sobota, 7 marca 2009

pierwszy

Niczym się nie zalałyśmy. Misia lekko zawstydzona weszła za próg przedszkola, rozejrzała się niepewnie i usiadła na swoim miejscu w szatni. - Nie, kochanie, teraz twoja szafka jest tutaj, bo już jesteś większa. Szybko, ściągaj buciki. – Dokazywałam, by nie zostawić jej ani chwili na refleksje. Weszła uśmiechnięta pani Marzenka i ciepło przywitała Miśkę. - Czy konik czeka na Julcię? – Zapytałam przesadnie głośno z ryjem wykrzywionym w uśmiechu jak lalka na sznurkach. - Pewnie, że czeka! Zrobiłam mu nawet warkoczyka, chodź, zobaczysz sama, - pani Marzenka mrugnęła do mnie wyciągając rękę do Miśki. Pośpieszny całus, stara śpiewka, że mamusia po pracy po ciebie przyjedzie, no, pa kochanie i już byłam na zewnątrz. Przystanęłam… Obejrzałam się ku wejściowym drzwiom… Hmmm... Poniedziałek zaczął się w sumie pomyślnie. athina 2008-09-01 22:22:24skomentuj (3)
Nie chwal dnia...Tygodnia

W ten sam, pomyślny poniedziałek wieczorem, Miśka wraz z koleżanką, Marceliną bawiąc się pod oknem kuchennym oberwały mi wszystkie kwiatki z roślin doniczkowych. Zrobiły to w trzy sekundy, zaraz po tym, jak informacyjnie rzuciłam Miśce, że przygotowuję dla niej kąpiel i zaraz idzie do domu. Nie zauważyłam ofiar porozrzucanych na balkonie, bo było już po mrocznej dwudziestej. Ale rano nie sposób było nie widzieć zwiędłych zwłok bezdusznie pomiętoszonych małymi, psotnymi łapami. - Dziecko, ty małpiego rozumu dostajesz przy tej Marcelinie – prychałam zamiatając balkon. – Nie chcę dzisiaj słyszeć żadnych próśb o coś słodkiego. Masz karę. Jadąc do pracy ostatnimi pięcioma dychami zapłaciłam za pół kilo jogurtu truskawkowego, reszta składała się z piątek do dwudziestu oraz trzech dyszek. W pośpiechu zgniotłam papiery i cisnęłam do wewnętrznej kieszeni torebki. A po pracy zostały jedynie drobne. I gdzie szukać winnego? Dziewczyny z biura tego nie zrobiły, to ktoś z produkcji. Przed piętnastą schodzili się do pracy, ja w tym czasie siedziałam z derehtorem nad premiami, walcząc o każdego z nich jak lwica, bo kierowniczka jest na zwolnieniu, a oni mi taki numer odwalili, samotnej matce. Naturalnie nie zamknęłam pokoju, bo przecież tyle ludzi wokoło, w pokoju obok Agnieszka z Malwiną. I w ogóle nawet o tym nie pomyślałam, bo nigdy nie było takiej potrzeby. Łzy ze złości cisnęły mi się do oczu. W drodze do przedszkola i przerwie w muzyce usłyszałam dziwne chrobotanie na pace. Mijo tam jeździ, bo zrobił się za duży do szoferki, no i kudła zaczął gubić. Nie wolno pozwalać sobie na takie niechlujstwo w służbowym aucie. Z tyłu ma koc, a od niedzielnego wypadu do parku wożę jeszcze Miski rowerek. Obejrzałam się i wkurw urósł do gigantycznych rozmiarów. Pies obgryzał kolorowe siodełko. - Mijo feeeeeeeeeeeee!!! Szkodniku jebany, Fe, Fe, Fe! – Pies spuścił po sobie uszy i odwrócił łeb. - Ty, no normalnie udusiłabym gada, żeby nie miał co gryźć, ale ma kurwa patyki, piszczącego krokodylka i tego jebanego jeżyka też ma, piszczącego. Co za pies, ja pierdolę! – Dobrze, że są już telefony głośnomówiące, inaczej na światłach pukaliby się w czoło widząc babę gadającą do kierownicy. Nieopodal przedszkola znów usłyszałam chrobotanie, ale o nieco innym wydźwięku. Obróciłam się jak czujny Rambo, ale pies nie tknął siodełka, jak Fe, to Fe. Obracał gąbkę przy kierownicy otuloną kolorową, grubą folią. - Mijo, kurwa! – I to mu wystarczyło. A na sam koniec dnia Miśka odwaliła taki numer, po którym już wiem, co to znaczy „ryjek w trąbkę i oczy w słup”. - Ale jesteś teraz brzydka, Julka – głos sąsiadki zdradzał zdenerwowanie. Ja w tym czasie stawiałam garnek z wodą na gaz, na pomidorową. - Co zrobiła? – zapytałam beztrosko. - Ściągnęła gacie i wystawiła mi tyłek. Zapalniczka niemal wypadła mi z rąk. Wyskoczyłam na balkon zwykle pusty, a teraz stali na nim wszyscy sąsiedzi, takie miałam wyobrażenie i Miśka z konikiem pod pachą, tylko Marcelina darła buta tak, że za winkiel nie schowała się jeszcze jej żółta gumka do włosów. - Do domu! – Dziecko maszerowało ze spuszczoną głową, a ja w pozycji z palcem skierowanym w stronę, gdzie za chwilę odbędzie się…”No, i co jej teraz zrobisz? Zamkniesz za wami drzwi i spuścisz jej lanie? Nie dasz rady. Lepiej udawaj strasznie oburzoną, roztrzęsioną. A tam, pierdolisz, roztrzęsioną. Ja muszę pokazać pewność siebie, oburzoną okej, ale zostawię otwarte drzwi, żeby nie gadali, że znęcam się nad dzieciakiem. No dobra, a co potem? Nie wiem!” - Co zrobiłaś przed chwilą? - Ja tak nie chciałam, mamusiu, przepraszam.- „Jezu” - Kto takie rzeczy robi? - Nikt, ja nie chciałam. - Idź do swojego pokoju… - „Niech ja zbiorę myśli” I wymyśliłam. Po monologu, że ładne dziewczynki nie robią takich brzydkich rzeczy, a ona jest dla mnie najładniejsza na świecie i w ogóle najmądrzejsza, kazałam iść i przeprosić sąsiadkę. Mój Boże, jaka to była kara, jaki wstyd… Środo, bądź dla mnie łaskawsza. I jak tu sie pozbyć tej Marceliny? athina 2008-09-02 22:59:37skomentuj (4)
Jesień
Tydzień chyli się ku końcowi, a zaczyna gwieździsta noc tygodnia, weekend.
Wczoraj na deptaku spotkałam Lidzię.
- Jak tam, poperdalasz już?
- Legalnie.
- Pozdrów Ewę.
Legnicki Rynek trąca przepychem odnowionych kamienic, ukwieconych klombów, wyhaftowanych chodników i zamaszystych wystaw sklepowych.
Dziadek kasztan przy teatrze rzucił dziećmi w kolczastych, zielono brązowych śpiochach. Wierzby płaczące, smagane wiatrem, bezskutecznie gonią uciekające z latem małe, stare liście.
Ogrodowe parasole wypłowiały jeszcze bardziej, która to już ich jesień? Nie wiem. Moja trzecia tutaj, w domu.
I choćby było biednie. Nieważne. Czuję się bezpiecznie. Jestem u siebie. athina 2008-09-05 02:10:43skomentuj (6)
Piątka!

Moje dziecko skończyło dzisiaj pięć lat! Od rana pokazywało otwartą rączkę z wyprostowanymi pięcioma paluszkami obwieszczając wszem swój dumny wiek. Już nie trzeba zginać żadnego paluszka przecież. Sprawa stała się poważna. Wspólnie zamówiłyśmy tort na jutro do przedszkola. Gruszkowy z obrazkiem księżniczki, takiej jak ona… Najpiękniejszej, najukochańszej istoty mojego życia. Nic mi się w nim tak nie udało, jak Miśka. athina 2008-09-10 21:41:34skomentuj (12)
...Bo pójdę do domu!

Po akcji pokazania sąsiadce tyłka, Miśka jeszcze dwa razy wystawiła rogi. Raz była inicjatorką, a raz ofiarą. Marcelina oczywiście uczestniczyła w obu incydentach. Odpoczywałam sobie w sobotę, oglądając „Czym sobie na to wszystko zasłużyłam” Pedro Almodovara, a dziewczyny paplały coś tam w pokoju Miśki. Docierały do mnie urywki ich zdań. Daj mi zielony, odsuń to, tutaj siadaj. Potem zrobiło się cicho, a na ekranie bohaterka zabijała właśnie swojego męża kością od szynki. Dobrze mu tak. Po zabójstwie wcisnęłam pauzę. Zakradłam się jak kocica, by zaskoczyć psotnice i…Nie zobaczyłam niczego nadzwyczajnego, co mogłoby wprawić mnie w osłupienie. Marcelina siedziała grzecznie na małym krzesełku, na kolanach trzymała książkę, by nie naśmiecić (jaka ta Miśka sprytna), na którą sypały się loki z jej grzywki. Moje dziecko ujrzawszy mnie w progu, zawyło z zachwytu i niach - niach, zamachnęło się w powietrze nożyczkami do cięcia papieru. - Popatrz mamusiu, ładnie, prawda? „No pięknie!” Wyrwałam artystce-kreatorce nożyczki i siląc się na poważną minę, wyrównałam dzieło wysoko nad brwiami, a raczej tuż pod kopułą. Złapałam za rękę fryzjerkę oraz jej modelkę i pomaszerowałam tłumaczyć się przed matką wystrzyżonej. - Nic się nie stało! – wykrzyknęła matka, - Marcelina sama sobie też obcina! „Ja pierdolę, to fajnie, że nic się nie stało”, szczerze się ucieszyłam. Nazajutrz dziecięce wybryki nie zakończyły się taką uciechą, lecz karą na cały tydzień roboczy. Pannice baraszkowały na kanapie pod oknem kuchennym. Wspinały się na oparcie i zjeżdżały z niego, jak po ślizgawce. Krzątałam się po domu z miotłą, tudzież ścierą marząc o wymianie mebli. Z zadumy wyrwało mnie ostre pukanie do drzwi. - Proszę pani, a Julka z Marceliną przeklinają. – Klaudia była oburzona. - Kto zaczął? – ciągnęłam informacje. - Marcelina powiedziała ku…, a Julka powtórzyła – dziecko było z siebie dumne, że tak ładnie kabluje. - Jeszcze raz, a pójdę do twojej mamy! – Krzyknęłam do pleców diablicy. - Julka, do domu! Nie na żarty obraziłam się na Marcelinę. Po dwóch dniach spotkałam ją na schodach, coś do mnie zagadnęła, ale odpowiedziałam, że się na nią gniewam, bo przeklina. Miśki nie puszczałam na podwórko, po przedszkolu jeździłam z nią do galerii, na plac zabaw, w gości na kawę i wracałyśmy o dziewiętnastej. „Albo się Marcelina dostosuje do zasad mojego domu, albo wybiję ci ją z głowy”, prychałam w myślach. Kolejny weekend przyjaciółki spędziły u nas w domu. Żegnały się wieczorem, witały skoro świt i był spokój, tylko trochę mierziły mnie sprytne szantaże Marceliny, że idzie do domu, bo tu nie ma nic słodkiego na przykład. Moje dziecko natychmiast przybiegało z żądaniem, że chce czekoladę. Dawałam i przysłuchiwałam się dalej. Ale dzisiaj czara się znów przelała. - Jestem głodna, idę do domu. - Czekaj, moja mama ci zrobi chlebka, chcesz z szyneczką? Zrobiłam. - Idź mi przynieś jabłko, albo nie, śliwkę, ale powiedz, że to dla ciebie. „Hihihi” Dałam dwie, dla Marceliny też. - Daj mi tego konia do domu. - Nie mogę, mama mi wczoraj kupiła, on jest mój ulubiony, wiesz? On umie latać! Jakiś szept - Marcel, nie idź! Dam ci tego, chcesz? „No, zaraz, pewnie!” Klasnęłam, chrząknęłam. – To co? Marcelina idzie do domu, tak jak obiecała, nie? – Powiedziałam z fałszywym uśmieszkiem. - Nie idę, proszę pani. – Wydała się być lekko spłoszoną - Idziesz, dobranoc, pozdrów mamę! – Z ulgą zamknęłam za nią drzwi i zwróciłam się do mojego smutnego dziecka: - Misiaczku, ona nie może cię tak szantażować, jak chce iść, to niech idzie. Jutro i tak do ciebie przyjdzie. - Przyjdzie? - Pewnie, że przyjdzie, obiecuję ci to. "A poza tym, kochanie, czeka cie jeszcze wiele lekcji, jak nie być ofiarą. Ale mama nauczy, obiecuję ci to. Mama ma doświadczenie." athina 2008-09-15 22:00:44skomentuj (6)
Foch

Foch, foch i jeszcze raz foch! Co jest, do kurwy nędzy, żeby nie można było zdjęcia wsadzić na ten szczany blog? Tańczyłam jak mi Miśka zagrała dopóty, aż nie poszła spać, przysiadłam, napisałam o urodzinach w przedszkolu, okrasiłam fotografiami, a tu pani nie umie, pani niech spierdala. Że co? Za skomplikowane?Wlepiam gały, gdzie jest informacja na temat wklejania obrazów, ale nic nie widzę. Już w ogóle nic nie widzę. Piana z pyska zmoczyła mi cycki, bo pluć na monitor nie będę, nie mój, to ścieka, jak rzeka krwi. W ostatnim, desperackim akcie napisałam do dusiciela, u którego obrazy hulają. Idę spać zła, aaaaaaaa. Tyle czasu straciłam, a chciałam jeszcze skrobnąć coś do Mareczka. Jutro się do Ciebie odezwę:) athina 2008-09-18 00:09:32skomentuj (8)
Urodziny
Jak już Wam wcześniej szeptałam, w tym roku imprezę urodzinową zrobiłam Miśce w przedszkolu. Pomysł podsunęła mi przedziwna. I chwała jej za to. Obyło się bez dmuchania balonów, rozwieszania serpentyn, skrobania podłogi po tym całym syfie oraz wydania kupy forsy na ugoszczenie matek.
Kupiłam tort, soki, a kochane panie z przedszkola zrobiły resztę.
Umówiłam się z nimi, że przyjadę z tortem o 10. Marzenka do tego czasu zawiesiła na ścianie słonia „PINIO URODZINIO”, wyjęła czerwone zadaszenie na głowę z napisem 5 latek, a dzieciarnia raz po raz spoglądała w okna, kiedy ta mama Miśki przyjedzie.
Gdy wysiadłam z samochodu, ujrzałam kilkanaście uśmiechniętych mordek przyklejonych do szyb. Miśka podniosła rączki na znak, że już jest tort i gromadka zaczęła wyginać się oraz podskakiwać w euforii.
Na specjalnie przygotowanym stole postawiłam ciacho. Miśka cała zaaferowana stawiała na nim pięć swoich świeczek, reszta bandy skandowała i tańczyła wokół tej najważniejszej, a ona sama pękała z dumy.
Potem pani Marzenka nakazała usiąść jubilatce pod Piniem Urodziniem, zaś pozostałym w półkole naprzeciw niej. Ja z tyłu na specjalnym krześle. Wstaliśmy. Wzięliśmy się pod boki i jęliśmy śpiewać. Najpierw skróconą wersję „Sto lat”, bez, a kto z nami nie wypije… Potem coś o baw się ze mną z gestykulacją włącznie. Na koniec był wierszyk. Moja dziewczyna śpiewała, recytowała nie spuszczając mnie z oczu. Wyobrażam sobie, ile to dla niej znaczyło, że tam jestem.
Po popisach wokalno recytatorskich przyszedł czas na składanie życzeń. Każdy z obecnych podchodził do jubilatki, podawał rękę, życzył np. dużo ubrań, całował w policzek i ustępował miejsca drugiemu. Miśka po każdym pocałunku obcierała lico, po facetach bardziej i wstydliwiej.

Tutaj widzimy skąd faceci czerpią natchnienie, kiedy należy powiedzieć kobiecie coś miłego. Lewa ręka na pindolu!Cała ferajna Miśki, oprócz chorych.
Dmuuuuuuchhhhh. Teraz idzie mi sześć!Wszystkim mamom polecam takie imprezy w przedszkolu. athina 2008-09-18 20:06:05skomentuj (12)
Przeminęło z wiatrem
Zaczepił mnie w sieci facet i nie ukrywał, że w ramach podrywu. W pracy było nudno i sennie, dałam się więc wciągnąć w dyskusję, choć nie z zapałem. Nie wiem po co podejmuję się w ogóle rozmów, które mnie nie kręcą. Rzadko, ale się zdarza. - Masz fajny Nick, a jak masz na imię? - Jadzia – skłamałam bezczelnie. - O, moja mama też ma Jadwiga - „Czyli albo jestem już spalona, albo facet jest maminsynkiem z kompleksem Edypa i będzie w myślach bzykał swoją matkę.” – A z kąt jesteś, jeśli można zapytać? „Po pierwsze primo, jeśli znasz mój Nick z katalogu publicznego, to chyba widziałeś też skąd jestem, fiucie. A po drugie primo, za to-z kąt- powinieneś dostać w pysk.” - Z Legnicy, a ty jak masz na imię? – „Kij mnie to już obchodzi, ale dam ci jeszcze jedną szansę.” Dyskusja toczyła się dalej i miała na celu zbadanie terenu. Takie tam internetowe sranie w banię w postaci pytań o wiek, dzieci, numer buta, kurwa, obwód bicepsa, ulubiony kolor stanika, które po kwadransie zaczęły mnie trochę męczyć. Jednak amant był dowcipny i za wszelką cenę chciał zainteresować sobą kobietę, toteż brnęłam dalej w tych kłamstwach, bo przyznałam się jedynie do dziecka i braku męża szczując chłopa. Miałam długie włosy, zgrabne nogi, płaski brzuch, cyc jak donice i piękne paznokcie…U stóp też. Oczy obowiązkowo niebieskie. On był blondynem, o atletycznej budowie ciała, oczach jak kasztany i wielkich stopach. A co to znaczy, jeśli facet ma wielkie stopy?... To, że nosi wielkie buty. Zachwyciwszy się swoimi perfekcyjnymi sylwetkami przeszliśmy do zainteresowań.Na pierwszy ogień poszły filmy. U mnie ostatnio króluje Almodovar i ten rozdział jeszcze nie został zamknięty. Natomiast pan stwierdził, że jego ulubionym filmem ponad wszystkie, kurwa, inne w dziejach kinematografii to… „Przeminęło z wiatrem”. Jacieżniepierdolę! Czy ja śnię? Czy świat obrócił się do góry nogami? Który facet o normalnym poziomie testosteronu w organizmie wymienia jako swój ulubiony film przeminęło, kurwa, z wiatrem? Szkoda, że nie dodał, iż jego najlepsza ksiązką, jaką w życiu czytał jest „Ania z zielonego wzgórza”! Natychmiast zastosowałam przerwę w dostawie mega i kilobajtów. Spłakana ze śmiechu oderwałam Lu od pracy, donosząc w czym rzecz. Wizja faceta, który w kinie na, nie daj boże ckliwej scenie, wtula głowę w moje łono, smarka w chusteczkę i każe głaskać się po głowie, wywołuje u mnie bodaj spazmatyczne wygibasy. Lu stwierdziła, że nie byłoby to takie złe z tym filmem, gdyby jeszcze chociaż czytał jakiegoś Kirsta, albo Conana. Nie zdobyłam się na takie pytanie. A jeśli miał to być sprytny chwyt na romantycznego kochanka, to adres był nie ten. Zdecydowanie. athina 2008-09-22 22:08:59skomentuj (9)
Jestem choro kobieto
Od czasu urlopu nie pamiętam, kiedy tak lekko było mi na duchu w niedzielę wieczorem. Kiedyś, przed lipcem. Świadomość, że jutro od rana nie muszę oglądać zakutej derehtorskiej mordy sprawia, iż kocham te gluty wysmarkiwane w już trzecią rolkę papieru, kaszel, jak u gruźlika i ból głowy. Niech sobie boli. Jestem obłożnie chora. Ale fajnie.Przez tego palanta czuję się jak uczniak, co to się cieszy, że rano nie trzeba wstawać do budy. Matko!athina 2008-09-28 22:50:17skomentuj (7)
Cicho, tatuś będą pokazywali...!
Mój ojciec bardzo przeżył postawę derehtora i mocno się zmartwił, iż sprawy zaszły już tak daleko, że obie z Malwiną jesteśmy na zwolnieniach lekarskich. Dwie strategiczne postaci w zakładzie, ja rozliczam czas pracy, ona należności do faktur wysyłanych klientom.- Kawał chuja – powiedział w piątek na trzeźwo. Ano kawał, kawał, ale zemsta musi być słodka. Bez zastosowania tego, co zrobiłyśmy, nikt we Wrocławiu nawet nie kiwnąłby palcem, by zareagować na nasze sygnały, iż coś jest nie tak. Dyrektorzy trzymają się razem, niestety. Na szczęście derehtor sfingował wydajności, a ja, będąc jego rękami przy wyliczeniach wysłałam gotowca do niego, z wiadomością do kierownicy objaśniając w mailu, oczywiście naiwnie: „Panie Dyrektorze, przesyłam wyliczone wydajności po odjęciu sortowni, szwaczek i pań wczytujących ilości na komputer.” Dzięki temu wydajność wzrosła, ale nikt nie pomyślał jakim cudem, skoro ton jest mniej, a derehtor zatrudnił dodatkowo siedem osób. To w połączeniu z naszymi chorobami wywołało lekkie poruszenie.Kij z tym, wróćmy do ojca.W sobotę zadzwonił do mnie rano, a ja naprawdę już źle się czułam. Brało mnie przeziębienie. Ale niech przyjadę, bo matka upiekła karkówki, zrobiła paczkę do lodówki, no i na obiad mam być. Dobra, ale po piętnastej. Miśka do babci chce, bo tam zawsze wyrwie parę groszy do ręki i sama kładzie na ladzie swoją forsę płacąc za słodycze.Gdy przyjechałam tatuś spali.- A co on tak śpi? Przecież na urodziny idziecie. – Zagaiłam matkę.- Był na skwerku, twoje wieści okazały się tak druzgocące, że się wziął był i napił.- Do siódmej się chyba zregeneruje – mrugnęłam do matki.Jednak tatuś zregenerowali się już po godzinie, zwlekli z łóżka i w drodze do kibla wdepnęli do saloniku, gdzie z matką piłyśmy kawę.- Słuchaj – zwrócił się do mnie ziewając i przecierając oko, - zapisz mi tam na kartce numer telefonu do tego chuja, twojego dyrektorka – po czym zniknął w drzwiach, by wprzódy załatwić palącą potrzebę.Pytająco spojrzałam na matkę.- Szcza i się nakręca, czekaj…- Zapisałaś? – Zapytał po powrocie.- Tato, odczekajmy tydzień. – Nie mogłabym zrobić tatusiowi takiego zawodu i powiedzieć, że nie dostanie telefonu.- Nie, ja mu przykrócę tę pewność siebie, będzie srał ze strachu pod siebie zanim nie wjadę tam z brygadą. Powiem mu słuchaj, ty tłusty chuju…- Tato, ale on jest chudy…- To powiem mu ty chudy chuju…! Zarżnę ci żonę, dzieci… - Ojciec by muchy nie skrzywdził w sensie mordu, ale wpierdol mógłby spuścić równy, fakt. Wyłączając żonę i dzieci oczywiście.- Tato, ale on jest pedałem.- To będzie chuj wiadrami spermę pił… ja mu nie podaruję, zobaczysz…Matka zerwała się z fotela, - chodź, dziecko, zobaczymy czy Miśka ten zamek z piasku już skończyła.- Gdzie idziecie, czekaj! – Ojciec przerwał marsz po pokoju.- Zaraz wrócimy, czekaj.Pomogłyśmy Miśce w wielkim budowaniu zamku dla koników, a tatuś pomścili sobie tam w domu sami. Niech tatuś nie piją, bo kto wie, co się wydarzy. athina 2008-09-30 00:17:37skomentuj (9)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz