sobota, 7 marca 2009

Misia w domu

Przyjechała. Stęskniona rzuciła się w moje objęcia. Wyściskałam, wycmokałam każdy centymetr ciała, mojego ciała! Mijo rzucił się do podgryzania kostek, ale spotkał się ze stanowczym protestem i się zdziwił. Zaserwowała mi kilka dobrych manier… - Przepraszam mamusiu. - Za co? - Za to, ze bekłam. - Na zdrówko! (Nawet nie słyszałam.) …… - Czy mogłabym nalać sobie trochę wody do dzbanuszka? Bo chciałabym podlać kwiatki… - Proszę, nalej sobie. (Madafaka, lała i lagę kładła na to, że mi się to nie zawsze podoba. Zwłaszcza, gdy pół chaty tonęło w wodzie. …Cóż, jestem niekonsekwentna) - Dziękuję mamusiu. „ Ja mam tylko nadzieję, że ta bateria się zaraz wyczerpie, kurwa!” - Mamusiu, chciałabym pobawić się w swoim pokoiku… „milionosiemsetsiedem…” Sztuczna inteligencja” to pestka!” - Kochanie, nie musisz mnie pytać o zgodę, to twój pokój, idź i się baw. - Dziękuję mamusiu… Kryste! athina 2008-08-02 16:58:33skomentuj (5)
nad rzeką

Po niezwykle smacznym i obfitym obiedzie u przyjaciół, wszystkim nagle zachciało się spać. I nie dziwota, pogoda iście senna, choć słońce raz po raz wyglądało zza chmur. Kawa też nie pomogła, dlatego snuliśmy się po domu leniwie i z obwisłymi brzuchami. Nawet Miśka zrobiła się markotna, o psach nie wspomnę. - Nie ma co tak siedzieć w tej chacie, pojedźmy gdzieś na spacer za miasto. – Wycedziłam przez zęby, bo nie chciało mi się pyska otwierać. Pomysł przyjęto z radością i widoczną ulgą. - Jedźmy w moje ulubione miejsce, odkrył je kiedyś mój tato i nie byłam tam już chyba ze trzy lata. – Powiedziała przedziwna pośpiesznie rozpoczynając pakowanie wód sodowych, kawy w termosie, ciastek…. Cztery baby i dwa psie samce pojechały w zaciszne miejsce nad rzekę we wsi, której nazwy nie pamiętam, bo miałam nawigację w postaci przedziwnej, oraz co chwilę obracałam się w stronę Miśki z prośbą, by nie spała... - Zaraz dojeżdżamy na miejsce. Już prawie jesteśmy.Gdyby tak komara przydusiła, to dupa-sraka-rzyg, bitą godzinę przekimałaby w aucie, drugą marudziła u mnie na rękach. Lokalizacja dla mnie wymarzona, prawie zero człowieka, toteż bez wstydu można stargać z siebie szmaty, bo „ty, pa, jaka gruba”, wolę sobie jednak oszczędzić,a od jednego osobnika gdzieś tam pod drzewem się nie liczy, zejście do rzeki łagodne, głębokości daleko, prądy nie rwące. Miśka od razu pozbyła się butów i wlazła moczyć nogi, ja za nią. Najlepszy był Platon, Golden przedziwnej. Zobaczywszy wodę ruszył z trójki i tak szalał, że zmoczył mnie po uda, Miśkę po pachy. Wolałam zatem zdjąć z niej ubranie, gdyż słońce nagle rozgoniło chmury, jakby ciesząc się widokiem uroczej sceny tam, na dole. Córuś przystała na to popiskując radośnie, jęła wygrzebywać kamienie z dna i rzucać je rozentuzjazmowanemu Platonowi, pływającemu pieskiem, żabką, kraulem i delfinem. Mijo stał na brzegu i gdy Platon z hukiem rozpryskiwanej wody zbliżał się do niego, spierdalał z takim piskiem, jakby właśnie pogryziono go do krwi. Platuś zaś z iście dżentelmeńską manierą podejmuje go w swoim domu. Rzuca mu piłki pod łapy – „chodź, młody, pokażę ci fajną zabawę, co tak śpisz i śpisz.” Jest tylko jedna platonowa świętość nad świętościami, micha – „won mi stąd, frajera szukasz?!” Miśka pozwalała co jakiś czas wyciągać się z wody, otulać kocem. Platon dwa razy ubrudził łapy brzegowym piaskiem, raz, by się odlać, drugi, by z głębi serca i miłości czystej włączyć wirówkę obok swojej ukochanej pani, mamy przedziwnej, hojnie zraszając jej prawy bok od stóp po czubek głowy i oko, oko! Pies po prostu zakochał się w wodzie na amen i basta. Podstępem wywabiłyśmy go na brzeg, jak to baby faceta, by chociaż trochę wysechł i nie zmoczył samochodowych foteli do „kości”. Żal było wracać. Spontaniczne wypady są jednak najurokliwsze. athina 2008-08-03 23:03:03skomentuj (9)
A zegar tyka

Wszystko na opak. Nowy derehtor jest zboczonym kutasem. Zboczonym, bo wieśniak, który nie rozumie, że kobieta jest kompetentna, a seksista, to za mało. Tłumaczę cierpliwie, że tego oraz owego nie możemy w ten sposób zrobić, gdyż kodeks pracy… Ale jak to nie możemy? On każe! Tak? Buahahaha! To poproszę o to na piśmie. Nie wystarczy moje słowo? Nie, jeżeli mam łamać prawo. Kierowniczka jest na urlopie, załoga jeszcze nie wie, że nadgodziny są „w pamięci”, w poniedziałek rozpęta się burza, a ja mam ochotę pójść na zwolnienie. Tyle, że to nie w moim stylu. Waleriany po kocie jeszcze zostało, niewiele, ale wychleję. Nie umiem pójść do niego i poprosić o rozmowę, wytłumaczyć parę spraw. Wierzcie mi, że to uwłacza mojej godności. Widzę, że jest żółtodziobem, który dostał władzę i fajnie by było, gdyby ktoś sprowadził go na ziemię kolorując, iż miast się ciskać, mógłby pokornie czegoś się nauczyć, nawet nie pokazując, że właśnie się uczy. Ale nie widzę szacunku dla pracownika i zajebałam normalnego focha. Ale on zajebał lepszego… - Proszę pani, ta umowa o pracę jest błędna. Aale, nie powiedziałam Wam, że mój prezes wrócił mnie na stanowisko koordynatora do czasu, aż rozwinie się współpraca z niemieckim klientem, bo według niego teraz jestem niezastąpiona tutaj, a w przyszłości tam. Mimo to uwielbiam tego mądrego człowieka i mam nadzieję, iż najpóźniej do końca roku do nas wróci. - Dlaczego błędna? – Łypnęłam złowieszczo okiem. - Nooooo, tutaj jest napisane, że Firma X reprezentowana przez prezesa Y zawiera umowę. - A jak ma być napisane? – Zapytałam już zaczepnie. - Zamiast niego (NIEGO) proszę wpisać mnie. – Pizgnął od niechcenia palcami po arkuszu umowy. - Nie mogę, Pan Y jest prezesem zarządu, a pan ma wszelkie pełnomocnictwa, by ten dokument podpisać bez wzmianki o tym w nim samym. Mój zacięty wyraz pyska chyba spłoszył go na chwilę, bo chrząknąwszy, podrapawszy się po uchu i pod pachą rąbnął: - To niech mnie pani umieści w drugim punkcie. Uuuuh, ja bym cię umieściła, cyniku. Nie powiem gdzie. Koleżanka odchodzi, kolega też. Nasza niezawodna paczka, która góry przenosiła i była na każde wezwanie kierowniczki rozsypuje się jak domek z kart. Na mnie też przyjdzie kolej. Ciekawe czy ktoś zrozumie, że jeden etat derehtorski rozpierdolił wszystko, co do tej pory hulało jak wiatr, który w czasie suszy przynosi upragniony deszcz. athina 2008-08-08 00:51:24skomentuj (8)
ise asteri, kie kardia mu ja panda!

Gdyby to był poniedziałek, moje podejście do wszystkiego byłoby równe samobójcy, ale to był wtorek. Tato od samego rana dzwonił do mnie kilkakrotnie. „Nie mam teraz czasu! Teraz nie mogę! Weź se daj na wstrzymanie, kurwaaaa!” Nie miałam wątpliwości, że coś się wydarzyło, jednak znając mojego ojca, mogło to być zwykłe awizo. - Halo?! Halo?! – Wyryczał mi do ucha, kiedy już odebrałam. - Słyszę cię, tato! – Nie wiem dlaczego on upiera się przy małych telefonach. Nie umie trafić słuchawką do celu jej przeznaczenia i w efekcie mikrofon ma przyklejony do ucha, a gada do rękawa. Gdybym nie odebrała tego telefonu, oraz kilkunastu następnych tego dnia, teraz, o godzinie 23.10 pisałabym zapewne o Miju, pożerającym biały ser w ilościach hurtowych, albo o derehtorze, który obecnie kwili skatowany przez L-4. Słowa taty jak język gada obrzydliwie obmyły mi mordę. Wydychając powietrze przez telefoniczną słuchawkę strącił mnie do literatki. Spłynęłam na samo dno, podskakując na wodospadzie słów. Próbowałam chwytać je rękoma, tłamsić, bić się z nimi, jakbym w dłoniach ukrywała wszystkie moce świata, a w efekcie trudno mi było zaczerpnąć powietrza. I Wraz z wdechem ojcowego szlochu podpłynęłam pod jego zmasakrowane serce, opadłam z sił i dopiero dotarło do mnie, że…wujek nie żyje. Moja gwiazda na niebiosach zgasła, mój przyjaciel, moja ostoja, moja cnota odeszła. Nienawidzę cię raku. Tywmordejebanyskurwysynie. athina 2008-08-12 23:58:44skomentuj (5)
Omijajcie CYRK EUROPA

Dwa pierwsze dni urlopu były śliczne. Przedyndane w domu, u przedziwnej, albo jej mamy, a deszcz lał się z nieba strumieniami. Ani na chwilę nie dał se siana! Miśka od samego rana przypominała mi dzisiaj, że obiecałam pójść z nią do cyrku. Aura nieco się uspokoiła, przestało rzucać żabami, nawet słońce łypało czasem rozespanym okiem. Cyrk kusił, bo: a) należy się dziecku jakieś zadośćuczynienie za dwa dni totalnej nudy, b) należy się dziecku jakaś rozrywka po oglądaniu smutnej i zapłakanej matki, c) dzieci lubią cyrk. Ja też lubiłam chodzić z ojcem do cyrku i podziwiam go, że był tam ze mną kilka razy. Mi ten jeden dzisiejszy wypad wystarczył na wieki wieków. Impreza zaczęła się od szukania miejsca dogodnego dla maluchów (zabrałam też córkę sąsiadki), aby cokolwiek widziały. Okazało się to niemożliwe, bo stare pryki porozsadzały dupska na pierwszych ławkach. Loże są droższe o dychę, a dla dzieci trzy razy. Wdrapałam się z latoroślą na sam szczyt widowni siadając z brzegu w nadziei, że pole widzenia będzie lepsze, nic bardziej mylnego. Pan, co miał chyba ze trzy metry wzrostu i spokojnie mógł stać za widownią wszystko widząc, siedział centralnie przed nami. Z prawa nie było już nic, przesuwając się w lewo wlepiałybyśmy gały w szerokie plecy łysego ABS-a (absolutny brak szyi) z dzieckiem na pagonach. Zniecierpliwiona podjęłam decyzję, by się stamtąd zabrać i przejść na drugą stronę areny. Nie chciało mi się balansować między kolanami, więc genialnie z półprzysiadu zeskoczyłam po prawej ze szczytu zostawiając na gwoździu płat wyjściowych spodni na niedzielę oraz skóry z lewego półdupka. - Kurwa, ja pierdolę! – Zaklęłam histerycznie. - Proszę nie przeklinać, tutaj siedzą dzieci. – Syknął do mnie dryblas. - Przepraszam – Chrząknęłam zmieszana wyciągając ręce, by zdjąć moje z tych bezmyślnie zaprojektowanych wyżyn. Wyprostowana jak struna, naciągając bluzkę jak najniżej, wbijając sobie jej dekolt w szyję, pomaszerowałam na drugą stronę areny. W połowie drogi dzieci jęły piszczeć z zachwytu, Miśka szarpnęła mnie za rękę. - Mamusiu, ja też chcę pogłaskać takiego kotka! „Jakiego kotka?!”, z głupawym wyrazem twarzy rozejrzałam się dookoła. W tej chwili dotarły do mnie słowa jakiegoś fagasa kwiczącego do mikrofonu, „za pięć minut zaczynamy występy, a teraz zapraszamy wszystkich państwa do fotografowania się z naszym trzymiesięcznym lwiątkiem, ma na imię Marija…” Mój Boże, mignęło mi przed oczami na wpół żywe, spanikowane stworzenie na chwilę przyklejane do bezmózgich mord, błysk fleszy, forsa naprędce wciskana w rękę i następny proszę. Byłam w takim szoku, że zapomniałam o mojej gołej dupie. Miśka krzyczała coraz bardziej. Złapałam ją mocniej za rękę, przyciągnęłam do siebie, Weronika z ciekawości przylgnęła do mnie sama. - Kochanie, popatrz na tego kotka, jak on się boi, jak chce do mamy, widzisz? Obie pokiwały główkami. - Chcesz, żebym zapłaciła tym złym ludziom za to? Obie pokręciły głowami. Po drugiej stronie areny też już nie było miejsc. „Kurwa, ja pierdolę, no masakra!” Stałyśmy przez cały występ, zresztą nie tylko my, liczy się przecież ilość sprzedanych biletów. Miśka raz zachwycała się cyrkowymi numerami, raz prosiła, że chce na ręce, a ja nawet nie mogłam się schylić, by nie pokazywać dupska. Nie pamiętam tych występów, przez cały czas śledziłam losy zmaltretowanego lwiątka. Raz krzyknęłam, by się opamiętali, ale nikt mi nie zawtórował. Nikt! Po wielu latach znów zapragnęłam być dziennikarzem, by móc opisać tę „europejską” masakrę. Wstyd mi za Polaków. Niemcy wynieśliby tych skurwysynów na taczkach odbierając im lwiątko. Zostaliby tam potępieni. Nasi chuj na to kładą. Bojkotuję CYRK EUROPA, który powinien nosić nazwę KOCHANE PIENIĄŻKI ZAPŁAĆCIE RODZICE. Strasznie mi wstyd! Nie omieszkam napisać w tej sprawie do Rady Miasta. athina 2008-08-17 20:27:10skomentuj (10)
Bez tematu

Podróż była długa. Migały miasta, wsie, wioseczki i kontrola prędkości co chwilę. Ciągnęło się to wszystko jak flaki z olejem, dlatego Miśka wywaliła tyłek i spała. Mijo też. Ja posiłkowałam się kawą z termosu, bo zdołałam przespać tylko trzy godziny. Nie mogłam się zmusić do dłuższego odpoczynku. Ktoś mi rąbnął antenę samochodową i na wysokości Piotrkowa Trybunalskiego jedyną dostępną dla mnie stacją radiową było radio maryja. Z pianą na pysku desperacko wciskałam ten pierdolony guzik do zmiany częstotliwości, ale po krótkim search znów jebali o miłosierdziu, jak o czosnku przeciw wampirom. „Co wy chuje wiecie o miłosierdziu, wypierdalać mi tu”, rąbnęłam w wyłącznik grajka. W Piotrkowie zadzwoniłam do kuzyna, Marcina, niecierpliwie już na mnie czekającego. - Gdzie mam teraz jechać? - No, dalej na Warszawę. Jak miniesz Tomaszów Mazowiecki wypatruj Mszczonowa, tam zjedziesz na %$#)*&@, potem ^%@#*&. „Ja pierdolę, też jestem taka mądra u siebie!” Potrzebowałam już jakichś akcji, tu skręcę, tam zamieszam, a flaki ciągnęły się dalej. Spać mi się chciało tak, że, nie wiedzieć czemu, zaczęłam śpiewać „W stepie szerokim…” Mszczonów wyłonił się jak umiłowana kolorowa tęcza, aż jęknęłam z zachwytu, a zmęczenie prysło z przestrachem. Po chwili uśmiechnęła się do mnie tablica z napisem Korytów, „O, to tutaj są te Korytowskie Łąki, o których opowiadał mi tato. Tu jako dziecko spędzał niemal każdy dzień wakacji. Rzeka Pisia, to nad nią, jaka śmieszna nazwa, Pisia.” Mój Boże, i Żyrardów, ukochane, umiłowane miasto mojej babci, ojca, wujka. Babcia do dziś mówi, że tam nawet niebo jest inne, bardziej błękitne. Łzy napłynęły mi do oczu ze wzruszenia, że po raz pierwszy w życiu przyjechałam tutaj sama, coś chwyciło mnie za serce. Po kolejnej, telefonicznej akcji nawigacyjnej wjechałam w podwórko, gdzie bawiłam się za dzieciaka w chowanego, plucie na odległość, kopanie po piszczelach oraz wiszenie na drzewie, które to zabawy przyprawiały moją babcię o ataki duszności. A wodzirej czekał w ogrodzie z uwielbieniem wymalowanym na twarzy, bo ze wszystkich kuzynek mnie zawsze kochał najbardziej. - Patrz, jak się spasłam. – Uprzedziłam sprytnie jego ewentualną reakcję, wystawiając naprzód obolałe stopy z samochodu. Marcin, jeden z największych pedantów i estetów w mojej rodzinie ładnie powstrzymał się od komentarza, choć daję sobie łeb urwać, że pomyślał, „siostra, aleś się kurwa spasła”. Padliśmy sobie w ramiona, a czułam się tak, jakbym była tam ostatni raz miesiąc temu, choć tyle się zmieniło. Marcin po raz pierwszy zobaczył moją Miśkę, a ja jego Michalinkę oraz żonę, Olę. Michasia, ten mały Marcinek z pierścionkami na głowie powaliła mnie z nóg, żona jeszcze bardziej. Bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo z jaką „francą” zwiąże się facet z rodziny, a tu taka sympatyczna niespodzianka. Ogród prawie wcale się nie zmienił, tylko wypiękniał i zniknęła altanka, w której ojciec Marcina wraz z moim biesiadowali do białego rana. Dziewczynki szczebiocząc natychmiast przystąpiły do zabawy, nie zauważyłam nawet wstępu, obwąchiwania się, wstydu, chowania w matczyne kiecki. A może sama byłam tak wniebowzięta, że mi to po prostu umknęło? Po wielkim obiedzie, którego nie dało się zjeść nawet mnie i telefonicznym upewnieniu, że reszta Legnicy cało dotarła pociągiem, ruszyliśmy z kopyta do Guzowa. Marcin nie widział moich ponad dwadzieścia lat, Kryssste. Ja nie widziałam go siedem lat, tylko siedem. Wspomnieniom nie było końca. Tato, śmiejąc się do rozpuku zawył mówiąc o tym, jak to mój kuzyn, podczas jednego z corocznych wakacyjnych pobytów w Legnicy wypuścił na wolność dziadkowe ukochane papugi z klatki. Jaka to była zabawa, gdy dziadek klął siarczyście na tego psotnego bachora i pluł sobie pod nogi z wściekłości! Zaś Marcin przypomniał niezwykłą recepturę mojego ojca na tatuaże, o których on wówczas marzył. - Narysuj sobie długopisem na ręce rysunek, jaki chciałbyś mieć, a potem natrzyj to dobrze kasztanem. – Marcin rysował, tarł, kąpał się i znów rysował… Misia w tym czasie właśnie zbierała kasztany i piszczała radośnie, kiedy po otworzeniu skorupki jej oczom ukazywał się malutki owoc. - Zobacz, mamusiu, dzidziuś! Kasztany są fascynujące, lśniące, gładkie i takie czyste, uspokajające. Wieczór spędziliśmy w ogrodzie we troje, a pod ławką spał rozwalony na plecach Mijo. Dziewczynki wydarły mi i Oli kawał imprezki, bo trzeba było je specjalnie usypiać. Miśka stwierdziła, że już się pobawiłyśmy i należy wracać do domu, jakby stał on dwie przecznice dalej. Michalinka zaś zorientowawszy się, że tej nocy rodzice nie będą spali w jej pokoju, tylko jakaś ciotka, uparła się, że nie zaśnie i trzeba było obie panny potraktować mizianiem po plecach, głowach, a przez okno dochodziły odgłosy nalewanej wódki do kieliszka, którą Marcin konsumował sam, otulony ciemnością i oddechem pierdolącego wszystko Mija. Konsumpcja już wspólna trwała do godziny dwudziestej szóstej trzydzieści, w tym czasie zajebałam focha na wannę zupełnie nie przystosowaną gabarytowo do potrzeb słoniowatych bliskich. Musiałam tam robić fikołki, żeby obmyć to, co z przysiadu było niemożliwe i niemal dzieląc wannę na dwoje, a można by zamek błyskawiczny… Oj, Boże, technika potrafi wszystko! Pogrzeb dnia następnego był koszmarem. Spóźniłam się do kaplicy, ale i nie chciałam widzieć wujka w trumnie. Myślałam, że mnie to ominie. Wlazłam do kaplicy prowadzona poczuciem winy za spóźnienie, żeby nie gadali. Przede mną stał ksiądz, jednak za chwilę, skończywszy modły przesunął się tak, że go ujrzałam. Byłam na tylu pogrzebach, gdzie trumna była otwarta, a komentarze zawsze były dwa do wyboru, albo wyglądał źle, albo dobrze. Wujek wyglądał tak, jakby był dumny z tego, że tam leży i oto nadeszła ta chwila, kiedy scalił całą swoją rodzinę w jednym pomieszczeniu, jak przy stole Wigilijnym. Zawsze o tym marzył, żeby rozstawić wielki stół, sprowadzić Legnicę i Żyrardów do swojego domu w lesie i choć na parę godzin mieć ich wszystkich w zasięgu wzroku. Matka wyrwała mnie z zadumy sycząc, bym wyszła z Miśką wspinającą się ciekawie na palce. Zastosowałam się do polecenia. Pociągając dziecko za sobą zderzyłam się w progu drzwi z podmuchem gorąca tak silnym, iż nalakierowana grzywka podniosła mi się na sztorc. Zapłakałam, ale nie spojrzałam już za siebie. „Będę z tobą wujku cały czas, do miejsca twojego spoczynku”, pomyślałam. I tak się stało. Tylko na konsolację nie pojechałam, bo nie umiałabym siedzieć przy jednym stole z aktorami. Poza tym ja, bandytka, nadaję się tylko do towarzystwa, przy którym nie muszę niczego udawać. Jedno się mojemu wujkowi udało. Rozkochał mnie w moich korzeniach. Żyrardów jeszcze nigdy nie podobał mi się tak bardzo. Świetna rodzina, oddana, serdeczna i…Niebo jest tam bardziej błękitne. athina 2008-08-22 02:14:24skomentuj (5)
Opowiadanie o Lidzi

Lidzia za sprawą swojego taty i jego kaszlącego malucha, nauczyła się prowadzić samochód, gdy była jeszcze nastolatką. Zaraz po tym, jak zaczęła miesiączkować. Podchmielony ojciec kazał jej wozić się po wiejskich drogach do sklepu i kolegów. Dziewczyna robiła to z chęcią, by móc siedzieć na miejscu kierowcy i marzyć, że jest już dorosła, ma własny dom, samochód i właśnie wiezie swojego tatę gdzieś tam w nagłej potrzebie. Tak jest, w nagłej potrzebie. - Patrzcie, jak moja Lidzia zapierdala, zuch dziewucha! – Chwalił się ojciec. – Przyjedź po mnie za godzinę - mawiał, po czym przepijał sporą część wypłaty, przez co w domu lodówka często świeciła pustkami. Ale dla Lidzi ten problem nie istniał, bo tylko wtedy mogła sobie pojeździć. Trzeźwy ojciec spuściłby jej lanie, gdyby ruszyła jego limuzynę. Dziewczyna osiągnęła pełnoletniość, ale na zrobienie prawa jazdy nigdy nie było pieniędzy, ojciec nie chciał jej tego sfinansować, mimo to pozwalał prowadzić szczyt swoich marzeń, poskładanego poloneza już nawet wówczas, gdy był trzeźwy. Kiedy Lidzia poszła do pracy umarła mama. Jej śmierć skazała naszą bohaterkę na lekcję szybkiego dorastania. Musiała nauczyć się gotować, doić krowę, karmić świnie, kury oraz wielką królicę, Zemstę. Zemsta była prezentem dla mamy od teściowej i ojciec nie potrafił zabić jej na obiad. Wtedy Lidzia jeździła już golfem dwójką, a ojciec był w stanie tylko go polerować lub wołać kolegę do awarii. Może ze cztery razy siedział za sterem. Starszy brat z żoną i niewiele młodszymi od Lidzi dziećmi odwiedzał ich tylko w Wigilię, by podzielić się opłatkiem, po czym jechał do swojej lepszej rodziny, a następnie wracał do Francji. W dniu, kiedy ojciec konał na wylew, Lidzia ciągnięta za ramię przez przyjaciółkę Ewę potknęła się na schodach prowadzących do szkoły jazdy. - Zły znak – jęknęła. - Do kurwy nędzy, ile jeszcze będzie tych złych znaków?! – Ryknęła Ewa - jutro okaże się, że stara lodówka padła i chuj, nigdy nie zrobisz prawka, idziemy! Trzęsącymi się rękoma Lili, tak nazywana przez przyjaciółkę, wyjęła zawrotną jak dla niej sumę, z której część pochodziła od brata i niepewnie położyła na biurku sekretarki. - Chciałabym zapisać się, hmmmm, no, zrobić… - obejrzała się na Ewę niecierpliwie przewracającą oczami.- Sonia słuchaj, koleżanka chce zrobić prawko, ale nie ma czasu na wykłady, egzaminy wewnętrzne, sranie w banię, bo dogina autem, da się? – Ewa zaczepnie przekrzywiła głowę. Jednak Lidzia zatrzasnęła się w domu na następnych kilka miesięcy i opłakując śmierć ojca alkoholika oraz własną samotność nie chciała słyszeć o żadnych egzaminach. Ewa zaś ze zrozumieniem i spokojem, że forsa wpłacona, cierpliwie pocieszała skołatane serce przyjaciółki. Wiosną do wsi zajechał spychacz, wywrotka, betoniarka i srebrny mercedes benz, z którego wysiadł czarnowłosy Achilles. Sobotnie, poranne słońce zapowiadało szczęście niepojęte. Czerwone i żółte tulipany rozpychały się bezczelnie swoimi długimi listkami, na wyścigi wystawiając łebki ku ognistej kuli, który szybciej przekwitnie. Pszczoły pełne werwy dzwoniły skrzydłami, bzy bezwstydnie pachniały i pachniały, a piwonie wiły pąki. Ewa w koszuli, ojcowskich kapciach i śpichach na powiekach przelazła przez ubytek w płocie od strony sadu i dopadła Lidzię w ogrodzie. - Widziałaś go?! – Szarpnęła przyjaciółkę. – Ale kolo! Ciotka mówiła, że ładny chłopak się tu będzie budował. Ty, patrz, schyla się, ja pierdolę! Lidzia chichocząc zamknęła przyjaciółce usta ręką i pociągnęła do domu, gdzie zza firanki, szturchając się co chwilę łokciami obserwowały każdy ruch nowego. Fundamenty już stały, kiedy Lidzia złapała gumę na środku jezdni. Opona wybuchła rozsypując się w drobny mak, a oszołomiona dziewczyna zatrzymawszy pojazd wyskoczyła z niego, jak z palącego się czołgu. Boski Achilles z komórką przy uchu zakończył prowadzoną właśnie rozmowę i skoczył na ratunek. Ewa z wałkiem na grzywce, o którym jak zwykle zapomniała, bo reszta włosów była w lokach i jednym okiem w czerni z rzęsami do nieba podbiegła bosa. - Spokojnie, to tylko kapeć! – Powiedział Boski Achilles z uśmiechem. – Wszystko w porządku z tobą? – zwrócił się do Lidzi. Kiwnęła głową i obróciła się w stronę Ewy. Ta zaś najpierw spiekła raka, potem nieco pobladła, gdyż zza węgła wyłonił się drugi, przeboski Achilles w krótkich szortach i nagim torsie odzianym w tatuaż. - Kochanie, chodź, pomożemy dziewczynom wprowadzić samochód w podwórko. – Krzyknął boski Achilles do przeboskiego Achillesa. **** - Ja pierdolę, ale pani teraz numer odwaliła, – powiedziała do mnie kierownica. - Hihihi – odchochotałam. - Dlaczego tak? – zapytała. - A dlaczego nie? **** W przeddzień egzaminu Lidzi cała czwórka wpakowała się do srebrnego mercedesa, boski Achilles wrzucił sobie jeszcze na kolana rozanielonego wizją wyprawy spaniela Samca i ruszyli na trening po egzaminacyjnych zakamarkach. - Pani kierowco, proszę tutaj, pod ten sklep. Pani ładnie zaparkuje ćwicząc zatoczkę, a my wyskoczymy po piwo, - Ewa zmrużyła oczy, a oklaski aprobaty zadźwięczały, jak nakaz. Południowy, sobotni termin wydawał się wszystkim środkiem nocy. Okulary przeciw słoneczne pomagały jedynie na światłowstręt, woda mineralna na rozcieńczanie alkoholu w żyłach. Trzeźwa była tylko Lidzia, ale nie wyspana i zmasakrowana nerwowo, czyli też pijana. Zaproszenie na plac manewrowy przyjęła z pozornym spokojem, pozostała trójka wyrżnęła jej po kopniaku w dupę na szczęście, po czym zakradła się otwartą czymś niedopatrzeniem bramą aż do progu placu. - Ona zda, tej dziewczynie nie brakuje niczego, poza wiarą w siebie. – zadźwięczał przeboski Achilles teatralnym szeptem. W tym też momencie podszedł do nich z groźną miną osobnik w czarnym mundurze. - Proszę opuścić ten teren. – wycedził. Ewa zrobiła krok do tyłu, ale słowa boskiego Achillesa ją powstrzymały. - To jest teren instytucji państwowej, z urzędu miasta nikt mnie nie wyrzuca. - Ale tutaj nie wolno przebywać! – Rzucił czarny z naciskiem na nie wolno. - A pan skąd wie? Jest pan prawnikiem? – boski nie dawał za wygraną, tym bardziej, że kaca najlepiej wypocić. - Tak, jestem prawnikiem! – mierzył się czarny wypinając klatę. Ewa parsknęła, przeboski podniósł okulary na czoło mrużąc niebieskie oczy. - No to gratulacje, jest pan jedynym cieciem w Polsce po prawie, chodźmy stąd! Drzemiąc na parkingowym trawniku nie zauważyli Lidzi wracającej do ośrodka. Gdzieś w połowie jej zmagań przestali liczyć minuty. Przeboski układał źdźbła trawy między kciukami i naśladował kościelne disco polo Rubika…”Mówią, mówią, że…Mówią, że to nie jest miłość, że…” Podśpiewywała Ewa, a boski Achilles opędzał się od tych dźwięków, jak od natrętnej muchy. I Lidzia jeździła długo oraz szczęśliwie. **** - A gdyby ją pani wkręciła w jakiś fajny romansik? – zapytała kierownica. - To by było, że bzykali się jeżdżąc długo oraz bardzo szczęśliwie.- odpowiedziałam zaczepnie. athina 2008-08-28 00:01:36skomentuj (4)
Prawdziwki i muchomory

Skoro świt, bo o godzinie 10.00 wpadłam na pomysł, żeby skoczyć do lasu na grzyby. Wykonałam telefon do Kasi z pytaniem, czy się na to pisze, ależ oczywiście, że tak, tylko czy nie za późno? - Co za późno, mamy wtorek, ludzie są w pracy. Zbieraj się, ja zaraz po ciebie będę, - powiedziałam czesząc kudła. Miśka w drodze zadawała osiemset pytań na sekundę, czy las to jest grzybków domek? A czy one mają mamusię? A dlaczego nie można jeść trujących? Czy grzybki żyją? Co one jedzą? Przed jedenastą zadzwonił do mnie derehtor. „Co jest? Urlop mam do jasnej pały”, - słucham – udałam, że nie wiem kto dzwoni. - Czy pani jest już w pracy? – Zapytał pewnym siebie tonem. „Aveeee maryja, aveeee!” - Jestem na urlopie do końca tygodnia „dziadu” – odpowiedziałam mrugając do Kasi. - O ile sobie dobrze przypominam, to mowa była o tygodniu i jednym dniu… Wiecie co? Ręce, cyce, szczena opada przebijając ileś tam warstw ziemi. Sam podpisywał moją kartę urlopową. Wciągnęłam głośno powietrze w płuca, bo zamierzałam na jednym wydechu rąbnąć wiązankę, że mamy okres urlopowy i że nikt nie chodzi teraz na tydzień urlopu, tylko zgodnie z kodeksem na dwa, bo pracownikowi należy się dwa tygodnie nieprzerwanego wypoczynku w roku, a lato jest najczęściej wybieraną do tego porą, a ja to co, gorsza jestem od innych, dla mnie wolne przewidziane jest na listopad? - Nie, proszę pana, rozmawialiśmy o dwóch tygodniach…- czekałam na zaczepkę. - Dobrze, to nie będę pani przeszkadzał, do widzenia. „Spieprzaj dziadu” I tak zabrał mi jeden dzień urlopu z prośbą, bym opracowała wydajność produkcji w lipcu, bo Niemcy przyjeżdżają. Aż dziwne, że facet chwali się, iż ustawiał niejeden zakład, a nie umie wyliczyć tak prostych rzeczy. Wiem to, gdyż pytał jakim sposobem to robię. Ano, dzielę przerobiony tonaż w danym dniu przez ilość przepracowanych godzin i wychodzi suma kilogramów na godzinę. Wielka matematyczna łamigłówka. Zwrotem za ten dzień miał być właśnie poniedziałek, dlatego zadzwonił do mnie we wtorek. Las obeszłyśmy bardziej z brzegu, bo w krzaczory nie chciałam się pchać ze względu na Miśkę i kleszcze. Pasuje mi las podgrzybkowy, gdzie stąpa się po mchu. Mimo oblężenia ludzi chyba też na urlopach, znalazłyśmy w kępach traw dwa kozaki, z którymi dziecko nie chciało się rozstać, bo były jak malowane, trzy maślaki, z czego dwa mocno obżarły ślimaki, kilka podgrzybków i aż pięć dorodnych prawdziwków. Oddałam Kasi swoje zdobycze, dziewczyna dopiero spodziewa się wypłaty, a rodzina liczy sześć twarzy do wykarmienia. Poza tym Miśka jest jeszcze za mała na spożywanie grzybów, musi poczekać dwa lata. Trudno jej było to zrozumieć. - Ale ty, mamusiu sobie zjesz, zobacz jakie ładne grzybki. „Kochanie, mamusia pierdoli grzybki, w lodówce ma roladki wołowe i galaretę” - To innym razem zjem, dziś je oddamy cioci, wujkowi, babci i dzieciom, dobrze? - Uuuuch! No, dobrze. Muchomor derehtor zadzwonił do mnie dnia następnego. - Czy pani mogłaby przyjść do pracy w piątek? „I love Rock’n Roll!” - Nie. Mam inne plany, „hehehe, dziadu” - Ale sprawa jest pilna, trzeba wyliczyć na dzień dzisiejszy ilość nadgodzin, bym mógł przygotować się do rozpisania premii z puli. Po weekendzie zostanie na to mało czasu. – Głos miał błagalny. „Coś podobnego, kierownicy wystarczyłaby na to godzina.” - Zaraz, niech pomyślę. Przyjadę jutro po skopiowane listy obecności i w piątek rano mailem prześlę panu sumy. Inaczej się nie da. - Oczywiście, nie ma sprawy, za to weźmie sobie pani pół dnia wolnego w innym terminie. „O, nie. Ja pamiętliwa jestem.” - Wisi mi pan dwa dni, czy się mylę? - Dobrze, dwa dni. No! Poza tym, dziadu, L-4 wisi w powietrzu, tylko mnie zdenerwuj, a szkoda by było, bo kierownica już klaszcze z zachwytu, że w poniedziałek przyjeżdżam do pracy. Tęsknię za nią, Malwiną i Agnieszką. Myśl o pierwszym wrześniowym poranku przyprawia mnie o palpitacje serca. Miśka wraca do przedszkola, znów zalejemy się łzami i smarkami…Po pas. athina 2008-08-29 18:33:42skomentuj (7)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz