niedziela, 15 marca 2009

Dyscyplinarka

I stało się. Nadejszla wiekopomna... W piątek wręczyłam dyscyplinarkę mojemu pracodawcy. Ktoś zapytał, czy to jest możliwe. Tak, to jest możliwe, art 55 par. 1[1] K.P. za ciężkie naruszenie przez pracodawcę praw pracownika...

Obawiałam się, że nie zgodzi się z tą formą rozwiązania umowy o pracę. Miał takie prawo, uznać sprawę za moją fanabierię i mnie olać. Dlatego zabrałam ze sobą dwóch świadków. W przypadku jego odmowy podpisania, sporządziłabym notatkę pod dokumentem, że zrobiłam wszystko, by zapoznać mojego pracodawcę z treścią wypowiedzenia, świadkowie złożyliby podpisy, sekretarka wpisała w ksiegę korespondencji i to by było wszystko. Jest lepiej. Podpisał moje zarzuty...własnoręcznie.

Przestrach panował w firmie, cisza absolutna, nawet radioodbiorników nie było "czuć". Czekali w skupieniu, bo dzień wcześniej zapowiedziałam się prezesowi, że będę, by zerwać łańcuszek. Mamy nowego prezesa, stary złożył rezygnację po tym, jak po chorobie nie mial z kim pracować, bo zniknęli Oni, oraz postawa derehtora była dla niego nie do przyjęcia...

Weszłam do pokoju nr 5, zauważyłam zmiany, nowe meble. Położyłam torebkę na plastikowe krzesło i poprosiłam młodą, gustownie, acz skąpo odzianą i zbyt mocno umalowaną młodą dziewczynę, o zaanonsowanie mnie u derehtora. Podczas jej nieobecności uzupełniłam moje podpisy pod dokumentami.
- Pan dyrektor prosi do pokoju nr 7 - powiedziała wróciwszy.
Pewnym krokiem poszliśmy tam wszyscy. Pierwszym świadkiem była moja matka, która nie jest ze mną w żaden prawny sposób spokrewniona, drugą Grześ, mój były współpracownik, który jako pierwszy oznajmił: "Ja z tym chujem pracował nie będę, bo nie da rady."
Wszedłszy do pomieszczenia jako pierwsza, kładąc torebkę na wyściełane czerwonym materiałem krzesło rzekłam:
- Dzień dobry, to jest Halina K. i Grzegorz N....
Derehtor, jakby nie słysząc moich słów zwrócił się do tego, co zobaczył ponad moja głową, a to była wielka postać Grzesia - dwa metry wzrostu. Matka w ogóle gdzieś zniknęła między nami...
- A państwo, to co? - Zapytał.
- To są moi świadkowie - ucięłam, ale widząc po minie, że zamierza polemizować dodałam, bezczelnie patrząc mu w oczy, - mam to tego prawo.

Nasze wejście już wyprowadziło go z równowagi. Już tak bardzo się wkurwił, że nie zdołał zapanować nad tak banalną sytuacją. Podpisał i zgodził się z dokumentem, który zarzucał firmie mocno obciążające ją rzeczy. Jego poczucie własnej wartości i fakt, że ma przed sobą mnie,
a przede mną nie wolno pokazać słabości i niekompetencji doprowadziły, że złożył podpis i...chuj.
A tak się przygotowywali na ten mój przyjazd... Wiem to od współpracowników.
Gdyby mój pracodawca chociaż trochę myślał, nie podpisałby tego. Argumentując, że tutaj żadnego mobbingu nie było i on się nie zgadza z taką formą wypowiedzenia... Temat jest naprawdę długi i do negocjacji. Myślę automatycznie jako pracodwca, bo fakt istnienia bulwersującego mobbingu z firmie istniał. Myślę, że nawet nie doczytał. Zresztą po co, przecież
i tak się na tym nie zna.

Moja zamienniczka ma obecnie funkcję zawodową specjalisty ds kadr... W koncu wysłali ją na szkolenie do M., koordynatora ds. personalnych, kobiety o tych samych kwalifikacjach zawodowych, co ja. Wróciła z fochem, że M. ją obśmiała, bo niczego nie wie, ale co tam M.... Znów wskoczy derehrotowi pod biurko. W końcu zarabia tyle netto, co ja brutto.
...A ja już na spokojnie uśmiechnę sie do 88-letniej kobiety z Gdańska, bardzo mądrej kobiety i przytoczę jej słowa:
Zemsta to danie, które podaje się na zimno...

4 komentarze:

  1. bosze i tak chce Firma istniec?? To nawet na wygranie Wojny nie wystrczy ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Czy ja mam racje jak czytajac o madrej kobiecie z Gdanska wesze jakies powiazanie z Szeherezada?? No jakos mi Babunia pachnie:)))

    OdpowiedzUsuń