sobota, 7 marca 2009

Czułe słówka

I nastał syf. Swoimi lepkimi mackami ogarnął naszą firmę. Na cztery wiatry rozgonił chęci do pracy, o zaangażowaniu nie wspomnę wcale. Nasz wspaniały i przede wszystkim kompetentny prezes jest poważnie chory i raczej nie ma szans na jego powrót do firmy. Tymczasem w Centrali siedzi grono pianobijców, zupełnie nie znających się na naszym rzemiośle, ale oni wszystko wiedzą, wszystko! Najprostsza tabela w Excelu jest dla nich nie do zrozumienia, bo tytuły robili w czasie komunizmu na zasadzie pytania szefa, na którym są roku! Potem już tylko mieli cudze ręce do pracy. Języki obce są dla nich abstrakcją. Ale najlepsze jest to, że winą za każdą błędnie podjętą przez nich decyzję obarczany jest potem pracownik, bo przecież on źle zrozumiał. Koleżanka znosi to już drugi miesiąc i widzę, że jest u kresu wytrzymałości. - Jeżeli w tym miesiącu weprze mi, że nie tak miałam rozliczać hotel R, odłożę słuchawkę, wezmę torebkę i wyjdę na zawsze. Albo nie, jeszcze chujowi nawrzucam, potem rzucę słuchawką i wezmę torebkę. Ja, szczerze mówiąc, mam jak dotąd spokój. Ostatnio tylko dowalił mi taki tekst do tłumaczenia na niemiecki, że przysiadłam. Oto fragment: "Na tunelu pralniczym wystąpiła konieczność wprowadzenia odpowietrzników na pompach wodnych i usunięcia nieszczelności złączy zaworów pompowych , notowano zawieszenie pracy prasy odżymającej oraz nastąpiło mechaniczne uszkodzenie brzegu transportera siatkowego wskutek przesunięcia toru jego pracy." Gdyby nie pomoc kolegi diesla, zapewne siedziałabym nad tym całą noc, bo zawsze wszystko potrzebne jest na tentychmiast. Co ja, kurwa jestem mechanik, technolog pralnictwa, Niemka, czy jaki chuj? Wie ile kosztuje strona tłumaczenia tekstu technicznego? Trutnie, pierdolone trutnie, no! Nie pójdzie to siedzieć w domu, bo emeryturę ma już od dawna, tylko blokuje miejsce młodym, kreatywnym, zdrowym umysłom. Psuje nerwy fachowcom, bo wiedza do starego łba nie wchodzi i macha zardzewiałą szabelką puszczając przy tym bąki z kleksami, bo zwieracze też już nie te. Żeby chuj jeden z drugim parchem porósł i drutem kolczastym się zesrał, skurwysyny ponure! Update: Zapomniałam napisać, że i tak to wszystko pierdolę, pizgnę się na szezlong i będę leżeć i pachnieć...Na urlopie. athina 2008-07-01 20:59:36skomentuj (9)

Tak musiało być

- Jaki piękny piesek trafił do babki do schroniska, mówię pani! – Kierowniczka paplała od progu w poniedziałkowy poranek. - Jaka rasa? - Wieloowocowy, ale jaki śliczny, taka czarno biała kuleczka. - E, wieloowocowy, ja bym chciała malutkiego, żeby brytan nie urósł, a z takim nigdy nie wiadomo. - On nie będzie duży, bo tam jest też jego mama, ooo, taka…- zniżyła rękę do kolana. „Niech sobie będzie, nie chcę” - To straszne, że ludzie suczki z małymi wyrzucają. – Powiedziała ze zbolałą miną. „Zamknij się, kobieto!” - Biedne maleństwo, powinno mieć dom, ja bym go wzięła, ale cały tydzień mnie nie ma. „Ja pierdolę, nie mogę tego słuchać, idę na fajkę.” Po godzinie. - Niech mi pani opowie o tym piesku… W piątek po pracy wyruszyłyśmy razem do Dzierżoniowa. Kierowniczka na weekend do domu, ja do schroniska po psa. Babka go zaszczepiła przeciw parvovirozie i czekała na mój przyjazd. Zobaczyłam tę biedną istotkę i nie miałam żadnych wątpliwości, że chcę jej dać dom. Ale psina nie czuła się dobrze. Przenocowaliśmy u kierowniczki, a raczej przedrzemaliśmy, bo pies ciągle wymiotował i był osowiały. Babka winą za jego samopoczucie obarczyła szczepionkę i tym mnie nieco uspokoiła. W sobotę rano wyruszyliśmy do domu, a mój nowy przyjaciel rzygał dalej. Przez dwa dni strzykawką wciskałam mu wodę i papki do jedzenia, bo niczego nie tykał. W poniedziałek wetka załamała ręce, pies był na progu stanu agonalnego. Dwa dni leżała ta bieda pod kroplówkami, ale ciągle nie było wiadomo, dlaczego wymiotuje. We środę odebrałam go w trochę lepszym stanie, dostał jeszcze antybiotyk, ale o żarciu nie było mowy. Czwartkowa wizyta u wetki okazała się bardziej pocieszająca, bo pies zrobił więcej kroków niż dotychczas, ale pani doktor studziła moją euforię. Mimo to czułam, że przeżyje. I w piątek rano przywitał mnie wesoły, głodny (!) piesek. Pożerał zawartość miski, aż mi się łza w oku kręciła. Tak, jakby w nocy ktoś zdjął z niego zaklęcie. Niesamowite to było. Mijo już nawet nie pamięta, że był chory. Baraszkuje sobie beztrosko przed zakładem w godzinach mojej pracy, a w domu targa wszystko, co się znajdzie na podłodze. 1 sierpnia wraca Miśka, to dopiero będzie szał pał. Taki mały zbój czeka na nią razem ze mną. Bardzo niecierpliwie… athina 2008-07-24 19:28:07skomentuj (13)

Statek kosmiczny

„Uważaj, miny!”, z tą myślą zwlekam się z łóżka codziennie rano. Idę do kibla i rozgniatam stopą psie gówno, „iii, eee, fuuu, mówiłam uważaj, idiotko, oczy otwórz tumanie, zasraniec jebany!. Ileś dzisiaj klocków postawił? Cztery?! Nie ma żarcia na noc, zacznę traktować cię jak gremlina!” Wpierdolenie się w takie gówno z samego rana jest bardziej budzące niż cztery kawy. Ile klocków, tyleż pawi. Przestałam jadać śniadania. Rozpoczęłam żmudny proces nauki czystości Mija. Budzi się, łapię go pod pachę i zbiegam na dół, gdzie nagradzam za załatwienie tych spraw. W dzień już jest całkiem fajnie, ale noc niestety zostawia po sobie tyle min, co kęsów. Małe psy wydalają z siebie więcej niż przyjmują. Wetka nakazała zakupienie suchej karmy dla szczeniąt, bo wygodna i wszelkie potrzebne dobra posiada, naturalnie ta z wyższej półki. Zakupiłam, ale Mijo położył na nią to, co Ruski na salceson. Ja bym chyba też nie chciała wiecznie na chrupkach lecieć, co to statek kosmiczny? Puszki pochłania jak głupi, ale kogo na to stać? Teraz jak cię mogę, później to już będzie bigszy wydatek. Ale przecież mogę gotować dla mojego psiaczka, nie? Zakupiłam mięsko kurskie (cyc), kaszę jęczmienną, pietruszkę, marchewkę i mało mi było, to jeszcze seler starłam. Do miseczki przemyciłam trochę suchej karmy i podałam do stołu. Ależ pochłaniał, a ja patrzyłam z dumą.Seler i pietrucha należycie odegrały swoją rolę, toteż pies szczał co krok, a kaszę wydalił w takiej postaci, w jakiej zżarł. Gotowanie poszło w odstawkę i znów jedziemy statkiem kosmicznym. Kiedyś, jeszcze w Szkoplandii miałam owczarka kaukaskiego, moją ukochaną Franię. Pewnego lata zostawiłam ją u rodziców w Polsce, bo wyjeżdżałam na wczasy. Po powrocie tato pokazał mi, jak Frania pięknie obraca kości wołowe. Widowisko naprawdę było przednie. Niestety w Szkoplandii takich rarytasów nie sprzedają, wszystko idzie na paszę. Jednak dnia pewnego, wracając z pracy wstąpiłam do mięsnego, gdzie ujrzałam wielką kość baranią nieznacznie pokrytą mięsem. Ceny za kilogram nie było, ale co tam, ileż może kosztować kość, do jasnej szmaty? Za mną stali ludzie, tam wiecznie kolejki, dobry mięsny. Poprosiłam, zważyli i… 50 marek zażądali. Nigdy więcej nie patrzyłam na baraninę. Wracając do Mija, zero nadgorliwości, będzie statek kosmiczny i kosmicznie twarde klocki…Łatwe do sprzątnięcia. athina 2008-07-27 21:18:53skomentuj (10)
Mijo
Przedstawiam Wam łobuza numer jeden na świecie z piracką przepaską na oku. Szczyl i srel! athina 2008-07-29 21:13:34skomentuj (8)
Analityczna samowolka
Zadzwonił telefon…”Jak anioła głos…” Popatrzyłam na wyświetlacz…”Uuuh, ten chuj dzwoni” - Witam panie prezesie. - Dzień dobry, mam takie pytanie, czy pani pilotowała rozliczanie zaliczek przez pana iks? - Nie, każdy swoje zaliczki rozlicza z księgowością na własna rękę. - Dlaczego? - Jak to dlaczego? - No, ktoś to POWINIEN kontrolować. - Dlaczego? - Jak to dlaczego? Pan iks nie rozliczył się z zaliczki, a już od lutego u nas nie pracuje. - Panie prezesie, po pierwsze nie pracuję w dziale księgowym naszej firmy, po drugie w ogóle nie wyobrażam sobie takiej kontroli. Zaliczki są przelewane dorosłym ludziom, którzy zdają sobie sprawę z konsekwencji, jakie wynikają z jej spożytkowania na własne potrzeby. A po trzecie, pan iks, co jest niemal wyjątkiem, bardzo skrupulatnie rozliczał się z pieniędzy firmowych. Chwila krótkiej konsternacji, ludziom w tym wieku trzeba dać czas, by zaskoczyły im tryby. - No, ale system księgowy wykazuje, IŻ pan iks jednak nie rozliczył siĘ do końca. Otóż pozostało tysiącczterystapiĘćzłotychipiĘćdziesiątdwagrosze, które powinien niezwłocznie wpłacić na nasze konto. Dlatego wraz z prawnikiem wystosowaliśmy do wspomnianego pana pismo wzywające i dzisiaj otrzymaliśmy odpowiedź, w której pan utrzymuje, IŻ się z firmą rozliczył. - No i co? – Nie wiem po co zadałam to pytanie, odpowiedź na nie była dla mnie jasna. - ProszĘ TĘ sprawĘ wyjaśnić. Odłożyłam słuchawkę, włączyłam sobie Amy Winehouse, włożyłam kraciaste nakrycie głowy Holmesa i jęłam szukać winnych. Zaczęłam sprytnie, z prośbą o skany kwitków pana iks, na których umieszcza się numery faktur oraz ich kwoty, a także kopie tychże dokumentów. Na kwitkach widniały trzy numery faktur na łączna kwotę dokładnie taką, jaką usłyszałam wcześniej od szanownego. Jednakże rachunków nie było. No i zaczął się cyrk. Tu nie wiedzą, tam też nie, a tam na pewno nie będą wiedzieli, bo najnormalniej w świecie mnie olewali. Mogłabym każdego maila wysyłać z wiadomością do prezesa, ale nie robię tego. Lubię po koleżeńsku. Po godzinie wyszłam na fajkę, rachunek za telefon spokojnie wzbogaciłam o jakieś pięć dych, a winnego, jak nie było, tak nie było. Jedno wiedziałam na pewno, pan iks nie umieściłby numeru faktury na kwicie rozliczeniowym, gdyby jej nie posiadał i nie przesłał księgowym! „Nie, nie będą mną kręcić, jak Cygan słońcem!” Poleciłam księgowemu, który zaaawsze ma tyle pracy, że chuj kładzie na prośby, groźby oraz zadania specjalne, by odszukał w systemie wspomniane rachunki. Facet w sumie jest okejowy, ale lubi mieć święty spokój. I dostałam, co chciałam, ale dlaczego? Dlatego, że księgowy otrzymał konkretne polecenie. Szydło, które wyszło z wora przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. 1405,52 zł w postaci trzech rachunków odesłano do siedziby, bo brakowało podpisu osoby decydującej, (wszystko działo się we Wrocławiu). Ona podpisała i…sekretariat przekazał do działu analityków biznesowych, który znajduje się dwa pokoje dalej, (księgowi 300 przecznic). Analityk wypełnił kwit rozliczeniowy na zupełnie inną osobę z mojej spółki, dobrze, że nie na mnie i bez podpisu samego zainteresowanego wysłał do księgowości rozliczenie zaliczki! Osoba wraz z wynagrodzeniem dostała niemal półtora kafla więcej, próbowała sprawę wyjaśniać, (bo do niej też dotarłam), ale uspokajano, że wszystko jest gitara. Moim zdaniem ta osoba za mało była dociekliwa, ale kto wie czy ja bym była, gdyby taka forsa nagle znalazła się na moim koncie. Enyłej, musiałam napisać pismo do pana iks, że jednak nic nam nie wisi. Się, kurwa, kajać, (e, załatwiłam to informacyjnie, bez zbędnego kajania), ale po drodze powiedziałam prezesowi, co myślę o takich kompetencjach Wrocławian (oni zawsze lepsi). Moim zdaniem tę forsę powinien zwrócić analityk biznesowy. Jest podpis osoby zainteresowanej pod kwitem rozliczeniowym? Nie ma! I chuj! athina 2008-07-30 21:14:56skomentuj (5)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz