sobota, 7 marca 2009

Samochód widmo
Pan Rychu jest ojca kolegą od 35 lat. Nigdy nie błyszczał inteligencją, a na starość rozum jeszcze bardziej mu się przytępił. Jego żona, Władka wyszła 15 lat temu po zakupy na święta i dotąd nie wróciła. Mieszka we Włoszech, a Rychu śmieje się, że jak wyszła, to kiedyś wróci.
Od tego czasu stał się uzależniony od ojca i jakiekolwiek decyzje konsultuje najpierw z nim lub moją matką.
Kilka dni temu, wchodząc do rodzicielskiego domu, dobiegł mnie podniesiony głos ojca:
- ...to tumanie trzeba było najpierw przyjść do mnie, a nie podpisywać!
- Ty byś synowi nie podpisał?! - Odszczeknął się Rychu.
- A w życiu! Przecież to jest mina! Synalek w dupę kopany! Teraz idź i zapłać to OC, myślisz, że ci podarują?
- Co się dzieje? - Zapytałam matkę zawijąjącą farsz w liście kapusty.
- Rycha syn sprzedał mu w styczniu samochód, jakieś problemy miał, podpisał z nim umowę kupna sprzedaży, a samochód przehandlował na części na złomowisku. Teraz urząd skarbowy się go czepia. - Powiedziała zamyślona.
Pan Rychu poszedł opłacić OC za samochód widmo, ale to nie załatwiało sprawy, bo co? Miałby płacić za niego do końca swoich dni? Żeby się pozbyć tego obciążenia, musiałby albo przedstawić zaświadczenie o zezłomowaniu auta, albo umowę kupna sprzedaży. O przedstawieniu prawdy nie było mowy, przecież nie wkopie syna, nawet jeżeli syn wkopał jego. Takie są prawa dzielnicy.
Ojciec dumał dwa dni. Jeździli razem na złomowisko, żeby załatwić lewe zaświadczenie, ale się nie dało. Nawet za sporą kasę. W końcu tatuś załatwili...
- Idź do tego Mietka, wiesz którego, co koło gnojówki mieszka. Gadałem z nim, dasz mu dwie stówy i kupi od ciebie. Jemu już wiele życia nie zostało, tylko patrzeć jak kojfnie. I flachę weź, bo on teraz strasznie chleje. - Tatuś byli z siebie dumni.
- To chodź ze mną, - Rychu popatrzył na niego błagalnie.
- A daj mi spokój, tam u niego śmierdzi jak w chlewie, wiesz, że ja zaraz będę rzygał. Mało ci załatwiłem? Dzidziuś, kurwa, wiecznie za rączkę go prowadź...
Wczoraj Rychu przyszedł do rodziców na kawę, gdy ja właśnie zalewałam swoją.
- Sprzedałem, proszę pani, niech mi też zrobi, - zwrócił się do mnie.
- Co pan sprzedał?
- No, ten samochód. Mietek podpisał umowę. - Uśmiechnął się szeroko.
- Ja pierdolę, takie dziwy, to tylko w naszej dzielnicy się dzieją. Kupują auta widma. Niech pan zgłosi teraz w urzędzie skarbowym fakt sprzedaży.
- No zgłoszę, zgłoszę, hehe...
Na to wszedł ojciec.
- Ciesz się, jełopie, ciesz...Jak zacznę pić, to bez litra się tu nie pokazuj.
- A kiedy zaczniesz pić? - Śmiał się Rychu.
- Nie wiem, a co, juz cię boli moje życie w trzeźwości? Lepiej zbieraj kasę na pijaństwo.
Pomysły mojego ojca już nieraz wprawiły mnie w osłupienie. W naszej dzielnicy wszystko jest możliwe... athina 2008-11-01 10:25:54skomentuj (5)

Zostaw, nie ruszaj, chodź tutaj!

- Masz plany na sobotę? - Zapytała przedziwna w czwartek wieczorem.
- Planowałam spacer z Miśką po cmentarzu, gdy się ściemni, żeby jej pokazać magię zniczy. - Odpowiedziałam.
Rodzicom odmówiłam wspólnej wyprawy na groby, bo ojciec wśród tłumów robi się bardzo nerwowy. Gna jak dziki, klnie pod nosem nie mogąc kogoś wyprzedzić, się kurwa wleką jak na skazanie, toteż na kontemplację nie ma mowy. Poza tym rokrocznie odwiedza kumpli z dzielnicy i niezmiennie ma problemy ze zlokalizowaniem miejsc ich spoczynku. Tu był grób i co? A tam, będziesz pierdoliła, tu był! Potem się okazuje, że jest w innej części cmentarza. Jako jedyna nie umiem sie powstrzymać od komentarzy, że pewnie nieboszczyk zabrał swoje M1 i się przeprowadził, na co ojciec reaguje, Weź się zamknij! Za chwilę awantura gotowa, dlatego wolałam tylko z Miśką.
- To przyjadę po was za kwadrans druga, pojedziemy do nas na obiad, a potem na cmentarz, co ty na to? - zapytała przedziwna.
- Zgoda.- Moja przyjaciółka w tym roku pożegnała tatę. Jej i jej mamie naprawdę nie jest lekko. Z tą śmiercią nikt nie może się pogodzić. Przyszła tak, jakby w lipcu nastała zima. Niedowiary. I bunt, że dlaczego, że jak to? Że to jest, kurwa, jakaś złośliwość! Tylko nie ma komu nawrzucać, przypierdolić. Trudno znieść to pokornie. Z moim kochanym wujkiem było mi o tyle łatwiej, że był ciężko chory.
Mijo jak zwykle walczył ze mną pod drzwiami do ostatniej chwili. Nie odejdę i chuj mnie obchodzi twoje gadanie, że zaraz wrócisz i mam pilnować domu. Koło pompki mi to lotto, ja chcę z wami. Wraz z przekręcaniem klucza w zamku rozpoczął arię operową. Cztery oktawy, nie mniej. Niewzruszona podążyłam z dzieckiem do auta czekającego na dole, bo wiedziałam, że słuchowisko zaraz się zakończy, a zacznie bestialski gwałt na pluszowym lwie. Mijo da upust swojej wściekłości, lwa potem położę na szafę. A gdy będę przekręcała klucz w odwrotną stronę, to ze świadomością, że nie mam w domu ruiny.
W tym roku tłum mierził i mnie. Miśka po raz pierwszy bez wózka, więc oczy miałam wszędzie, bo ile trzeba, by dziecko zgubiło matkę? Spojrzałam, przyspieszyła kroku i pewnie podążyła za czarnym płaszczem. Sprytnie ominęła ludzi prących z przeciwka, nadgoniła stracone sekundy, by znaleźć się za innym czarnym płaszczem. Zaś dziewczynek w różowych kurtkach jak makiem zasiał. Śledziłam ją i zastanawiałam się, kiedy złapie płaszcz za rękę. Ale ona jak zaczarowana, przystawała, patrzyła na świeczki, podskakiwała, pogwizdywała, znów podbiegała, do trzeciego czarnego płaszcza... Nie wytrzymałam, przywołałam. Zdziwiona popatrzyła to na mnie, to na płaszcz przykryty już brązową kurtką. W tej sytuacji pozwoliła poprowadzić się za rękę. Tłum jest jak labirynt. Oby nie stracić z oczu króliczka.
Przy grobie Leonarda odetchnęłam. Napięcie puściło. Zbierając energię na powrót strofowałam Miśkę, że na nagrobkach nie wolno siadać, że nie wolno zrywać ani jednego kwiatka, choć jest ich tak dużo. Nawet płatka kwiatuszkowi nie można wyrwać! Mam ci wyrwać włos z głowy? Znicze mają stać dokładnie tu, gdzie stoją, nie wolno ich przestawiać. Nie wolno przenosić świeczek, nawet gdy są takie ładne, to nie nasze!
Godzina absolutnych zakazów, uciążliwej edukacji, zniesmaczonych min starych pierników dała upust odbytem.
- Mamo kupę! - Zobaczyłam marsa. Czerwoną bezludną planetę, gdzie bez chwili zastanowienia ściągam dziecku gacie, a ono siedząc na moich nadgarstkach, machając beztrosko nogami rębie kupę i jest przeszywająco na wskroś ustronnie.
- Musisz jeszcze wytrzymać! - Warknęłam.
- No to zaraz się zesram! - Masz mi jeszcze coś do powiedzenia? Spójrz mi prosto w oczy i powiedz, że mam srać w gacie!
Złapałam dwie paczki chusteczek podanych mi w jednej chwili, drugą ręką chwyciłam ciepłą rączkę i lotem błyskawicy posadziłam srela w toi toju.
- Mamo - powiedziała siedząc na paczce chusteczek tworzących izolację między deską, a tyłkiem. - Tutaj jest za dużo ludzi, ja nie mogę zrobić kupy. Ja chcę iść do domu!
Bez komentarza... A dzień zaduszny spędziłam w domu. athina 2008-11-03 01:14:33skomentuj (11)

Tylko dla dorosłych

W telefonie odezwał się zapłakany głos mamy:
- Przyjedziesz dzisiaj? - Zapytała cicho.
- Przyjadę...Nie wiem...Czekaj...Co się stało? - Struchlałam.
- Ech...Przyjedź, to ci powiem.
Zostawiłam w pierony rozgrzebane, sobotnie porządki, wyłączyłam pralkę, naciągnęłam na dupę wczorajsze sztruksy, chwyciłam Miśkę i pognałam do auta. "Kurwa, zupa, zupa!" Uuuuch, nienawidzę się wracać. Wyłączyłam, usiadłam na krześle, "raz, dwa, trzy, czery..." i puściłam się pędem do czekających w samochodzie Miśki i Mija.
Zastałam ją w domu samą.
- Co się stało?! - Krzyknęłam, bo miałam szczerze dość niewiadomej, która skręcała mi kichy od kilkunastu minut. Los mnie ostatnio nie oszczędzał przecież.
- Buuuu, U...Ula nie...nie ż...żyje, zza...zza...zaabili ją - matka skuliła się jak skopany pies i szlochała.
- Jak zabili?! I czego mi przez telefon nie powiedziałaś, zawiozłabym dziecko do Kariny!
- Ja nie pomyślałam - ocknęła się natychmiast, ale szloch nadal wstrząsał jej ciałem.
- Dobra, idź do salonu i siadaj tam. Misia, chodź, mama ci włączy bajki u dziadka w pokoju. - Zamieniłam się w maszynkę.
- Babcia Ula nie żyje? - Zapytało dziecko, a potem oświadczyło, że nie chce bajek, że też idzie do salonu. Jeszcze bardziej wściekłam się na matkę.
- Nie wiem, kochanie, czy nie żyje, może babci się tylko przyśniło, - dla dobra sprawy zrobiłam z matki debilkę. - Jak porozmawiam sama z babcią, to ci później wszystko opowiem i pójdziemy kupić czekoladę. Umowa stoi? - Trudno było mi ukryć zniecierpliwienie.
- Stoi - Miśka patrzyła podejrzliwie.
- To przybij piatkę i włączamy telewizor.
To, czego się dowiedziałam, zmroziło mi krew w żyłach...
Ula była mamy koleżanką od lat. Poznały się, kiedy Ula była po rozwodzie i wiodła normalny żywot kobiety samotnej, pracującej. Później związała się z facetem, o którym mama nie miała dobrego zdania, odradzała jej tę miłość, ale ileż można wtrącać się w życie dorosłych? Mijały lata, Ula przez ten czas bardzo się rozpiła, jednak pozostała dobrą, poczciwą, życzliwą ludziom Ulą. Jej facet umarł. Popłakała trochę, a już wczesną jesienią szepnęła mi na ucho, że teraz naprawdę odpoczywa. Pomyślałam naiwnie, że z czasem może i zniekształcona biciem twarz wróci do dawnych kształtów. Szanowałam tę kobietę, a Misia nazywała ją babcią Ulą.
Jej facet miał córkę, Beatę, kocmołucha o dwa lata ode mnie starszego Cała dzielnica ją miała wzdrygał się zawsze ojciec, gdy była o niej mowa takiej szmaty w życiu nie widziałem. Dwóch jej nieletnich synów zabrało pogotowie opiekuńcze. Najstarszy ma 21 lat. Ładne imię ma, Łukasz. Święte. Jednak do grona świętoszków nie należy, nie, nie. Typ spod ciemnej gwiazdy. Niedawno wyszedł z więzienia, ale w domu matki nie było dla niego miejsca, więc trafił do noclegowni. Może ktoś wierzy w resocjalizację młodych skazanych, ja nie. Moim zdaniem powinni być okryci intensywną opieką kuratorów zaangażowanych w swoją pracę.Facetów z autorytetem. Ale w naszym kraju, póki co, nie ma takich. Instytucja kuratora zamieniła się w babiniec na szpilkach i z tipsami. Nie ma dla nich miejsca między noclegowiczami. Ludźmi z marginesu.
... Zmasakrowane, pocięte na części ciało Uli leżało pod ławą w pokoju. Tułów od pochwy do szyi rozpłatany został na dwie części. W klatce piersiowej porobiono dziury, a w nie powsadzano niedopałki papierosów. Doniósł kolega z dzielnicy zabierający zwłoki.
- Ja nie umiem tego zrozumieć, dlaczego? - Matka wtuliła twarz w moje ramię. - Jeszcze wczoraj w południe była tutaj w drodze z zakupów. - Była w absolutnym szoku.
- Już dobrze, uspokój się. Gdzie jest tato?
- Zabrali go na przesłuchanie, a ja boję sie iść sama po węgiel. Pójdziesz ze mną? - Była w jeszcze większym szoku, niż myślałam, bo jaki węgiel w tej sytuacji? Są też grzejniki!
- A dlaczego wzięli ojca?! Co ojciec ma z tym wspólnego?! - Poczerwieniałam.
- No nic, dochodzenie, u nas była widziana ostatni raz żywa.
W sekund trzy wsadziłam towarzystwo w auto i pojechałyśmy pod komendę. Deszcz się rozpadał. Na dyżurce dowiedziałam się, że tatę jeszcze przesłuchują. Mama poza domem wyraźnie się uspokoiła, Miśka "zasła" w foteliku. Wyszedł ojciec. Smutny, blady i przerażony. Pokazali mu zdjęcia zwłok. Nie chciał o tym mówić, ocierał łzy.
- Podobno Łukasz się przyznał, ale, że tylko patrzył, a dwóch jego kolegów pastwiło się nad Ulką... Kto to widział, tak zabić... - rzekł jakby w próżnię, uchylił przednie okno, wpatrzył się w mijające wraz z prędkością obrazy i do dziś nie wydał z siebie dźwięku, oprócz porannego "wypuść psa", doniosła dziś rano mama. Pojechałam do nich po południu, ale ojca nie było.
- Schował się gdzieś i pije - powiedziała mama. Czy Policja nie zdaje sobie sprawy z tego, że ktoś może być za wrażliwy na oglądanie takiej masakry? Kurwa! Nawet wielki chłop?
Na dzielnicy wrze, o niczym innym się nie mówi. Otwarty siedem dni w tygodniu sklep na rogu zamienił się wczoraj i dzisiaj w schadzkę plotkarek.
- O, pani Dorota, słyszała pani...? - Pani G. złapała mnie za rękę przyciągając do gromady starych babów.
- Słyszałam! Też jedziemy na grzyby, podobno zatrzęsienie! Przepraszam, nie mam czasu!
Wiem, że do dnia pogrzebu ojciec będzie nieosiągalny. On nie daje sobie rady ze śmiercią spowodowaną chorobą, wypadkiem, ba! starością , a co dopiero z czymś takim. Nienawidzę parzystych lat. Niech ten jebany sie już skończy! athina 2008-11-09 23:47:41skomentuj (9)
...Uwielbiam tego greckiego artystę pisane przez duże A...

Mniej więcej tak się czuję. athina 2008-11-13 00:05:52skomentuj (1)
Wochenende

Weekend spędziłyśmy z Miśką wśród świń, krów, piejących nad ranem kogutów, kur uciekających przed kotami oraz sraczu na podworku. Mijo upodobał sobie konie, znikał nam z oczu i obszczekiwał je namiętnie. Gnałam za nim, chwytałam, ganiłam, przywiązywałam do nogi ławki, ale nie mogłam psinę wiecznie trzymać na postrąku.
- Niech pani za nim nie biega, - wtrącił się w końcu sąsiad. - Póki konia nie szczypnie w kostkę, po pysku z kopyta nie dostanie. A jak ruszy Figaro, to ten go wyleczy z brzdękania! Ha, ha, ha!
- Jak? - Zapytałam.
- Ho, ho, ho, przegoni go tak po pastwisku, że trzeba będzie szczeniaka w lesie szukać. Nasze miejscowe wychował, to i temu, miastowemu da radę!
Olaliśmy zatem Mija, zajeliśmy się sobotnim grillem na powietrzu. Roman z niczego wzniecił ognisko, przy którym dzieci tańczyły z kiełbasami nabitymi na patyki. Miśki była najczarniejsza i najserdeczniej oddana mamie. Ja w ramach rekompensaty oddałam jej karkówkę i obie nażarłyśmy się jak prosięta. Oczywiście nie tylko popiołem.
Ukocmołuszone rzuciłyśmy się na posłanie przygotowane specjalnie dla nas. Ku mojej uciesze, reszta towarzystwa też nie miała sił na grzanie wody i mycie czegokolwiek poza łapami i ryjami.
Ćwierkająca dzieczyzna spędziła nas z łóżek we wczesny niedzielny poranek. Oczy miałam plączące się w potylicy, jajecznicę pod kopułą czachy, jeszcze furczącą i z cebulą. Wątrobę w bocznej kieszeni kozaków, zęby w szambie, a resztę zatopioną na amen w sobocie.
Wyczołgałam się spod kołdry i zapragnęłam znaleźć się we własnym domu, łóżku, własnej kuchni, przy własnym, nawet zimnym piecu. Kurwa, na własnych włościach. Gospodarze byli przekochani, nadopiekuńczy, ale ja nic nie poradzę na to, że uwielbiam się wyciągać na swoich meblach i kiedy mi się zechce...
Na pewno kwalifikowałam się jeszcze na jatkę promilową, wsiadając po południu i po obiedzie za kółko. Miśka "zasła" natentychmiast w foteliku, Mijo też. Figaro rębnął parą z nozdrzy, zadudnił kopytami i pies ze skowytem zasłabł pod samochodem. Nosa potem stamtąd już nie wyściebił.
Mencieni jesteśmy tym wiejskim wypoczynkiem, że strach. Że do wiosny nam starczy.
Udałam się dziś na rozpoczęcie przygody z MOPSem w sprawie funduszu alimentacyjnego. Fundusz nie dla mnie, bo o parę złotych przekraczam minimalne 725 zł na osobę z moich dochodów. W tamtym roku co prawda mój dochód własny tego nie przekroczył, ale z alimentami już tak. Fundusz jest jedynie dla najuboższych.
Niedowiary, bo tak naprawdę co ma wspólnego dochód matki z zasądzonymi alimentami ojcu? A jdnak ma!
Chuj z tym, że kolo nie płaci, że muszę dzielić włos na czworo, że w tej sytuacji prawie nie stać mnie na przedszkole dla dziecka, a zrezygnować z niego nie mogę dla dobra Misi. I mimo, iż alimentów nie otrzymuję, liczone mi są do dochodu! Sympatyczna kołomyja. I mam to w dupie. Nic innego nie jestem w stanie zrobić, jak podać pana o podwyżkę alimentów, wtedy szybciej sam się zlokalizuje, niż zrobi to sąd okręgowy.
Czas start, szczęki zaciśnięte, piana...
Uuuuuch, ty, kurwaaaa!...
- "Włoski padluch, prostytutka...Angelina TFU!"-
Autor ukochany. I niech Wa znów zaśpiewa Notis:

Mój fantastyczny Grek. athina 2008-11-17 21:45:39skomentuj (23)

...wisi na włosku

Staram się napisać coś nowego od czterech dni. I nie potrafię. A byłoby o czym. Pokłady złej energii niczym wampiry na dobre zagnieździły się we mnie. Wszystko jest "be", na nic nie chce mi się spoglądać łaskawym okiem. Cholerny agresor się we mnie włączył, większy niż zazwyczaj i z rogami.
Byłam dziś na szkoleniu, w centrum miasta. Objechałam je rano, by znaleźć parking za friko, reszta kosztuje zeta za godzinę. Zaparkowałam na znajomym podwórku, na tyłach deptaka. Tam zazwyczaj przeskakuję przez bramę przelotową, dopadam bankomatu i za minutę odjeżdżam. Dziś nadwerężyłam cierpliwość mieszkańców, ale i zaparkowałam rozsądnie. Tak, aby każdy mógł wyjechać. Kiedy wróciłam, moje auto było zastawione przez trzy inne, a innych 20 zaklinowały te trzy!! Nie zrobiłam zdjęcia, szkoda, ale łatwe jest to do opisania. Normalnie zaparkowane samochody utworzyły podkowę, trzy, w tym jeden ciężarowy pozostawiono na środku, niczym stół weselny i zupełnie nie troszcząc się o to, że godzina sięga szczytu i zaraz zacznie się dramat. Nie było możliwości wymanewrowania, nawet w akcie skrajnej desperacji! Wypaliłam trzy fajki czekając na tych jebniętych kierowców, jakże chciałam, by przyszli! Ale żaden się nie pojawił do końca trzeciego papierosa. Pojawiła się za to pani od samochodu obok i manewrując z przestrachem w oczach zrobiła mi miejce. Dymiąc, podążyłam za wolnością, ale zatrzymałam auto tak, by nikt już mnie nie zaklinował, wrzuciłam luz, wyszłam, wygrzebałam z torebki kartkę, podarłam na trzy części i na każdej napisałam: "Chuju, parkuj z myślą, że nie jesteś sam!". Gyby nie fakt, że musiałam gnać po Miśkę do przedszkola, stałabym tam tylko po to, by się pokłócić. A w szczególności z właścicielem auta, który zaparkował pod kątem 45 stopni, zupełnie już pierdoląc wszystkich, bo na deskę rozdzielczą rzucił sobie znaczek niepełnosprawnego. Jakby ten znaczek był ruchomy i wystawiany w zależności od sytuacji, a nie rzeczywistego przywileju związanego z niepełnosprawnością! Ja już kurwa pomijam fakt, że za parkowanie na ichnich miejscach grozi pięć stów.
Parafrazując. Ciągle jestem niepocieszona. Awantura wisi na włosku. Ciekawe kto się napatoczy w paszczę lwicy. Bezpieczna jest tylko Miśka. athina 2008-11-26 21:53:46skomentuj (7)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz