sobota, 7 marca 2009

Spazmatyk
Moja mama jest niespotykanie spokojnym człowiekiem. Na głowę można jej wleźć, nic nie powie. Wkurwa ma raz w roku, w Wigilię i to zawsze za sprawą ojca, bo on tego dnia aż paruje ze złości. Ma przecież w chuj obowiązków, aż powyciągać ozdoby z pawlacza i ubrać choinkę. Wtedy zaczyna się meksyk. Ta jebana drabina się chwieje, ten pierdolony stojak się nie chce skręcić, w ryj niedojebane lampki są poplątane, prostututka choinka stoi krzywo. Dobrze, że szopka jest w całości, wystarczy wyjąć z worka, bo aż strach myśleć jakim epitetem by ją obrzucił. Rzuca wszystko, warcząc pełznie do kuchni i plącze się matce między garami. Wtedy jej reakcja, i to każdego roku jest taka sama:
- Dobra, zostaw, kurwa tę choinkę, ja ją sama ubiorę!
I tu ojciec czuje się dotknięty.
- A dlaczego ty masz ubierać? Ja ci się do garów wtrącam?!
Wraca i dopóki lampki nie zawisną na drzewie, bluzgom nie ma końca. On jest po prostu cholernie niecierpliwym facetem.
A już jak czegoś nie może znaleźć, to lepiej od razu spierdolić z domu, dla własnego spokoju. Iść po chleb, fajki, nie wiem, spinacze do bielizny, bo ostentacyjne wyjście też go obrazi.
Dzisiaj rano pojechałam do nich po karpia, przyniesionego przez znajomego wędkarza.
- Gdzie ojciec? - Zapytałam jak pies pasterski widząc niepełną chatę.
- Poszedł odebrać dług, zaraz powinien być. - Odpowiedziała mama i odruchowo zerknęła w lustro, by obejrzeć postęp gojenia się strupów po kuracji usuwania kaszaków ciekłym azotem. - Coś czarno to widzę, że to w ogóle zejdzie, - wycedziła posępnie.
- Tydzień jeszcze nie minął. Dużo ich. - Przyjrzałam się jej kolejny raz.
- Bo ona mi dodatkowo piling tym azotem zrobiła. - Pogładziła policzek.
- No, dobrze, że ci liftingu nie pierdolnęła. - Burknęłam. Na te słowa weszła Jaga, mamy koleżanka. Pyskata franca, ale szalenie ją lubię.
- Dobrze ci! Stara rura, kosmetyczek się jej zachciewa, patrzcie ją! Cześć wam! - Zmierzyła mnie od stóp do głów. - A ty co masz za buty?
- No co? Adidasy. - Spojrzałam na moje stopy.
- Jak to są adidasy, tumanie jebany, to ja jestem myszka miki! Co, do fitnes klubu idziesz?
- Ty, ciotka, czep się swoich odrostów, wyglądasz jak garkotłuk! - Odparowałam ze śmiechem.
- Bo ja jestem garkotłuk, a ty masz chodzić jak elegancka kobietka. - Odwróciła się do matki,
- to co, jedziemy?
- Czekaj, zaraz Wiesiek przyjdzie.
- Ten jak się wypuści... O, idzie i już coś bluzga.
Skrzypneły otwierane drzwi.
- Stój! Chodź tu! No chodź do pana, pfff, Gufi. To chuj ci w dupę! - Jamnik rodziców jak jaszczurka wymyka sie między nogami i wioooo na dwór. - Frajera nie ma w domu, a tak obiecywał, że dzisiaj na pewno odda. Teraz żeby zdychał, to mu nie pożyczę więcej. Jedziemy?
- Czekaj, ryby przyprawię - mama jęła wyjmować przyprawy.
- To jeszcze nie skończyłaś?! - Zesztywniała, spojrzała na niego ze złowieszczymi ognikami w oczach, już chciała zastosować ciętą ripostę, ale Jaga była szybsza.
- Bo jak się umawiacie, to powinnaś już w kurtce stać i czekac w przedpokoju, co nie, Wiesiu? Ojciec chwytając za klamkę odparował, - nie wkurwiaj mnie i ty. Czekam w samochodzie! - Po czym trzasnął drzwiami.
Wykrzywiłam usta w drwiącym uśmiechu wytykając ciotkę palcem.
- Ten to ma zajoba, hihihi - Jaga wstała z krzesła. - Później przyprawisz, chodź, bo spazmatyk bedzie tam pomścił aż wszystkie szyby w aucie zaparują.
- Żebyście wiedziały, jak on mi działa na nerwy! - Matka spokojnie włożyła karpie do lodówki.
- Wiemy, wiemy, chodź. - Nerwówka udzieliła się i mnie.
- A pies? Muszę go jeszcze złapać i do domu przynieść! - Była coraz bardziej wściekła.
Trza było ratować sytuację.
- Mamo, ja go wezmę do siebie i jutro wam podrzucę, idźcie już!
Potem opowiedziałam o tym Karinie.
- Wiesz co, jemu trzeba jakieś psychotropy podsypywać do jedzenia. - Wysyczała siostra.
E, nie, jak tak można komuś bez jego wiedzy...Chociaż?...E, nie... athina 2008-12-02 14:52:33skomentuj (10)

Czysto mikołajkowy dzień i noc...


Nic nie planowałam na piątek, oprócz zawiezienia siostry z rańca do jej firmy po odbiór mikołajkowej paczki dla dziecka. Zamierzałam wrócić do siebie i leżeć do góry kołami, aż do popołudnia. Ale zadzwoniła przedziwna, że kawa podana, deser, te sprawy. No to pojechałam. Dziewczynki humory miały szampańskie, toteż kawa przeciągnęła się do momentu gnania po Miśkę silnikiem rzężącym ostatkiem sił. Nawiasem, przedziwna strzeliła taki deser na gruszkowo, że byłam przemile zaskoczona. Lekkie to było oraz orzeźwiające. Niemieckie południe, kawa plus cukierolandia. Nawet podczas wieloletniego żywotu w Szkoplandii nie dałam się namówić na takie orgie. Nie wspomnę Włoch i Grecji.
Nieco wcześniej piesy nasze, Mijo i Platon spotkały się po dwóch miesiącach przerwy. Platon dorodny, wieloletni juz samiec, stary dziewic. Mijo dopiero wkraczający w dorosłość, od niedawna zaczął podnosić łapę celem ojszczywania krzewów, słupów, tudzież moich kół samochodowych.
Nikogo raczej nie zdziwiła reakcja obu samców, Mija leżącego natychmiast na plecach, poddającego się z przerażeniem (ochrona szczenięca poszła w zapomnienie) i Platona dominującego na swoim terenie, że aż o próby bzykanka się ocierało. Jednak minęły dwie godziny, a Platon absolutnie nie popuszczał, ba! nabrał wyraźnej chęci przelecenia Mija w kakałko z celownikiem na dobre. Moja psina odwarkiwała, czasem agresywnie. Przedziwna wielokrotnie chwytała za smycz, by przywołać Platona do porządku, ale nie na długo to pomagało. Mijo krył się pod moimi kolanami, a Palton zipał nad nimi, hojnie śliniąc mi spodnie. Jednogłośnie zatem stwierdziłyśmy, że mój pies musi mieć o jeden hormon żeński za dużo, co niebawem potwierdziło się w czynach, gdyż Mijo począł szczuć Platona. Wybiegał spod moich kolan, robił rundę paradną po salonie, wprawiając swojego oprawcę w euforię; ślinotok, wytrzeszcz oczu, trzaskanie ogonem szklanek na stole i łażenie przy jego łapie. Przedziwna znów chwytała za smycz, a Mijo wracał pod kolana.
- Mijo, przestań zachowywać się jak dziwka Aleksandra Wielkiego! - Ryknęłam ze śmiechem. Ostatni raz udało nam się przywołać swoje samce do nogi i porządku. Za chwilę obaj się wymknęli... - Mijo! - Krzyknęłam raczej już odruchowo, ale olał mnie totalnie...- To chuj ci w dupę! - Rechotałyśmy dobrą minutę, a z przedpokoju, gdzie skryli sie panowie załatwiający ustronnie swoje sprawy, dobiegał nas odgłos platonowego ogona uderzającego o panele...
- Dobrze pukasz, Platon - wychichrała przedziwna.
Miśka po raz pierwszy nie była obiektem zazdrości Platona. Nie kradł jej zabawek, kolorowanek, butów. Totalnie ją olał, za to Mijo robił coraz większą furorę, jako obiekt miłosnego już pożądania. Się Goldi wziął był i pedalsko zakochał. Planowy, wieczorny spacer zakończył na olaniu futryny drzwi klatkowych i zrobieniu zwrotu w tył. Zaparł się Goldi jak osioł, że on nie ma potrzeby wypróżnienia kakałka, bo i po co? Ma, ale to palącą potrzebę opróżnienia jaj!
Zawinęłam dziecko, ku jej uciesze, bo ciocia przedziwna spieszyła sie już na spotkanie z Mikołajem. Tym razem Misia pokazała, co znaczy podniecenie czyste jak łza.
- Mikołaj powie wszystko, czy byłam grzeczna? - Szepnęła mi na ucho, gdy schylając się zapinałam zamek przy jej kurtce.
- No - Odszepnęłam. Wyraźnie się zmieszała.
Później w samochodzie zagadnęła jeszcze nieśmiało, czy Mikołaj niegrzecznym dzieciom nic nie przynosi...
- Zawsze coś przynosi, bo bardzo kocha dzieci, ale dla tych grzecznych ma więcej prezentów. - Chytrze zwęziłam oczodoły w szparki. "Iiiiiiihihihi, dziś starzy są górą. Dziś jestem konfesjonałem i daje rozgrzeszenie"
- Mamo, ja zawsze byłam grzeczna, a jak nie, to sama mówiłaś, że nic się nie stało. Będę miała duży prezent?
Był prezentowy wieczór. Ciocia przedziwna przyjechała ze spotkania z Mikołajem z dwoma pudełkami różowej barbie po brzegi wypełnionymi słodyczami, jogurtami, misiem i ogromną flaszką płynu do kąpieli - hehe - barbie. Płyn był boski, tulony, kochany. Nie, nie misio, płyn.
- Julia, mikołaj mi powiedział, że strasznie się spieszy, ale na ciebie popatrzy i być może będzie miał jeszcze jeden prezent... - Przedziwna bawiła się szampańsko, ja też.
- Dotykałaś tej jego miekkiej brody? - Zapytałam. - On chyba jest piękny, co?
- On sie bardzo śpieszy, by zdążyć do wszystkich dzieci. Nie miał dla mnie czasu. Ale do Julii może jeszcze przyjdzie. - ...
Dziecko w końcu poprosiło o piżamy, bo powieki opadały. Było kilkanaście po dwudziestej pierwszej, dotrwanie do tej godziny jest już dla Miśki wielkim wyczynem. Poszłam do miskowej sypialni, a przedziwna do auta. Powoli ubierałam dziecko czekając na sygnał, że można zaczynać...
- Julka, Julka, szybko, mikołaj ucieka, widziałam! - Ryknęła przedziwna.
Dziecko boso pognało do kuchni.
- Gdzie, uciekł? Ale jak tu był?
- No był, widziałam kawałek jego buta i nie zdążył okna zamknąć za sobą! Chyba coś dla ciebie tu zostawił.
Misia rozejrzała się przed sobą, ale nie za sobą. Lekko sposępniała...
- Tutaj położył, byłaś grzeczna! - Przedziwna wyjęła paczkę zza kuchenki.
Miśka zachłysnęła się szczęściem. Karetą barbie ciągniętą przez wielkiego konia.
- Ten mikołaj mnie kocha i byłam grzeczna! - Zabawka przerosła jej wyobrażenia, bo zmęczona zamiast zaciągnąć jak zwykle nowość do łóżka, zaparkowała karetę obok telewizora i położyła się spać, każąc sobie, po wielu miesiącach przerwy włączyć teletubisie.
My, stare krowy bawiłyśmy się mikołajkowo-szampańsko i z ogromnym zaangażowaniem.
- Do ciebie też przyszedł Mikołaj - Zaśmiała się przedziwna, kiedy Miśka na dobre odpłynęła. Wyjęła z torebki dobrą wódkę i paczkę fajek... Właśnie kończę moją mikołajkową wódkę. Po takiej nie ma kaca, nie? Się przez tego mikołaja zasiedziałam...Matko! athina 2008-12-06 03:16:46skomentuj (6)

Zoologicznie


Moja ciocia Kasia zaszła. W dzieciństwie dostawałam od niej siarczystego kopa za słowo "ciocia", wszak młodsza jest ode mnie o rok cały z hakiem. Chude to zawsze było, wątłe, ale kopa miało, że ho, ho! Musiałam z bólu spuszczać jej wpierdol. Poza tymi wyjątkowymi sytuacjami do dziś żyjemy w absolutnej zgodzie.
Ciąża, czwarta z kolei okazała się słabowita, wystepują drobne plamienia, dlatego lekarz polecił cioci oddanie kota w dobre ręce.
Nigdy z Miśką nie ukrywałyśmy, że jesteśmy oczarowane Maciejem, jego spokojem, łagodnością, czystością, i że byśmy go chciały, dlatego trafił do nas. Ma półtora roku, wychował się z psami, toteż Mijo wcale mu nie przeszkadza. Zaś pies ma nowego kompana do zabawy, oczywiście wtedy, kiedy Maciej ma na to ochotę. Gdy nie ma, a młody pies jeszcze nie rozumie, kiedy kota należy zostawić w spokoju, zgarnia kilka szybkich z liścia i odchodzi zdziwiony.
Gdy Kasia zadzwoniła z prośbą, o zabranie jej kochanego kotka, reakcja Miśki wywołała u mnie wytrzeszcz. Z mojej strony padły następujące słowa: Cześć, ok, a u was? Aha, no nie ma sprawy, jasne, że wezmę. Nie, teraz nie, za jakieś dwie godziny. Przy czym ja stałam w kuchni, Miśka leżała w pokoju. Pożegnałam się, a moje dziecko krzyknęło:
- Mamusiu, jedziemy po kotka?! - Medium jakieś, czy co? Albo coś mi umknęło.
Babcia była bardzo smutna, że zabieramy Macieja, jej pupilka. Łamiącym się głosem wyszeptała, - U Dorotki będziesz miał dobrze, mój kochany. Tutaj te pierdolowane psy ci tylko z michy wyżerały. - Ucałowała w łepek i podreptała do pokoju.
Bałam się, że kot będzie smutny, stęskniony i nam niechętny. Jakże się myliłam. Posiedział ćwierć dnia pod szafą, ćwierć pod piecem i było po tęsknocie. Trochę go podkupiłam wędzonym łososiem, nie ukrywam i szynką. No dobra, i surowym mięsem. Ale to dla wspólnego interesu.
No i mamy kota, czarnego łotra z białą koloratką jak u klechy. Miśka jest zachwycona. Kociara moja jedyna.
Jeszcze wesoła anegdota w życia rodziców, opowiedziana mi przez matkę.
- ...Leżałam zwinięta w kłębek od ściany, gorączka mną telepała, usiłowałam zasnąć. Za mną leżał ojciec i nagle słyszę: "Niuniuś, przykryj się, bo zimno!", czuję, że kołdra ze mnie zjeżdża, a on tego swojego jamnika otula! Ty widziałaś? Niuniuś! - Ojciec też na starość dewocieje.
Aha, szwagier chodził trochę smutny po oddaniu jamnika rodzicom, ale siostra była nieugięta. Jak ciąża, to bez zwierząt. Jednak udało mu się nakręcić ją na rybki. Uważam, że na to hobby trzeba mieć od cholery kasy. Zjadają się te ryby, sną. Cyrki świata się w tym akwarium wyprawiają, a siostra tylko lata i dokupuje. Ostatnio pokazała mi jedną.
- To z tych rekinowatych.
- Tak? - Przybliżyłam gębę do szyby w poszukiwaniu znamion rekina.
- Co, nie widać? Przecież jak dwie krople wody - fuknęła Karina.
- Masz rację, spojrzenie iście to samo.
Ryba ma trzy centymetry.
To do następnego. Przyozdobiliście już chałupy? Ja jeszcze nie. athina 2008-12-15 12:18:46skomentuj (10)
Fekalicznie

O jezuuuu, jaka jestem od rana wściekła! Mijo, stary byk postawił w nocy w przedpokoju trzy klocki i to żadne rozwolnienie. Trzy suche kupska i kałuża szczyn. Nie wiem, co to miało znaczyć. Jakiś manifest, kurwa, czy zwykłe, a zesram się, co mi tam. Co mi tam skończyło się pyskiem w odchodach i siarczystym kapciem na dupsku. Dość się nasprzątałam po nim i nie pozwolę więcej na takie historie.
Cztery i pół godziny spędziłam w poczekalni i u lekarza. Przedziwna w tym czasie piastowała u mnie w domu Miśkę. Jakie to szczęście mieć przyjaciół. Maciej na gościa w domu zareagował dość kocio. Naszczał do węglarki. W głowę zachodziłam, czym mogłam go wkurwić, ale wspólnie z Szeherezadą doszłyśmy do wniosku, że kot jeszcze jest w stresie i co to za porządki, że jego nowa mama wychodzi, a zostaje inna kobieta. W dodatku kobieta owa używa Kenzo Elefant, no to mam. Wytransportowałam węglarkę na balkon. W sumie mogło się skończyć olaniem mi łóżka, więc powinnam uważać się za szczęściarę. Chciałam pana i władcę, to mam.
Mój wspaniały i mądry prezes złożył rezygnację, poprzedzoną straszliwą awanturą we Wrocławiu. Niestety, nie znam jej szczegółów, ale mogę się domyślać, że współpraca z imbecylami przestała mu odpowiadać.
Wielomilionowa inwestycja tonie, bo Impel, to gniazdo komunistów wzajemnie głaszczących się po główkach.
Derehtor nadal robi pracowników w chuja, a obok inna firma buduje halę produkcyjną. Wiosną mają tam być przyjęcia do pracy. Nie szanować i kantować siłę roboczą w trzydziestotysięcznym mieście, jest jak podpisanie na siebie wyroku. Tłumaczyłam to kiedyś tej Turczynce, ówczesnej kierowniczce produkcji. Derehtorowi mi się nie chciało, przecież on wie lepiej. Trzeba mieć nie lada brak talentu, żeby zmarnować największą i najnowocześniejszą w tej chwili pralnię w Polsce. Ostatni kontrakt przyniosłam ja w lutym, kiedy wygrałam przetarg na 27 ton miesięcznie. W międzyczasie firma zatrudniła dyrektora ds. sprzedaży z Krakowa. Mieszkanie, nowa VW Jetta, komórka, laptop i bicie piany, a zero kontraktów. W Impelu jak się ma stanowisko dyrektorskie, to żyć nie umierać. Impel uwielbia utrzymywać trutnie.
Toteż chuj Impelowi w serce. Tam naprawdę nie ma miejsca dla młodych, kreatywnych, charakternych. Za to jest dużo miejsca pod stołem na robienie loda.
Dlatego mój prezes jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że jest najlepszy. Trzymam za niego kciuki, by pokonał to cholerne raczysko. athina 2008-12-18 20:50:12skomentuj (5)
Pogrzebowo

Kiedy to ja pisałam o brutalnym morderstwie popełnionym na koleżance moich rodziców? Jakoś około siódmego listopada, co nie? Później była sekcja zwłok, dochodzenie, a moja mama codziennie dzwoniła do pogrzebowego, żeby dowiedzieć się kiedy MOPS da kasę i Ula spocznie. Codziennie rano dowiadywała się, że jeszcze nie, że policja szuka rodziny. Znaleźliśmy córkę, mama poszła z Jadzią do niej do pracy. I jak to moja mama, grzecznie, spokojnie mówi w czym rzecz, że ponieważ pracuje, jest ubezpieczona, może dostać pieniądze z ZUS-u na pochówek matki. Córka naprychała na moja mamę, żeby sobie poszła precz, bo ona teraz pracuje. I, kurwa, jak to moja matka, grzecznie, ja cież pierdolę, spokojnie przeprosiła i chciała odejść. Ale Jaga mnie nie zawiodła. Oparła sie o ladę i wycedziła:
- Ty kocmołuchu jebany, matki nie pochowasz, szmato? Kiedyś może cię to samo spotkać. I pamiętaj suko, kiedy tylko cię spotkam na dzielnicy, będziesz bita i kopana!
Córka najwyraźniej się nie przestraszyła, bo pochówku się nie podjęła. A mama dzwoniła i dzwoniła do pogrzebowego i nic, kurwa i nic!
Przedwczoraj rozsierdziłam się na dobre, bo przyjechała do mnie z Jagą i się rozpłakała.
- MOPS już dwa tygodnie temu przekazał pieniądze, ale oni ciągle mówią, że już mają komplet i może za dwa dni, może za trzy. A ta Ula nie daje mi spokoju. Telewizor mi gasi, światło, ostatnio klucze z drzwi wypadły.
- Bo frajerstwo ma w dupie, co tam taka Ulka, niech gnije i czeka! - Poczerwieniała Jaga.
W piątek rano, przy okazji koniecznej kontroli własnej i Miśki u lekarza, podjechałam na cmentarz. Miałam zamiar zrobić dziką awanturę i zagrozić, że jeżeli w poniedziałek nie będzie pogrzebu, napuszczę na nich prasę. Ale nie miałam siły. Zdenerwowanie wylało na mnie siódme poty. Wlazłam do tego kantorka, bo trudno nazwać to biurem, siadłam na krzesło, by nie upaść i się rozryczałam. Że tak nie można, że kobieta prosi o spoczynek, że trzeba mieć serce... I wypłakałam na wtorek na dziewiątą rano. Ba, dostałam dwie klepsydry za friko. Poprosili jedynie o jakieś ubranie dla Uli.
Mama rozwiesiła klepsydry, wygrzebała z szafy elegancką spódnicę, czarny, delikatny sweterek, kupiła buty, pończochy, bieliznę i zawiozła dziś do pogrzebowego. Zadzwoniła do mie po południu w dobrym humorze.
- Tak mi się lżej na duszy zrobiło. Może wreszcie ta Ula da mi spokój.
Tatuś wzięli słuchawkę od mamy. Tatuś są w matrixie, w dzień śpią, w nocy piją i mało go realne sprawy obchodzą, ale chciał się dowiedzieć, jak załatwiłam ten pogrzeb. Oczywiście ważne było, żeby scenariusz był taki:
- Wpadłam wkurwiona, wyzwałam ich od bezduszników. Ryknęłam, iż wiem, że MOPS już dawno zapłacił i jak nie będzie pogrzebu w poniedziałek, to napuszczę na nich dziennikarzy. No, ale mocno prosili, by im dać czas do wtorku rano. - Kłamałam bezczelnie.
- Ja wiedziałem, że jak ty tam pojedziesz, to załatwisz na biegu, córciu.
Abuehuehue! Matka też trzyma moją wersję. Niech tatuś się cieszą, że płynie w nas gorąca krew.
Ciągle nic nie zrobiłam, okien myła nie będę, bo nie mogę. Raz mogą być sobie brudne, pierdolę to. athina 2008-12-20 20:09:28skomentuj (6)
U proboszcza

Wspólnie i w porozumieniu uzgodniliśmy, że do księdza pójdziemy w poniedziałek, czyli dzisiaj po siedemnastej i skłamiemy, że dopiero dziś dostaliśmy informację o jutrzejszym pogrzebie Uli. Mi obecność księdza generalnie dynda, ale matka się uparła, że Ula by sobie tego życzyła, poza tym taki biedny pogrzeb i jeszcze bez księdza. W sumie sporo w tym racji, żyjemy w takim, a nie innym kraju.
Ojciec godzinę wcześniej się obudził i on też będzie jechał, bo nie lubi siedzieć sam w domu. Palnął setkę na drogę, przyszła Jaga i w piątkę, bo z Miśką oczywiście pojechaliśmy do katedry. Na drzwiach wisiała sympatyczna kartka z informacją, że od dnia 22 kancelaria jest nieczynna z powodu spowiedzi parafian. Na pierwszym piętrze świeciło się światło, toteż tatuś donośnie wyraził swoje niezadowolenie, że najchętniej zajebałby w nie cegłówką. Co cicho? Fuknął na mnie.
Podeszło młode małżeństwo, przeczytało kartkę i kobieta nie mogła opanować zdenerwowania.
- Przez cały dzień nas wodzą za nos, byliśmy tutaj o dziesiątej rano, to kazali przyjść po 17.00 i proszę!
Mężczyzna począł napierdalać w każdy guzik domofonu. Odezwała się jakaś stara baba.
- Slluucham.
- My do księdza w sprawie pogrzebu - wypluł mężczyzna do urządzenia.
- To proszę wejść i poczekać w holu. - Dobrze, że ci ludzie się pojawili, inaczej pojechalibyśmy do innego kościoła.
Weszliśmy, ojciec został na zewnątrz. Matko, całe szczęście.
Kiedy kobieta weszła do kancelarii, zszedł stary proboszcz.
- A państwo w jakiej sprawie? - Nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej jak stary zrzęda, - wichura zniszczyła witraż w kościele, pani na pewno wie, słyszała? - Wskazał ręką na mnie, bo ja przecież wyglądam na krzyżem w kościele leżącą, zwłaszcza z racji wieku oraz tulenia dziecka do piersi. Skinęłam głową na znak, że sprawa jest mi znana. Bynajmniej. - A taka naprawa będzie kosztować pięćset tysięcy złotych... - teatralnie zawiesił głos, - i skąd tu wziąć te pieniądze? Jaga, nie odzywaj się pomyślałam z przestrachem, ale widocznie nie doceniłam jej zaangażowania w pomyślny finał sprawy, bo siedziała jak trusia. - To w jakiej sprawie?
- Chciałybyśmy prosić o ostatnią posługę dla koleżanki zamordowanej... Z kancelarii wyszła kobieta.
- To proszę, proszę. - Proboszcz szerokim gestem zaprosił nas do pokoju.
- Ty nawijaj, ja będę cię asekurować. - Jaga szepnęła mi po drodze do ucha.
Jako ta pierwsza rozsiadłam się z Miśką przy biurku, przed młodym, pyzatym i czerwonym na ryju klechą. Widać było, że wcale mu się nie podobamy. Proboszcz stanął obok niego, a matka z Jagą ustawiły sie obok siebie przy drzwiach, jak uczennice.
- To słucham, w jakiej sprawie. - Stary zaczął któryś raz z kolei.
Pewnym tonem zaczęłam, ale przerwał mi pyzaty.
- Poproszę o akt zgonu.
- Nie mamy, tę kobietę chowa MOPS, a my nawet nie jesteśmy rodziną. - Odpowiedziałam spokojnie.
- Oj, to nie ma o czym gadać, bo my tutaj w tej księdze musimy napisać numer aktu zgonu, - ksiądz proboszcz złożył ręce jak do modlitwy.
- A my z racji braku pokrewieństwa nie dostaniemy aktu zgonu, czy to znaczy, że kobiecie nie należy się ostatnia posługa? - Zapytałam lekko poirytowana, ale nadal byłam bardzo spokojna.
- Dziecko, mamy przepisy, konkordat.
- Gdzie to jest? Ja chcę o tym przeczytać, - wkurw mnie chwytał.
- Ha, ha, chcesz mnie sprawdzać? - Stary popatrzył na mnie z politowaniem.
- Chcę przytoczyć obowiązki księży wobec wiernych.
Proboszcz machnął ręką, odwrócił się ode mnie w stronę matki i Jagi i rzekł - nie będę z tobą rozmawiał...
- To my nie będziemy rozmawiać z księdzem - prychnęła Jaga - idziemy, bo nie mamy pieniędzy na witraże. Ja to w gazecie opiszę, jedziemy do księdza Gacka.
Wstałam, chwyciłam dziecko za rękę, one juz wyszły, a proboszcz zatrzymał mnie w drzwiach.
- W takim przypadku posługa jest za darmo, - odwróciłam się do niego, a po policzkach płynęły mi łzy. - Ale potrzebujemy aktu zgonu.
- Skąd go wezmę, proszę księdza? Ta kobieta miała okropne życie, jeszcze gorszą śmierć, a okazuje się, że przyjdzie jeszcze pochować ją jak psa. - Przepraszam wszystkich niewierzących, ale musiałam tak powiedzieć, żeby dotrzeć do sumienia klechy. I nagle mi zaświtało. Przecież te kobiety w pogrzebowym były takie miłe i współczujące. One muszą mieć chociaż kopię aktu zgonu, wyproszę jutro rano, wybłagam, wypłaczę. Nosz kurwa, ja płaczem umiem wszystko załatwić! Szybko otarłam łzy i podzieliłam się nadzieją z proboszczem.
- Tak może być, tylko proszę rano zadzwonić, kilka minut po ósmej, że jest akt zgonu, - ksiądz też wyraźnie odetchnął. Nawiasem, pogrzeb o 9.30. Nie wiedziałam, jak bezboleśnie zakończyć dyskusję i sobie wreszcie pójść z kancelarii cuchnącej dewocjonaliami i dymem papierosowym.
- Mamo, chodź już - Misiaczek mój kochany, moja mądra dziewczynka.
- Już idziemy laleczko... - Ale proboszczowi przypomniała się Jaga.
- A ta kobieta prasą straszy, że pieniędzy nie ma, a kto ją pyta o pieniądze? Ona poniżyła księdza. - Ocho, to dlatego zatrzymałeś mnie w drzwiach. Pomyślałam z rozbawieniem.
- Proszę księdza, z całym szacunkiem, ale ja nie mogę odpowiadać za innych.
- To po co takich ludzi brać ze sobą... - Tu zawiesił głos i nastawił ucha. Zapadła cisza, w którą wkroczył wyraźny głos mojego ojca z zewnątrz... Ja bym mu chujowi dał witraże...Niech kiecę zadrze na autostradzie i dupy daje...Frajer...Feściak... Proboszcz spojrzał na mnie, ja na niego.
- No chodź, idziemy. - Miśka szarpnęła mnie za rękę. Syknęłam, że zaraz nie spuszczając wzroku ze starego - Nie wiem kto to, księże proboszczu. - Jestem głupia, głupia i jeszcze raz głupia, po chuj w ogóle się odzywałam? Mogłam się znów rozpłakać, lepiej bym zrobiła. Miśka szarpnęła mnie znów za rękę i rykneła: - To dziadek, chodź!
Proboszcz pokiwał głową.
- To ja jutro rano zadzwonię i serdeczny bóg zapłać. - Wzięłam kartkę z numerem zapisanym przez pyzatego i wyszłam pąsowa. Szarpnęłam ojca za mankiet. Wstyd! Wstyd?! Oni, kurwa nie wiedzą co to jest wstyd! Nie szarp mnie, bo zaraz się tu rozsiadę jak mi się zechce. Kiecoki pierdolone, gdyby nie naród, to ta ich inteligencja racji bytu by nie miała, lepiej by na naukę dla lekarzy dawać, a nie na darmozjadów. Co tato?! Kit wciskają od tysiecy lat, Polacy to ciemna masa... I tak było przez całą powrotną drogę! I tak jest z nim zawsze... athina 2008-12-22 21:22:57skomentuj (11)
Cuda, cuda ogłaszają!

Mam nadzieję, że mieliście święta w dechę, jak ja!
Wigilia u rodziców skończyła się ciut po trzeciej nad ranem, kiedy obie z matką, bo tatuś już spali, zaczołgałyśmy się do łóżek. Ona do swojego męża, ja do Miśki i chrześnicy, tulących prezenty. Miśka spała z elektryczną szczoteczką do zębów barbie.
Następnego dnia obudziłam się zmasakrowana, bo mój okres abstynencji był zdecydowanie za długi. Ale oddech mi się wydłużył, jakaś zdrowsza się czułam, poza głową. Tam działy się bowiem różne brewerie.
Odstawiłam dzieciolandię na śniadanie do salonu, żeby dziadkowie sie z nimi użerali i wróciłam do ojcowego pokoju dosypiać. Przeraził mnie mój stan zwłaszcza, że na 14.30 byłyśmy z Miśką zaproszone do przedziwnej i Wiesi. Mieli się tam spotkać wszyscy bliscy przyjaciele. A jeszcze należało pojechać nakarmić Macieja.
Spóźniłyśmy się o ponad godzinę. Bisiada już trwała... Marlena, Czesia, Irenka i Zygmunt uśmiechnięci siedzieli przy stole, a gospodynie krzątały się wokół nas. Miśka wręczyła im kawę dla Mikołaja, który w nocy zagląda do domu cioci, pije kawę i zostawia brudną filiżankę, żeby wiedziały, że był.
- Ciociu, jak Mikołaj znów zostawi brudną filiżankę, to nie myj, ja umyję. - Powiedziała podekscytowana Miśka.
- Dobrze, to teraz chodź, zobaczymy, co dla ciebie przyniósł. - Przedziwna mrugnęła do mnie okiem.
W salonie na ławie położyła dwie paczki. Miśki była mniejsza, moja nieco większa i płaska. Dziecko ochoczo jęło rozrywać świąteczny papier, aż wyskoczyły z niej trzy śliczne, kolorowe obrazki na ścianę.
- Kochanie, te obrazki zrobiły dzieci z domu dziecka. - Przedziwna uważnie obserwowała reakcję Miśki i była wyraźnie rozbawiona brakiem szaleńczego entuzjazmu największej fanki koni w dziejach naszych najbliższych. - Ale Mikołaj zostawił dla ciebie coś jeszcze. - Otworzyła kredens i wytaszczyła pokaźne pudło. Już sam jego rozmiar wprawił Miśkę w ekstazę. Małymi paluszkami zaczęła rozrywać papier, mrużąc przy tym oczy i zaciskając zęby...
- O jeziu! - Jęknęła, gdy przez okno pudła uśmiechnęła się do niej różowa postać interaktywnego konia. Porzuciła na chwilę rozrywanie papieru i ramionami objęła karton. Zachłysnęła się własnym oddechem krzycząc:
- Mamusiu, mamusiu, ja go nazwę Róża! - Następnie długo tańczyła i wzdychała, zanim razem z przedziwną uwolniłyśmy Różę z kartonu oraz masy drutów zabezpieczających. Dziecko z koniem pobiegło do ciotek i wujka, a ja w spokoju, ale z nie mniejszym podekscytowaniem zdarłam papier z mojego prezentu - wielkiej, dezajnerskiej, fioletowo czarnej torebki. I też się do niej przytuliłam!
- Jesteś szalona. - Objęłam przedziwną.
- E tam, może ostatni raz jest mnie stać na prezenty dla bliskich. - Powiedziała.
Poszłyśmy do stołowego wznieść toast za Nowonarodzonego. Zaśpiewaliśmy dla Miśki, która w przedszkolu rozpoczęła naukę kolęd "Dzisiaj w Betlejem...", a ona zawstydzona schowała się za moim krzesłem. Mało nam było, więc rozwinęliśmy repertuar o następne. Śpiewająco przywitaliśmy Marysię, Wiesi przyjaciółkę i o jeden głos więcej kontynuowaliśmy radość z cudu tegorocznych narodzin.
Piwo i wino lało się hojnie, a nam gęby nie przestawały się zamykać. Noc była coraz ciemniejsza i wraz z upływem godzin stopniowo temat pieśni się zmieniał. Było ich tyle, że spamiętać nie dałam rady. Świadomość, że muszę to zapisać wróciła przy "Rozkwitały pęki białych róż..." Wiesia przyniosła śpiewnik biesiadny i wywyliśmy go gdzieś do połowy. W którymś momencie wstał Zygmunt i zmusił nas też do wstania słowami: "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił. Polski my naród polski ród, królewski szczep piastowy!"
I tańce były oczywiście, przy dzwiękach naszych wyczynów wokalnych... Aż poszłam przenieść Miśkę śpiącą w salonie przy telewizorze do sypialni. Poleżeć przy niej jeszcze chwilę i obudziłam się rano w opakowaniu.
Cały drugi dzień minął na wspominaniu tego pierwszego, nieustannym chichraniu się i odpoczynku.
Dziś w południe z przestrachem gnałam do domu, odebrawszy wcześniej Mija od rodziców, bo Maciej, bo Maciej. Tato tylko burknął, że psy ukradły pieczoną karkówkę i całą opierdoliły. Jak święta, to święta.
Maciej bardzo tęsknił. Raz po raz spoglądam jak śpi obok Mija na jego posłaniu i w głowie szumi mi "...Cuda, cuda ogłaszają!" athina 2008-12-27 19:39:22skomentuj (7)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz