momencie mój ojciec by mu nie popuścił! Ja trzasnęłam drzwiami i poszłam do banku. Po pokonaniu drzwi prowadzących do przedsionka, gdzie znajduje się bankomat, w drugich zderzyłam się z panem w czerni oraz kasku. Będzie czynne za dwadzieścia minut. I chuj. I do tego bankomat chwilowo nieczynny, za co przepraszamy. I chuj i tylko położyć się i mieć atak epilepsji!
Wyszłam skołowana, cicha, bo różne uczucia mną targały, ale nie miałam pomysłu na to, które uzewnętrznić. Zapragnęłam zapalić papierosa, ale nie miałam ognia! Zdobyłam go. Przeanalizowałam czas, zerknęłam na oponę. Nie było tak źle. Wróciłam do ery, staruch na mój widok znów spierdolił. Do stanowiska zaprosił łysy i zapytał o numer telefonu. To jest internet, wyszczerzyłam ząbki w uśmiechu. Pan również dodając, że karta i tak ma swój numer. Wredne to było, toteż pokazałam kiełki pytając, czy pan jest tu nowy, bo o numer karty internetowej pyta się laik. A jak po nazwisku nie znajdzie, to niech poprosi kierownika. Nosz kurwa, tylko fanatyk informatyczny zna numer swojej karty internetowej. Poza tym tam się chodzi po to, by bez problemów wydrukowano na podstawie dowodu, wiec o co cho? Wydrukował. Życzył miłego dnia.
Zawiozłam Miśkę do przedszkola. Na piekarach nadmuchałam koło. Napaliłam w piecu. Ugotowałam szybką, ulubiną zupę Miśki, pomidorówkę. Odebrałam dziecko, przyjechałyśmy do domu póżno, po osiemnastej.
Usiadłam przed komputerem, a po wieczorynce Misia jęła wtracać się między mnie, a komputer.
- Nudzisz się? Włączyć ci jakąś bajkę?- Zapytałam.
- Tak, ale ja ci powiem którą. - Odpowiedziała i po chwili akrobacji na meblach zakomunikowała, że ma.
- O, Żwirek i Muchomorek, - wzięłam w ręce kartonik.
- Tak, wierek i ruchomorek - powtórzyła po mnie Miśka.
I to była moja naweselsza chwila od soboty. Jeszcze rzeżączka wywołana alergią na pora ze spisu chorób weRnerycznych powaliła mnie na cyce, ale o tym przeczytacie u Sze.
I jeszcze coś, korzystając z okazji tak długiej notki.
W grudniu strzeliło mi pięć lat z Wami. Wiecie, że gdyby nie Sze, nie byłoby mnie tutaj? Ona mi ten blog założyła, jeszcze jak byłam we Włszech. To był wówczas świetny prezent na moją nową drogę istnienia... Istnienia z Miśką. Dzięki Sze poznałam Was wszystkich i serdecznie chciałabym Wam podziękować za to, że ze mną jesteście w tych wesołych i trudnych chwilach. Sze, serdeczne dzięki...Szczególnie za te trudne chwile.Szczęśliwego Nowego Roku. Leute;) athina 2009-01-12 22:37:37skomentuj (9)

Jasełka

Dwa dni przed prapremierą Jasełek w przedszkolu, ciocia Przedziwna przywiozła reklamówkę nowych ciuchów dla małej księżniczki. Furorę zrobiły "kręcące się" spódniczki, różowe lakierki i kapcie-pieski. Strojenie takiej małej modelki, to sama przyjemność.
Na jasełkowe przedstawienie pani Marzenka dała mi kwestię dla Miśki do wykucia na pamięć. "Ona wiedzie do dzieciątka, które kocha dzieci." Było to jeszcze przed świętami. W pierwszym tygodniu stycznia zgłosiłam absencję dziecka. Głównie przez te mrozy. Po powrocie, w tym tygodniu Misia poskarżyła mi się, że jej kwestię recytuje Jula Ślem. Kurwa, potraktowały moje dziecko tak, jakby miało główną rolę i do tego nie znało tekstu.
- Nie martw się, kochanie, powiesz swoją kwestię. - Rzekłam kładąc nacisk na słowo "powiesz".
Rankiem, w dniu prapremiery podeszłam do Marzenki i zapytałam, czy moje dziecko przedstawi to, czego się nauczyło.
- Nie, ale będzie chodziła ze sztucznym ogniem. Bo jej długo nie było. - Usłyszałam.
- Tydzień to długo? Poza tym od poniedziałku spokojnie można było wprowadzić ją w przedstawienie. No i dziecku jest teraz bardzo przykro. - Po ostatnich słowach nic nie musiałam dodawać.
- To powie, pani Dorotko, powie, - Marzenka wydawała się być zmieszaną.
Moim zdaniem czwartkowy występ dla rodziców wypadł lepiej, niż piątkowy dla babć i dziadków, podczas którego maluchy były mniej skoncentrowane na swoich rolach. Miśka nieustannie przyglądała się aniołom, jej dwóm koleżankom, ubranym w długie białe suknie ze skrzydłami na plecach. Może myślała to, co ja, że jeden anioł do wczoraj był nieobecny, a nikt mu roli nie odebrał. Nie wspomnę, że suflerki podpowiadały mu w pocie czoła. Zaś na samym początku przedstawienia do widzów przemówiła dziewczynka chyba dwoma zdaniami, ale jej poważna wada wymowy nie pozwoliła mi na zrozumienie ani jednego słowa. Moja matka i Przedziwna też nie zrozumiały. Za to Miśka swoją kwestię wypowiedziała głośno i wyraźnie.
To wszystko moja wina. Gdybym latała do pań z kawkami i ciasteczkami, moje dziecko byłby jednym z aniołów, którym szczerze zazdrościło, bo to jej dwie najlepsiejsze przyjaciółki, a tak? Było ubrane tylko w przepiękną różową spódniczkę z szyfonową halką, białą bluzeczkę, rajstopy i różowe lakierki. Miało na sobie naprawdę impomujący strój galowy. Ale to nie była poszarzała ze starości i za wielka kieca ze skrzydłami.
Tak, bo lansowanie swoich dzieci i wystawianie ich na piedestały bez względu na talent, rodzice zaczynają już w przedszkolach. W podstawówkach takie dzieci mają lepsze oceny, bo starzy liżą dupska nauczycielom. Mają główne role w przedstawieniach i rozwijają w sobie tę samą wadę, wazeliniarstwo.
Ja i Przedziwna pochodzimy z domów, gdzie nasi rodzice nigdy tego nie robili, dostałaś pałę, bo nie umiałaś i już, i wyrosłyśmy na ludzi. Mamy własne zdania, jesteśmy asertywne, ale i dostrzegamy cudzą krzywdę.
Dlatego nie będę lizała, ale też nie pozwolę mojego dziecka krzywdzić. Pani Marzenka doskonale zrozumiała moje słowa, bo po prapremierze powiedziała:
- Dobrze, że pani sie upomniała, bo tak jakoś to wyszło... - Na pewno pomyślała o tym drugim aniele, którego nazajutrz miałam zobaczyć w głównej roli. Jej szczęście, że Miśka recytowała. athina 2009-01-18 13:35:26skomentuj (4)
Krótko

Wyrwana z głębokiej, dziecięcej zadumy związanej z moim ewentualnym zejściem z tego łez padołu, Misia zaskoczyła mnie ostatnio słowami:- Mamusiu, jak ty umarniesz, to już mi nic nie kupisz...Aaaaaa! athina 2009-01-21 00:25:57skomentuj (3)
O Balladzie i o Zakaczawiu

Przy okazji któregoś tam lenistwa, włączyłam sobie "Balladę o Zakaczawiu". Znów się uśmiałam i łzę uroniłam, ale zachwyt przedstawieniem był nieco mniejszy niż przed laty. Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego ten Ruski był taki mały. Róży pod pachę wchodził. Też się podkochiwałam w Ruskich z sąsiedztwa, ale to byli ładni i duzi chłopcy, a nie jakieś konusy. No, ale reżyser zapewne chciał tym przekonać widza, że ta miłość była bardzo głęboka. Taka, w której wzrost nie ma znaczenia. I nie tylko wzrost, oczywiście. Gienka nie moge przeżyć też, bo to był wysoki facet o szczupłych biodrach i szerokich barach, takich napakowanych siłownią. Miał pociągłą, krzywą twarz i wielki nos, zgięty, jak u czarownicy. Gienek na pewno nie był niższy od Mańka, no.
Temat przedstawienia poruszyłam kilka dni później, u Wiesi na kawie.
- Wiesz, ja nie jestem zauroczona Balladą. Pamiętam czas pisania scenariusza, oni tu nawet u mnie byli, Kopka i Bulanda, żebym opowiedziała im kilka anegdot związanych z Zakaczawiem. Jako policjantka jeździłam tam na różne zdarzenia i miałam kilka wesołych wspomnień, ale żadnego nie wykorzystali. - Powiedziała Wiesia, wywołując zaciekawienie na mojej twarzy.
- Na przykład taka sytuacja. Dyżurny woła mnie na dół, bym przyjęła zgłoszenie o popełnieniu przestępstwa. Schodzę, widzę kobietę i dwóch mężczyzn. Gadają jeden przez drugiego. Uciszam ich, jednocześnie im się przyglądając. Kobieta, Mariolka siedzi na krześle, ubrana w krótką spódnicę, na nogach ma pełno blizn. Jeden z facetów, to niski przygłup, drugi wysoki, ma na imię Rysiek. Przygłup zgłasza gwałt popełniony przez Ryśka na Mariolce. Rysiek wściekły tłumaczy, że żadnego gwałtu nie było, to był norrrmalny stosunek! Z tej całej paplaniny klecę wersję wydarzeń. Rysiek, który na krótko przed zdarzeniem wyszedł z pudła, szedł rano ulicami Zakaczawia z flaszką pod pazuchą i bez specjalnego pomysłu na to, z kim by tę flachę obalić. Przechodząc koło bramy, przypomniałem sobie, że tu mieszka Mariolka i mi stanął... To co miałem zrobić? Wszedłem na górę. W tym czasie przygłup szykował się do pracy, zapakował kanapki i musiał zostawić towarzystwo z wódką. Po kilku głębszych Rysiek z Mariolką wylądowali w łóżku, a przygłup wrócił pod jakimś pretekstem i zastał bzykanie. No to Mariolka zaczęła krzyczeć, że to jest gwałt, dlatego przygłup zbiegł do budki i wezwał policję. Ale to nie był żaden gwałt, pani sierżant! Rysiek, jak na takiego, miał przy sobie bardzo dużo pieniędzy, to pytam go, skąd je ma? A, opierdoliłem takiego jednego, a teraz szukajcie kogo, bo to do was należy.
- O Zakaczawiu można by serial nakręcić. - Westchnęłam.
- Albo to, - podjęła Wiesia, - przy jednej z ulic mieszkał inwalida, nie miał obu nóg. Jego mieszkanie bezpośrednio sąsiadowało ze sklepem. Kilkakrotnie przychodziła do niego brygada, stawiali wódkę, spijali go do nieprzytomności, a potem brali kilof, rozwalali ścianę i szli po łup.
- Naprawdę zdarzyło się to parokrotnie? - Zapytałam rozbawiona.
- Naprawdę. - Zaśmiała się Wiesia.
- A w dzień pogrzebu Gienka, to było 13 grudnia, zostałam wezwana na Ukrainę, wiesz, tam koło Kariny. Weszłam z kolegą, zobaczyłam kobietę, strasznie czerwoną na twarzy. Ale ma, kurde, nadciśnienie, pomyślałam, bo jeszcze nie skojarzyłam, że to kac. Kobieta trzymała na rękach dziecko, czarne jak smoła. Jakaś sąsiadka właśnie przyszła z ciuszkami, ponieważ kobieta utrzymywała, że wczoraj to dziecko znalazła porzucone. Zaraz odrzuciłam myśl, że to jest cygańskie niemowle, bo Cyganie przecież nie porzucają dzieci. Pomyślałam, że może rumuńskie. Zaczęłam przesłuchiwać kobietę czując, że coś kręci. Utrzymywała, że na Zakaczawiu znalazła, na skwerku obok kibla, ale nic mi sie to kupy nie trzymało. Niespecjalnie chciała powiedzieć, dlaczego wczoraj tego nie zgłosiła, jakby nie przemyślała sobie odpowiedzi na takie pytanie. Musiałam zabrać ją na oględziny tego miejsca, no i wcześniej wezwać odpowiednie służby, by zabrały niemowlę. Następnego dnia miałam w pracy nalot Cyganów. Darli się na mnie, że dziecko zabrane. Okazało się, że młoda Cyganka zostawiła swoje maleństwo pod opieką tej kobiety i ruszyła z Cyganami na pogrzeb Gienka, który odbył się poza Legnicą. Natomiast wspomniana pani w ogóle tego nie pamiętała, bo taka była naprana.
Ech, nie bez powodów Zakaczawie nazywano Dzielnicą Cudów. Miałam wtedy naście lat i mieszkaliśmy tuż przed mostem. Instynkt podpowiadał mi, że za mostem nie mam czego szukać. Zresztą, gdybym poznała towarzystwo "zza granicy", tatuś szybko by je rozgonił. Za to poznałam przedziwną i awcholerę, toteż moje losy potoczyły się w zupełnie innych dzielnicach naszego pięknego miasta.
A Zakaczawie dzisiaj? Szara, brudna i nudna część miasta. Pijaków się widzi, rocznik pięćdziesiąty, bo młode giganty wyjechały na Wyspy. athina 2009-01-22 19:53:34skomentuj (7)
Medytacja
Przekraczając próg kuzynki domu, usłyszałam jej głos dobiegający z dziadka pokoju.
- Ile razy mam cię nakrywać? Po co w ogóle wstajesz co chwilę? Masz coś do załatwienia?
Weszłam na piętro.
- Co jest? - Zapytałam.
Kuzynka wzięła głęboki oddech.
- Ja się psychicznie wykończę. Nakrywam go, wychodzę, on wstaje, idzie do kuchni i prosi, żebym go nakryła. Tylko mocno mnie nakryj! Co, mam stół na nim położyć, żeby było mocno?! - Ryknęła zdenerwowana nie na żarty.
- Tylko blatem do dołu, żeby mu nogi od stołu dziur w plecach nie porobiły. - Powiedziałam.
Uśmiechnęła się, ale o poprawie nastroju nie było mowy. Dzień wcześniej były baby z MOPSu i pizgały jej nad uchem, że dziadek nie jest ogolony (bo się nie daje), posikuje, a pampersa nie chce nałożyć. No, ze wszystkim jest oporny, niecierpliwy i w ogóle niedobry. Kuzynka przestaje dawać sobie radę, dlatego zaczęła proces ubiegania się o dom starców dla niego. Nie ma żartów, ostatnio wyszła do sklepu, a dziadek nastawił wodę na herbatę. Kiedy wróciła, czajnik był spalony.
- Zrób sobie kawę, ja idę doprowadzić jego pokój do stanu sterylności, bo jutro ta jebana piguła przychodzi, co zagląda po kątach i mi dupę obrabia. - Wycedziła przez zęby.
Weszłam do pokoju dziadka, dżizas, buty porozwalane, makaron na podłodze.
- A co się tu wyrabia? - Zapytałam.
- Jak to co? On ciągle wywala buty z szafki i ogląda, na dół nie pozwala ich znieść, bo ukradną. Trepy z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku, no i w domu sami złodzieje przecież są, nie?
- A to żarcie na podłodze? - Wskazałam na makaron.
- Kota karmi, bo myśli, że on jarosz, kurwa! - Mimowolnie się uśmiechnęła.
Następnego dnia rano miała przyjść pielęgniarka z Caritasu, by pobrać dziadkowi krew i mocz. Co dwa tygodnie przyjeżdżają, w piątki około ósmej. Kuzynka najbardziej nie lubi takiej rudej, bo jest wyjątkowo wredna i wyolbrzymia. Poza tym te kobiety nie biorą pod uwagę, że starszy człowiek może naprawdę być oporny i nie chcieć współpracować.
- Śpij dzisiaj u mnie, przy tobie czuję sie jakoś raźniej. - Poprosiła.
- O, tak, tak, mamusiu, będziemy spać u Arturka? - Miśka klasnęła w rączki.
- Dobra, ale jak będą ryki i piski, to jedziemy do domu, bo dziadek jest chory. - Zaszantażowałam dziecko.
Wieczorem w kuchennym zaciszu kuzynka wylała wiadro łez, że już nie ma sił, że to wszystko ją przerasta i jeszcze te oszczerstwa, napadanie na nią...
- O której to babsko jutro będzie? - Zapytałam zwężając oczy w szparki.
- Zawsze jest po ósmej. - Odpowiedziała. - Przed ósmą otwieram jej na dole, żeby nie tarabaniła w dzwonek.
- Ręczę ci, że jutro nawet nie pomyśli, aby zaglądać w kąty!
Następnego ranka sprowadziłyśmy dzieci na dół, do Kariny. Na środku salonu, (a schody prowadzą prosto do niego) ustawiłyśmy świeczki w kółko, zasłoniłyśmy zasłony, zapaliłyśmy kadzidła, zrobiłyśmy z ręczników turbany na głowy oraz przywdziałyśmy kwieciste, tureckie i wielkie, bo po babci szlafroki w kimono. Zobaczywszy podjeżdżający samochód służb Caritasu, szybko usiadłyśmy po turecku przy kole świeczkowym na przeciw siebie, zamknęłyśmy oczy i jęłyśmy wydawać z siebie charakterystyczne dla medytujących dźwięki hhhaaaammm, hhaamm.
U szczytu schodów babsko przystanęło, jakby zderzyło się ze ścianą. Uchyliłam jedną powiekę.
- Czuję zgniłą energię, należy szybko oczyścić aurę, HHHAAAAMMMM! - Uniosłam ręce i głowę do góry.
- HHAAAMMMM! - Zawtórowała kuzynka.
Po czym zaczęłyśmy machać rękami, jakbyśmy chciały poderwać się do lotu, a baba z trójki ruszyła do dziadka pokoju, zamykając za sobą drzwi. Pobierała mu krew i słyszałyśmy, jak go dwa razy ucisza, bo przecież umierała z ciekawości, co my tam jeszcze pierdolimy.
A my zmieniłyśmy repertuar na Hattooorrr, Aaajuhaaa i co nam tam do głowy jeszcze wlazło.
Wiała bardzo szybko, bałyśmy się, że się potknie na schodach, sucz posrana. Na do widzenia oznajmiłam tylko gromkim głosem.
- Zgniła energia wyraźnie się oddala!
I chuj. I niech siedzą i pierdolą. Nikt nikomu w tym kraju nie zabroni medytować, o! athina 2009-01-31 12:15:36skomentuj (5)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz