sobota, 7 marca 2009

dieta kopenhaska
Czas na mnie i to najwyższy. Zabieram się za siebie, będę zrzucać kilogramy. Dość wstydu latem, dość obżerania się i topienia smutku w lodówce. Dosyć! Miśce podoba się Marta Żmuda Trzebiatowska - Jaka ładna pani, chciałabym u niej mieszkać. "Jaci dam mieszkać!"
- Ale ona nie lubi dzieci i pewnie je bije. - Pierdolnęłam z nieukrywaną zazdrością.
Przedziwna poleciła mi dietę kopenhaską. Ona, Wiesia i Marlena mocno na niej schudły, to ja też wytrzymam te 13 dni ostrych wyrzeczeń. Dla mnie grunt, to się uprzeć, wtedy mogę naprawdę wiele. I się uparłam, że po urodzinach jadę z koksem.
Tatuś po ostrej balandze weselnej w sobotę i poprawinach w niedzielę obejrzał nagranie i skwitował, że wygląda jak ojciec chrzestny i on się będzie ze mną odchudzał, bo we dwoje, to zawsze raźniej i motywacja jest większa.
- Najlepiej, jak się na te trzynaście dni do nas wprowadzisz. - Uśmiechnął się dziś do mnie.
- A komu nie ufasz, mi, czy sobie? - Zapytałam.
- Sobie, bo matka tu pewnie będzie pichciła i wiesz... - Mrugnął.
- Pichciła? W końcu odpocznę od tych garów! - Wypaliła matka.
- Dobra, to od poniedziałku zaczynamy. Jutro przyniosę ci rozpiskę na każdy dzień, żebyś wbił sobie do głowy te bolesne fakty, ale damy radę. - Uradowana sięgnęłam po kurtkę.
- Już się nie mogę doczekać. - Powiedział tatuś. Ciekawe, co powie jutro, jak zobaczy jadłospis.
Mnie najbardziej przeraża jogurt naturalny. Kurwa, jak ja nienawidzę jogurtu naturalnego.
W ogóle nie jestem nabiałowa, ale nie ma zmiłuj, sukcesem tej diety jest zastosowanie się do niej od A do Z.
Przecież musi się udać. athina 2009-02-04 18:35:55skomentuj (12)
urodziny za cztery dychy


Stara prawda mówi, że nie planowane imprezy są najlepsze.
W minioną sobotę skończyłam trzydzieści siedem lat. Ja pierdolę, wcale się na tyle nie czuję.
Ostatnimi laty zaprzestałam robienia jubileuszowych imprez. Huczne były dwudzieste dziewiąte, a potem był spokój z flaszką wina we dwoje. Ten drugi, to niekoniecznie był facet, czasem koleżanka, albo maks, dwie koleżanki, jak w Grecji, albo rok temu przedziwna i Wiesia.
Na sobotę zapowiedziała się u mnie kierownica. Miałyśmy napisać pewne pisma, związane z późniejszym procesem z Impelem. Jak dobrze, że rodzice ciągle coś dają do zamrażalnika, bo miałam totalne zero kasy.
Rozmrożę karkówkę, są ziemniaki, jest sałatka grzybowa, ogórki, kapusta pekińska. O, może wreszcie bym tę kaczkę upiekła. Spoko loko, z głodu nie zdechniemy.
W piątek odebrałam Miśkę z przedszkola, słońce się do nas uśmiechało, napierdalając mi prosto w oczy. Okularów przeciwsłonecznych mam trzy pary, ale w domu. Zawsze, kurwa, mam je w domu, bo przecież blondynka nie może jednej pary zostawić w samochodowym schowku, bo po chuj?
Miśka wesoło pląsała po chałupie, ogień w kaflaku strzelał, a ja wiedziona którymś tam zmysłem, zabrałam się za mycie okien. Kocham myć te wdzięczne plastiki i mogłabym je pucować nawet co tydzień, gdyby mi się chciało.
Już miałam zabierać się za kafelki w kuchni, kiedy przyszła kuzynka. Ona tylko na chwilkę, kilka bajek dla Arturka pożyczyć, nastawiła wodę na kawę i rozsiadłyśmy się przy kuchennym stole.
Łypałam niespokojnie na kafelki, ale za chwilę dałam sobie z nimi spokój, odkładając w myślach tę robotę na jutrzejszy poranek.
Zadzwoniła przedziwna z pytaniem, jakie mam plany na dziś, na teraz. Ano żadnych. To ona za pół godziny będzie i zabiera mnie z Miśką na małą, urodzinową popijawę do Wiesi. Miśka uwielbia tam jeździć, szaleć z Platonem na stu pięćdziesięciu metrach, potem padać z wyczerpania w salonie, przy jakimś dziecięcym programie w pudle. Pudło się potem wyłącza i można już chlać na całego.
Do trzeciej nad ranem obrabiałyśmy dupy lekarzom, klerowi i politykom. Tak się złożyło, że kilku legnickich lekarzy zalazło nam ostatnio za skórę. Kler i politycy robią to permanentnie.
Potem zaciągnęłam swoje zwłoki na spoczynek, po drodze wstępując po śpiącą królewnę.
Rano obudziło mnie szeptane do ucha, mamo jeść. Mechanizm w mózgu włączył automatycznego pilota. Zrobiłam dziecku śniadanie, zbiegłam z Platonem do ogródka, wróciłam i ogladając z Miśką bajki, czekałam na kolejne oznaki życia w domu.
Kiedy panienki wstały, zadzwoniłam do taty pytając, czy mógłby mnie zawieźć do domu.
Tatuś zaniemówił, bo ja go nigdy o to nie proszę, zawsze jestem mobilna i przecież ostatnio wlał mi dychę.
- To ty już nie masz paliwa? - Do głowy by mu przecież nie przyszło, że dziecko zabaniaczyło gdzieś poza domem i szlajało się przez całą noc. Informacja, że chlałam u Wiesi zupełnie go uspokoiła i on na mnie czeka. Moi rodzice mieszkają za rogiem.
Zadzwoniła kierownica, że będzie około szesnastej. A ja taka rozczochrana. Wiesia wcisnęła mi dwie dychy, żebym chleba nakupiła i coś do niego. Dała paczkę fajek, bo to nawiększy wydatek. Tatuś złapał mnie w sklepie "U Krystyny", dał dwie dychy na urodziny, bo więcej nie miał. Kupiłam za to na sałatkę, mielone oraz uzupełniłam rarytasy dla Miśki.
I wtedy zadzwoniła Góralka.
- Athi, Maciek nazbierał kasę na paliwo, odwiedzimy cię dzisiaj. Za godzinę wyjeżdżamy. - Dolne jedynki z wrażenia na chwilę zderzyły się z górnymi, zachłysnęłam się dymem z papierosa na prędce wypalanym przed ojca samochodem. - My weźmiemy ze sobą żarcie i spanie, ty się o nic nie martw. - Dodała Góralka.
Cisnęłam fajkę do rynsztoka, - łomatko, tato, szybko, goście do mnie jadą z Bielska Białej.
Wpadłam do domu, rzuciłam się ze szmatą na podłogi, przerwałam to, pobiegłam do kuchni wstawić warzywa do gotowania na sałatkę. Wstawiłam, wróciłam do szmaty, przerwałam, pobiegłam wypakowywać resztę zakupów z siatek. Padnij, podłoga. Powstań, nakarm psa. Padnij podłoga, powstań, idź się wyjszczać. Padnij, powstań, włącz bajkę dziecku, niech nogi zadrze. Padnij... Zapukała kierownica. Wcisnęła mi gerbera w donicy, wycmokała, padła, domyła podłogę. W półprzysiadze spaliła fajkę, a ja zarobiłam mięcho na kotlety. Wpadła Malwyna uśmiechnięta jak przebiśnieg.
- Wyskakuj z kasy, bo nie mamy na flaszkę. - Zaatakowała ją kierownica, po powitalnych uściskach. - We wtorek ci oddam.
- E, nie trzeba, to na urodziny. - Uśmiechnęła się Malwina.
Około dwudziestej przyjechała Góralka z Maćkiem i Wojtkiem. Obie oszalałyśmy, że nasze dzieci już takie duże. Chłopcy postawni, ładni i na wydaniu, a Miśka zawstydzona schowała się w swoim łóżku. Po dwóch godzinach wylazła, przykleiła się do Maćka i tak już zostało.
Trajkotaliśmy prawie wszyscy, bo bez dziecka, do niemal czwartej. Oni wszyscy sprawili, że tegoroczne urodziny były najpiękniejsze. A rano znów obudził mnie szept, mamo jeść.
Włączył się automatyczny pilot...
A dietę zaczynam jutro, wraz z wypłatą... Idę się jeszcze nawpierdalać. Tatuś wymiękli, nie jedzą tylko kolacji. athina 2009-02-09 22:43:01skomentuj (8)
Głoduję + Update

Jest godzina 9.40, trzy godziny temu wypiłam kubek kawy z jedną kostką cukru. Wypaliłam papierocha. Nie pamiętam już kiedy na czczo paliłam i piłam kawę. Ponad dziesięć lat temu.
Z niecierpliwością czekam na lunch, cyca kurskiego i 150 gram sałaty z olejem i cytryną. Przy wciskaniu cytryny musze uważać, by nie wpadła mi pestka, bo połknięcie jej byłoby przestępstwem. Nie wspomnę już o odrobinie miąższu.
Na kolację, przed 18.00 zjem 100 gram szynki i popchnę ją 2/3 szklanki jogurtu naturalnego.
Celem nabycia rzeczonej szynki, udałam się dziś rano do mięsnego.
- 100 gram, nie więcej. - Oznajmiłam pani.
Kobieta rzuciła kawał szyny na maszynę do plasterkowania, uch, najchętniej wydarłabym ci, kobieto to mięcho i zjadła tu, na miejscu!
- Może być 90 gram? Bo jak dokroję plaster, to będzie więcej. - Odwróciła się do mnie.
- Proszę pani, ja za jeden gram mogłabym zabić! Niech będzie więcej, przekroję plaster na pół. - Popatrzyła na mnie podejrzliwie. Nie chciało mi się tłumaczyć, dlaczego ta różnica jest dla mnie taka ważna.
Muszę uciekać zaraz z domu. Przed komputerem wypalam masę fajek. Dziś rano na ekranie zamiast Gadu Gadu, widziałam Głodu Głodu!
Wieczory są koszmarniejsze od poranków. Patrzę na moje dziecko wsuwające i ciągle jeszcze łapię się na tym, że zeżarłabym po niej resztki. Ba! Chociaż miskę bym se wylizała.
Zgubny, matczyny nawyk.
Ale nie zamierzam zrezygnować, o, nie! Dotrzymam do końca i mam nadzieję, że waga się do mnie uśmiechnie. UpdateGodzina 6.20 dnia 13 lutego Roku Pańskiego 2009, wchodzę na wagę i mam 4 (słownie cztery) KILO mniej. Kryste, zaraz mi z zachwytu serce z piersi wyskoczy! athina 2009-02-12 10:00:28skomentuj (5)
Pepo na weekendzie


Wraz z przyjazdem do Polski, Pepo przywiozła ze sobą greckie klimaty. Powróciły wspomnienia z tamtego okresu. Któregoś wieczoru przejrzałam archiwum, łza się w oku zakręciła, a jakże.
Jeszcze niedawno panienki były takie, bredziły coś pod nosami. Całe ich istotki można było zamknąć w jednym objęciu ramion. Jedno się nie zmieniło, wrzask. Poziom decybeli wydobywających się z tych pięknych mordek nie uległ zmianie... Wcale.
Przyjaźń przetrwała. Dzieci rzuciły się sobie w ramiona, złapały za rączki i pomaszerowały do Miśki pokoju.
- Ty będziesz spała na dole, popatrz jakie mam duże łóżko. - Pochwaliła się moja.
Poszły w ruch zabawki, wszystkie. Co było na półkach, znalazło się na podłodze. Jakby ten akt, który przyprawił mnie o drgawki, miał być inauguracją euforii, że znów się spotkały.
Pepo przeplata polski z greckim, a czasem używa tylko greckiego.
- To moro prepi nafai, jati ponai (dziecko musi zjeść, bo jest głodne). - Powiedziała biorąc lalkę.
- Ja nie rozumiem, co ty gadasz. - Odwróciła się od niej Miśka.
Czasem interweniuję, bo dziewczyny tak samo się czubią, jak lubią. Kłótnia o kawałek kolorowego papieru była słodka. Są zazdrosne. Muszę mocno uważać, by pieszczoty rozdzielać po równo.
Lubię na nie patrzeć. Widzieć, jak urosły, słyszeć jak mówią, śpiewają, podglądać jak tańczą i śpią. Tę ostatnią czynność robią najładniej i najciszej.
Szkodniki po latach. To nie Miśka jest taka maleńka, tylko Pepo taka duża. (zdjęcie powiękasza się po kliknięciu na nie)
Przy tym też jest w miarę cicho.
- Mamusiu, a czy Pepo może jeszcze dzisiaj u nas spać? - Zapytało moje dziecko dziś rano.
- Nie, kochanie, dziś już musi wrócić do domu. - Odpowiedziałam.
- Proszę...
- Niedługo znów się spotkacie. - Rzekłam spokojnie. Niech mamusia naładuje baterie. athina 2009-02-15 10:46:55skomentuj (8)
Ósmy dzień.


Kończy się ósmy dzień diety. Po wczorajszym nicniejedzeniu na kolację, dwa jajka na twardo z gotowanym szpinakiem na obiad, zapchały mnie po szyję. Rano waga pokazała minus sześć i pół kilo, a mi ciągle mao i mao!
Gdzieś w głowie otworzyła mi się klepka, że bardzo chcę, a zamknęła ta, że pierdolę.
Moje utycie w ciągu pięciu lat jest wynikiem szeregu plag egipskich, jakie na mnie spadły, a jedynym przyjacielem była lodówka. No, nie tylko, bo i wychylić se lubię, a jak.
Na kacyku najlepiej posadzić mnie przy stole po komunii, albo weselu. Japa mi się nie zamyka. A ponieważ nigdy na kaca nie biorę fajki do gęby, to tym bardziej! Słodkiego mi się wtedy chce, jakichś śmieci typu hamburger, pita, knysza, mięcha i sama nie wiem, czego jeszcze mi się chce. Wszystkiego.
Moje życie w Niemczech wyglądało bardzo sterylnie w porównaniu do tego, po wyjeździe. Liczyłam kalorie, spać kładłam się zawsze głodna i nigdy nie łączyłam węglowodanów z białkiem. Efektem były 52 kilogramy wagi, w porywach do 56, a rozmiar ciuchów 34-36.
Teraz wystarczy mi 38-40 i bedę happy.
Przecież wszystko można, jeśli się tylko tego chce.
Ostatnio Pepo z Miśką bardzo mnie rozbawiły. Moje dziecko przyszło do mnie do kuchni z na wpół zjedzonym jajkiem na twardo i poprosiło, żebym zjadła żółtko.
- Nie mogę nic jeść, słonko. - Oznajmiłam. Pobiegła do pokoju i zaaferowana rzekła do Pepo:
- Moja mama nic nie je.
- O, to nie urośnie, prawda? - Szczerze zmartwiła się Pepo.
W związku z dietą, nie mogę nawet próbować potraw, przygotowywanych dziecku. Miśka czuje się teraz gospodynią i bardzo ważną personą, bo wszystko od niej zależy.
Wczoraj ugotowałam jej pomidorową na golonkach z dzika. Żal mi było tych golonek, bo ona ostatnio żadnego mięsa nie jada, gdyż "się miętoli". Znaczy, żuje jej się za długo, dlatego ratuję ją rybami. Nawet kotlet mielony się miętoli i nie przekonam jej za chiny, że nie, no bo jak?
Wpadłam zatem na szatański pomysł, by jednak te golonki zjadła. Ugotowałam kilka ziemniaków, oddzieliłam mięso od kości, wyciągnęłam maszynkę do mielenia i dziecko mieliło. Do miazgi dodałam cebulę pokrojoną w kostkę, szczypior, nać pietruchy, marchewkę, starłam dwa zęby czosnku, wrzuciłam jajo, trochę mąki i Miśka zagniatała. Omal nie pękła z dumy tworząc kulki, obtaczając w bułce i podając mi je do smażenia. Jadła! A jakie pyszne było!
- Dzielna jestem, mamusiu? - Zapytała po kulinarnych wyczynach.
- Najdzielniejsza i najzdolniejsza.
- Nikt tak nie umie, prawda?
- Prawda.
Miśka gospodyni. athina 2009-02-18 22:50:24skomentuj (7)
Gdzie ja miałam oczy?


Telefon od Kasi zaskoczył mnie w sklepie "U Krystyny", płaciłam właśnie za szynkę babuni i porcję rosołową. Chciałam jeszcze coś kupić, ale w danym momencie wyparowało mi z głowy, co to miało być. Kasia bowiem miała smutny głos, telefon urywał wyrazy, zdołałam jedynie zrozumieć, że chce do mnie przyjechać. O drugiej może być.
Nie miałam wątpliwości, że coś złego właśnie się wydarzyło, bo z utratą ciąży już jakoś się uporała.
Pospiesznie załatwiłam najpilniejsze sprawy, które i tak zajęły mi czas do niemal drugiej, w tym ugotowanie obiadu dla dziadka.
Z wywieszonym jęzorem wpadłam do domu, zaścieliłam łóżka, wygrzebałam popiół z popielnika i... Weszła Kasia.
Smutna i zgarbiona. W milczeniu zdjęła kurtkę, westchnęła, wyjęła z torebki pół litra, postawiła na meblach kuchennych...
- Ty, ale ja nie będę piła. - Oznajmiłam szybko.
- To ja bedę piła! - Odparowała. - U ciebie ta świnia nie będzie mnie szukała. Rozstaję się z nim.
- Coś poważnego, czy rozstajecie się przez rozlane mleko do czasu zgody w łóżku? - Zapytałam podając jej kieliszek i szklankę.
- A weź! Gadasz o rozlanym mleku, a dobrze wiesz, że to świnia jest. Polej mi! Nie dość, że mam pić sama, to jeszcze sobie polewać? - Odpaliła papierosa.
- I co? Nagle wstałaś rano i cię olśniło? - Zapytałam nieco zniecierpliwiona odkręcając butelkę.
- Coś w tym rodzaju. Byliśmy na dyskotece. Jedyny raz przez osiem lat zabrał mnie na dyskotekę, w ogóle gdziekolwiek wyszliśmy, bo ta świnia tylko leży z pilotem w ręce. Poszłam tańczyć i usłyszałam, że tylko mi kurestwo w głowie. Rozumiesz? Ja, która jak suka przy jego nodze? - Wypiła do dna. Potrzepało nią. - Jezu, dawno nie piłam!
- Ale to chyba nie wszystko? - Byłam coraz ciekawsza. Nigdy nie lubiłam tego faceta. Za skrajne nieróbstwo, życie kosztem Kasi, jej dzieci i mojej babci. Wielokrotnie zastanawiałam się, kiedy ta baba otworzy oczy.
- Od lata zaczął zarabiać na dachach. Mój osobisty tato nauczył go tego zawodu, mój tato! Polej! I myślisz, że dawał mi na życie? Nie, bo on na samochód zbiera! A jak ostatnio powiedziałam mu, żeby dał na rachunek za prąd, to zapytał, gdzie są moje pieniądze! - Wypiła do dna.
Wieść o tym, jak żyje Kasia ze swoim trutniem już dawno obiegła rodzinę, ale zasada jest stara jak świat. Nie wtrącamy się. Mój tato raz powiedział do babci, że jedno jej słowo, a zrobi porządek. Ale babcia tego słowa nie powiedziała. Babcia, kobieta starej daty wychodzi z założenia, że dobrze, iż córka ma chłopa w domu. To nic, że Kasia lata ze śrubokrętami, młotkiem, kurwa, klejem, a on leży. Ważne, że jest.
- Cóż mam ci powiedzieć? Cieszę się, że zmądrzałaś, ale wydaje mi się, że nie sama. Poznałaś kogoś? - Zapytałam bez ogródek.
Lekko się zmieszała, nalała sobie sama.
- Tak. jest ktoś. Klient naszego sklepu. Nic między nami nie było, ale ujął mnie swoim spokojnym usposobieniem, ułożeniem pod kopułą. Wiesz, to nie jakiś tam oszołom żyjący z dnia na dzień. Nie chleje, pracuje...
Kryste, to kim jeszcze musi być ten jej obecny, skoro wymienione zalety tego nowego zdołały zawładnąć sercem Kasi? Nie wiem, bywam tam rzadko, bo patrzeć na niego nie mogę.
Rozpaliłam w piecu, a moja ciocia ciągnęła monolog, który zakończyła międzynarodowymi, babskimi słowami: "Gdzie ja, kurwa, miałam oczy?"
- Dzieci pojechały na weekend do ojca. Mogę u ciebie spać? - Zapytała Kasia, już lekko wstawiona.
- A babcia? Zostawisz ją tam z nim samą? Nie możesz uciekać, załatw to wszystko jak należy. - Powiedziałam spokojnie. - Chodź, zabierzemy Miśkę z przedszkola i zawiozę cię na ring. - Dodałam.
Między innymi dlatego postanowiłam, że żadnych stałych związków mieć nie będę. Miśka co prawda jest spragniona męskiego towarzystwa, ale ma spokój w domu i mamę tylko dla siebie. Zresztą, żaden facet by z nami nie wytrzymał, bo tylko spróbowałby chociaż podnieśc głos na moje dziecko... To musiałby być chodzący anioł, a takich nie ma. athina 2009-02-21 10:14:16skomentuj (10)
Niedziela


Dieta, dietą, ale ponad tydzień życia bez oddawania stolca, powoli zaczyna mnie martwić.
W kichach cisza, nie ma żadnych ruchów, a waga stanęła w miejscu.
Dziś postanowiłam zrobić z tym porządek, ale na nic. Ani dwa czopki, ani lewatywa nie pomogły. Czyżby organizm trwożnie zatrzymywał wszystkie datki na kruche czasy?
Co to będzie, jak przyjdzie na mnie czas? Poród, kurwa?
Ja pierdolę, już sie boję na samą myśl o tej chwili. Zaparcia boleśnie przeszłam po porodzie i pamiętam je dokładniej, niż niejednego kaca.
Może dochtór Du będzie miał dla mnie jakąś radę?
Pomocy, bo przez to i dobry nastrój prysł. Zastąpiło go zgrzytanie zębami i paniczny strach przed normalnym, codziennym załatwieniem potrzeb.
Poza tym niedziela upłynęła roboczo. Zrobiłyśmy z Miśką makaron do rosołu. Pierwszy raz się tego podjęłam, sięgając do pamięci, kiedy to matka sama go produkowała. Wyszedł jak należy, ale mniej zółty, bo na jednym jajku.
Miałam solidną sprzeczkę z Miśką o bałagan w jej pokoju. Niestety, kiedy wydaję polecenie sprzątnięcia bajzlu, moje dziecko najczęściej, w tym właśnie momencie ma palącą potrzebę edukacji. Maluje, rysuje, udaje, że czyta. Najnowszym wykrętem jest nauka Mija rysowania.
Jutro rano idziemy do lekarza. Córuś ma zaczerwienione gardło i stan podgorączkowy. Mam dosyć zimy, a przede wszystkim tych nagłych zmian temperatur. Normalnie rzygam już tym.
Wracając do stolca, to jeszcze, jak zresztą codziennie, pokładam nadzieję w jutrzejszej, porannej kawie. Poza tym jutro jest ostatni dzień diety kopenhaskiej.
Bym zapomniała, macie już króliczka wielkanocnego? Bo my mamy! athina 2009-02-22 21:53:52skomentuj (11)
Poniedziałkowe smutki i radości.


Rano u Miśki zdiagnozowałam anginę, co potwierdziła pani doktor. Zgarbiłam się i poprosiłam o jakiś tani zestaw leków. Z tych groszy, które obecnie otrzymuję, nie jestem w stanie odłożyć na czarną godzinę, choćbym się zesrała. Muszę ponowić ogłoszenie o korepetycjach. Właśnie, jeszcze dzisiaj ponowię. Na razie od marca mam jednego ucznia, na półtora godziny tygodniowo.
Pani doktor sięgnęła do szuflady, wyjęła antybiotyk Taclar i acidolac w saszetkach reklamowych. Wręczyła mi leki bezpłatnie. Serce skoczyło do gardła, aż nie wiedziałam, co powiedzieć.
Pojechałyśmy do rodziców po 40 zł na znaczki sądowe. Tyle kosztuje ponowne wydanie rygoru natychmiastowej wykonalności i nikogo nie interesuje, że się nie ma, bo tatuś olał partycypowanie w kosztach utrzymania swojego dziecka.
Od razu zauważyłam, że ojciec jest zdenerwowany.
- Stało się coś? - Zapytałam ostrożnie.
- A, kurwa, Gibon wczoraj zmarł. Długu nie oddał i 200 złotych poszło się jebać. - Rozłożył ręce.
- Przecież on był w moim wieku. - Nie ukrywałam zaskoczenia.
- A co, ty masz piętnaście lat? Chlał, nic nie żarł, to umarł. - Wyłączył kipiącą wodę i zalał kawę. - A właśnie, dobrze, że jesteś. Zobacz no na ten list z banku, bo coś mi się te potrącenia nie podobają. - Wręczył kopertę z żółtym logo.
- Dwa razy masz tu potrącenie za operacje w styczniu. - Powiedziałam studiując wydruk.
- Za jakie, kurwa, operacje? Na otwartym sercu? Przecież ja tylko raz wypłacałem u nich rentę i już! - Nerwowo zamieszał w kubku.
- Nie wiem, skąd mogę? Musisz iść wyjaśnić. - Podsumowałam składając dokument.
Ledwo zdążyłam rozebrać Miśkę, wróciła mama z zakupów. Przejęła piastowanie dziecka, a ja pobiegłam do sądu. Po drodze rozmyślałam o Gibonie i wspominałam czasy naszych zabaw w chowanego. Miał długie, krzywe nogi i biegał najszybciej z nas wszystkich. W złości nazywałam go gorylem, chowałam się w domu, a on ryczał: - Tylko wyjdziesz, to masz wpierdol! Klął jak szewc. I tak nigdy od niego nie dostałam. Gdy szedł do mnie zamaszystym krokiem z pianą na pysku, kucałam, składałam ręce i wrzeszczałam; - Przepraszam, przepraszam!
Gdy wróciłam, mama też miała dla mnie coś do przeczytania.
- Takim maczkiem napisali na tej mgiełce, że za cholerę nie rozszyfruję. Od Wiesiołka to dostałam.- Wyniosła z łazienki krągłą flaszeczkę.
- Mgiełka, to do ciała... - Sięgnęłam po butelkę.
- No, ja sobie twarz pryskałam, ale syf mi wyskoczył.
Podeszłam do okna, rzuciłam okiem na maczek...
- Doskonale odświeża fryzurę...Hahaha!
Wróciłyśmy do domu, gdzie Mijo z tęsknoty nieźle nawywijał. Nie ruszymy się stąd przez najbliższych kilka dni... athina 2009-02-23 18:00:24skomentuj (4)
Pierogi LEGNICKIE!


Po co obiecywałam dziecku pierogi? No, po co? Po to, żebym pierdoliła się teraz z tą mąką, kapustą, grzybami. I nie ma, że boli, trzeba stać i lepić.
Oczywiście fakt, że Miśka jest pierwszą mączniarą Rzeczpospolitej, bardzo mnie cieszy. Zwłaszcza, gdy kończy się budżet domowy.
Przy okazji mowy o pierogach, przypomniał mi się wywiad z Wojciechem Mannen w Muzycznym Radiu, jaki usłyszałam kiedyś, jadąc do pracy autobusem.
Mann wspominał, jak jeszcze podczas komuny gościł w Legnicy z okazji jakiejś imprezy. Nie pamietam, czy był to Satyrykon, czy Legnica Cantat. W każdym razie wybrał się na obiad do restauracji Polonia. Już miał chwytać za menu, gdy zobaczył, że przy stoliku obok facet je ruskie pierogi. Nadmienić muszę, że Legnica ówczas nazywana była Małą Moskwą, a dobre stosunki między mieszkańcami obu państw były fikcją.
Mann zdecydował się zamówić to samo, co konsumował sąsiad.
- Poproszę ruskie pierogi. - Zwrócił się do kelnerki.
- Nie ma u nas ruskich pierogów. - Odpowiedziała chłodno.
Zdezorientowany spojrzał na sąsiada, na nią i wskazując palcem zapytał,
- A co je ten pan?
- To są pierogi LEGNICKIE! - Wycedziła kelnerka, kładąc odpowiednio duży nacisk na słowo - legnickie.
Ryczymy z tego z Szeherezadą, ilekroć mowa jest o pierogach! Buahahaha! athina 2009-02-25 13:25:12skomentuj (7)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz