poniedziałek, 30 marca 2009

Fotograficzny poniedziałek

Dziś będzie fotograficznie i zacznę od dwóch szelm, które się ze sobą kłócą. Ale muszę przyznać, że konsekwencja Serafiny owocuje i Miśka już rozumie, że kot, to nie pluszak.




Pojechałyśmy do ojca na dzielnię po tego Łajzę - Mija. Przyszedł z łajdactwa krótko po ciszy nocnej i spał z ojcem w pokoju. Gufiemu szlajanko zeszło do dzisiejszego ranka.




Oto zmęczony i wyłajdaczony facet. Nieźle sobie poćpał. Ledwo na oczy patrzy.




Moje dziecko zrobiło mi pierwszą w życiu kanapkę. Najpyszniejszą, jaką jadłam i podana zostala pod nos:)



Fajne jest to moje królestwo i jego swita...

APDEJT

Menciony Gufi pod pachą swojego ukochanego panka, który strzeliwszy focha na matkę, że myje okna i ziąb robi w chałupie, ostentacyjnie wskoczył w bety w swetrze oraz spodniach wiedząc, że gorzej jej wkurwić nie może. Ot, zaraza!



niedziela, 29 marca 2009

Niedzielne korki

Niespodziewanie wpadły mi dziś nowe korki. Na natychmiast, bo korepetytorka zachorowała, a córka jutro będzie pytana i bardzo się boi. Zgodziłam się bez wahania, chociaż w niedzielę ma człowiek inne zmartwienia, niż tyranie. Kij ma za to dwa końce, złapałam kasę na paliwo i inne brewerie, jak świeże „Bobaski” dla Miśki, jej ulubione. Serafina od razu ukradła jedną i musiałam długo ją łapać, żeby nie zeżarła z folią. Ta kocica ciągle jeszcze myśli, że dybiemy na jej żarcie. Lata ze zdobyczą po chałupie, jak Żyd po pustym sklepie i warczy na nas, niczym wygłodniały kojot. Ale to nic! Za chwilę parówka już jest "be", bo się przeżarła, ale jeszcze by coś przetrąciła. Każde otwarcie lodówki powoduje, że muszę wyciągać z niej kota. No dzicz! Surowizny nie lubi, Maciej uwielbiał. Za to tuńczyk w oleju jest pyszny.

Odstawiłam Miśkę oraz Mija do mamy i w te pędy pojechałam dokształcać młodą licealistkę. Siedem zadań do domu na weekend. W tym trzy z nich, to były mini wypracowania na bazie czytanki. W ogóle odniosłam wrażenie, że na lekcjach mało się robi, oprócz przekazania niezbędnej wiedzy, jak np. tworzenie Präteritum, kilku zadań przykładowych i won. Reszta należy do ucznia w domu. Dla mnie takie zadania, to pipa, ale Karolinie szczerze współczułam. Jej matka chwilę pofukała, że dziecko tylko siedzi z nosem w książkach, bo ma też inne przedmioty - bla, bla, przyniosła herbatkę i się oddaliła.

Dyndałyśmy nad tym dwie godziny. Niegłupia dziewczyna, widać, że się przykłada. Już samo jej pisanie z dyktanda mi się podobało. Niemiecki ze swoimi umlautami jest lekko przychlastany dla kompletnego laika.

Na koniec dowiedziałam się, że obecna korepetytorka często choruje i stąd decyzja o znalezieniu nowej. Jest zatem szansa, że jeszcze się z Karoliną zobaczę, acz życzę pani korepetytorce dużo zdrowia.

Miśka strzeliła focha, że długo mnie nie było, ale pomachanie jej kasą przed nosem załatwiło sprawę. Jako łapówkę, wybrała sobie Kinder Bueno. Za to Mijo z Gufim ojca znów spierdolili z podwórka. Nie mamy pojęcia, gdzie szlajają się te psy. Pewnie gdzieś ćpają, bo suki zaczynają się gonić.

Zapomniałam kupić żarówkę do kuchni, bo się była wczoraj i spaliła. Wykręciłam Miśce z jednej żyrandolowej odnogi, ale ma tylko 40 przypierdolenia, a ja tutaj potrzebuję najmniej 100. Gały mnie lekko z orbit wylatają i gwiazdki po bokach fruwają. Chociaż mam klaptopa i bym se mogła z nim nawet i w kibelku siedzieć, moim miejscem ukochanym jest właśnie kuchnia. Jedynym, gdzie mogę jarać fajki i w ogóle uwielbiam wszystkie kuchnie, nawet ciemne.

Wiosna się zbliża, i ciepło jest oraz przyjemnie...jest. Tylko znów przegapiłam zmianę czasu. Zorientowałam się gdzieś około południa... Oj, boże, wielkie mi halo!

sobota, 28 marca 2009

Rodzina edukacyjna

Jak sie ten Niemiec nazywał? Z tą chorobą? Jak? Otworzyłam worda, poszłam się ten, no, wyjszczać, wróciłam i zapomniałam o czym chciałam... Westfalit mnie zagadała, zołza, diesel też...druga zołza.
Aaaaa, chciałam o tym, że tatuś dziś byli jak wulkan. A pomścili, a bluzgami rzucali, że aż Miśka ryknęła - dziadek, tu są dzieci!
- Misia, nie słuchaj dziadka. - Ucałował w czoło. Dobre sobie, nie słuchaj... Mój tatuś, gdy jest bardzo na kogos zdenerwowany, wyrzuca z siebie, jak z kałacha całą masę epitetów na jednym wydechu i to słychać mniej więcej tak, tu zastosowałam dzisiejszy wkurw:
"Ten feściak w dupe jebany kondom mysli ze kim jest murgrabia pierdolony wara od mojej rodziny won dla cweli bengalskich z bakami nie ma tu miejsca ja tego padlucha urządzę razem z tą jego rurą bazarową lachociągiem" Kropka.
- Kto, tato? - Zapytałam.
- Ten, jak mu tam, kurwa, Robercik. Ty wiesz, co on powiedział? Że nasza rodzina jest edukacyjna! - Na co matka ryknęła śmiechem, a ja z nią.
- Patologiczna! - Poprawiła tatusia skręcając się ze śmiechu.
- No! Patologiczna! ja nawet nie wiedziałem, co to znaczy. A nie wiedziałem, bo nie mam z tym styczności, proste? Proste! - Tatuś maszerowali po przedpokoju z rękami założonymi na kości ogonowej. - I taki frajerek, pierdolony łeb!... Będzie mi moją rodzinę nazywał potologiczną?!
- PAtologiczną - poprawiła matka.
- Przecież ja go, chuja zjem, jak tam wjadę. Po kolei będzie musiał każdego z osobna przeprosić, nawet nasze psy! - Maszerował coraz szybciej.
- I Serafinę! - Wtrąciła się Miśka. Ryknęłyśmy z matką i jak na komendę, obie wyciągnęłyśmy dziecko przed telewizor, nerwowo szukając kanału dla niej. Nie dała się, ona nie będzie tutaj sama siedzieć. Zostawiłyśmy zatem ojca latającego po tym przedpokoju i skręcając się, dalej szukałyśmy tego kanału, a Miśka uważnie strzygła uszami.
Tatuś polatali sobie chwilkę i rzecz jasna dołączyli do nas.
- Ty jesteś mądra dziewucha, powiedz mi, czy taki oflus z rynsztoka, bo mu w ryj dałem, może tak powiedzieć? - Stanął nade mną już wyraźnie spokojniejszy.
- Tato, olej to, jego życie bije. - Powiedziałam szukając fajek w torebce.
- Pierdu - pierdu, życie bije, ja go zbiję, nie będę na życie czekał. Za moją rodzinę nie dam mu żyć...
... Pożegnałam się w końcu, ucałowałam matkę, mrugnęłyśmy do siebie porozumiewawczo, bo ona to ma przesrane. Słucha pewnie tatusiowego wkurwa do teraz. Chyba, że już go ktoś do tego Robercika zawiózł. Wróci z poobijanymi kostkami na dloniach. A nie daj bóg, zrobi mu się zastrzał...
- Co to jest rodzina ekucyjna? - Zapytała Miśka w samochodzie. Też trudno było jej zapamiętać tę patologię.
- To rodzina, która lubi się uczyć, a inni jej zazdroszczą, kochanie. - Odpowiedziałam całkiem poważnie.
- Aha - zamyśliła się, patrząc przed siebie.

środa, 25 marca 2009

56

Mój tatuś obejdzie jutro (dzis) swoje 56 urodziny. Już? Zatrzymałam się na 50 i tak miał sobie te pięćdziesiąt i miał do dziś. Uświadomiłam sobie, że zaraz po jego półwieczu oznajmiłam mu, iż jestem w ciąży. A w ciążę ową zaszłam 13 marca w piątek. Tak jest, wszystko wiem.
A mi lata mijały i mijały, dzicko rosło i rosło, a tatuś miał pięćdziesiąt lat.
I dzisiaj cyk! Mam ojca o sześć lat starszego.
Miało nie być imprezy, bo on nie chce. Do dzisiaj.
Kiedy weszłam z Miśką, pachniało sałatką i pieczoną karkówką.
- Dlaczego nie odbierasz telefonu? Tarabanię do Ciebie od trzeciej. - Zganiła mnie matka.
- Ładuje się w domu, a stało się coś? - Zapytałam zdzierając dziecku czapkę z głowy.
- Tato chciał, żebyś go gdzieś zawiozła, ale wyszedł niedawno, może sobie już znalazł kierowcę. - Odpowiedziała. Nabrała na drewnianą łyżkę sałatkę i wepchnęła mi ją do gęby. - Może być?
- Może. - Zamieszałam językiem. - Bardzo może.
Wszedł tato.
- O, jesteś, to chodź, pojedziemy do kasomatu i do takiego jednego na chwilkę. - Był w szampańskim humorze. Miśka nawet niespecjalnie oponowała, że wychodzę bez niej, złapała drewnianą łyżkę i mieszała babci sałatkę.
W aucie tato szepnął mi do ucha, jakby w obawie, że na tylym siedzeniu rozsiedli się kosmici.
- Do kasomatu nie jedziemy, zarobiłem se na lewo, ale nie mów matce - i wcisnął mi pięć dych w rękę.
- A tutaj masz jeszcze na wódkę, kup mi na jutrzejszą imprezę, tanio, dobrą i sześć flach.
Załatwiliśmy sprawę, wróciliśmy pod dom, tatuś jeszcze wskoczył do cukierni, bo tam zimna wódka. Poza tym nie podróby, jak u "tejkurwyKryśki", buehehehe.
Wszedł do domu, banan nie schodził mu z miski.
- Kochanie, daj dwa kieliszki. - Zwrócił się do matki.
- Dwa? Dlaczego, a kto będzie z Tobą pił? - Zapytała lekko najeżona.
- Maniek. I schowaj sałatkę, bo pachnie. Daj nam gulaszu. - Poprawił włosy zaczesując już odrośniętą grzywkę.
- A dlaczego Maniek tu przyjdzie? - Zapytała.
- A co, wczoraj nie zaprosili mnie na połówkę? - Bronił się tatuś.
- A ty nie odstawiłeś krowy? - Wzięła się pod boki matka.
I teraz uwaga. Odpowiedź mojego ojca powaliła mnie na cyce. Kalkulacja była wstrząsająca.
- No bo ich jest dwoje!

Tatusiu, wszystkiego najlepszego. Potrafisz być solą w oku, ale i świetnym chłopem.

sobota, 21 marca 2009

Ze trzysta mysli minionego weekendu



Jakiż przesympatyczny dzień, aż żal, że się kończy. Słońce, te sprawy, porządki domowe bez pośpiechu, rosół, Miśka na podwórku z dziećmi. A tydzień był zaganiany, bardzo zaganiany. Dopiero teraz trochę odpoczywam. Wczoraj umęczona emocjami zasnęłam o godzinie 20.30...Jak mops.
Załatwiłam sprawę ściągania zaległych i bieżących alimentów. Zgłosiłam się do programu unijnego o dotację na otworzenie własnej działalności. Długo z dieslem debatowaliśmy nad nazwą firmy, w końcu Sze załatwiła sprawę krótko i genialnie i nazwa już jest.
Byłam u adwokata podpisać pełnomocnictwa i wpłacić kasę na walkę z byłym pracodawcą. Tego samego papugę wybrała moja kierownica. Kasę oczywiście musiałam pożyczyć, zwrócę gdy mi skarbówka odda, jak co roku. Mareczku, thanks:)
Do tego, żeby mi nie było za dobrze, Miśka przywlokła z przedszkola wirusa ze srankiem i gorączką. Lekarz, diagnoza, wirus pani - pani rozumie, smecta, acidolac, suchary, gorzka herbata, na co dziecko popukało się w czoło i stwierdziło, że woli nic nie pić, jak to.
- No to pij wodę. - Zasugerowałam.
- Nie lubię wody! Daj mi sok, albo cukru.- Zamaszyście założyła ręce na piersiach z przytupem. Do diaska, gdzie się podziały czasy Grecji, kiedy piła wodę litrami? Z kranu! Tutaj z kranu się nie nadaje, ale na mineralną nawet prychnąć nie chce. Moja wina, zła matka, zła piastunka.
- Dobra, masz cukier, ale jedna łyżeczka, to jeden dzień więcej rozwolnienia. - Zła matka, zła piastunka.
- No i dobrze, nie pójdę do przedszkola. - Cwana córka. Kupiłam jej coca colę, raz na czas jakiś nic się zębom nie stanie, a na sraczkę pomaga.
Wczoraj siostra wróciła ze szpitala z nową córką. Stara córka ma dziewięć lat. Obie są z 16 marca. To dopiero jest traf, co? Około 10 marca rechotałam, że pewnie tak będzie i jest. 3200 wagi, a "brzydka"...Tfu, tfu, paskudna.
Imię - Nikola.
Po jednej z rozmów z Sze na temat imion, przeszłam się po przedszkolnej szatni i zapisałam:
Nikoli - sztuk 5 ( u Miśki w grupie 3), Wiktorie je wyprzedzają - 6, Julie są 4, imię Olimpia odnotowałam 3 razy, jak i Zuzia. Marysia jest jedna, jedna Ewa, Dagmara, Olga, Nina, Kaludia, Klara (po miśkowemu Krala), Helena (bo Pepo chodzi z Miśką do przedszkola). Ani jednej Ani, Kasi, Beatki, Renatki, Eli, jak to za moich czasów było. Za to Pawłów jest trzech, Krzysiów trzech, reszta to Kacpry, Nikodemy, Patryki, Szymony. Któreś, i to fajne imię chłopięce mi umknęło, nie zapisałam.
My za to mamy nowego kota - Serafinę Lukrecję. Maciej wrócił do Kasi. Smutek po nim został zwłaszcza w sercu Miśki, bo Serafina drapie i gryzie. Jest typową babą, to ona przychodzi po pieszczoty, jakieś nasze spontaniczne objawy czułości, won. I za to ją lubię najbardziej z mojego czterokrotnego posiadania kota. "Nie chcę, nie podoba mi się, zostaw mnie" - jak najbardziej rozumiem. Mijo jest jej najlepszym kumplem, wręcz go szuka, gdy on znika na dłużej, by poszlajać się po dzielnicy. Łazi po domu, miauczy. Jak wierna żona czeka przy drzwiach. Gdy Mijo drapie, żeby go wpuścić, biegnie i wygina kark, łapą trzaska go po pysku, zębami wgryza się w pachnącą wiatrem szyję. Mijo ciągnie ją do kuchni, tarzają się i tarzają i tylko słychać w naszym domu... Wrrr, haumiau, uau, papapa!
- Miśka, twój pies wrócił, nasyp mu karmy i nalej wody... - Mówię.
- Och, ludzie, przecież to szału można dostać z tymi zwierzakami! - To tylko takie dorosłe wzdychanie, lubi być ważna.
Rozpycha się z miskami, przesadnie trzepocze torbą z pokarmem, przesadza z dawką i pyta:
- Mamusiu, tyle?
- Za duzo, to już powinnaś wiedzieć. - Mówię.
- Ale, ale wczoraj zeżarł wszystko i nic nie było, to ja nie wiem, jak bardzo jest głodny.
- Fakt!

niedziela, 15 marca 2009

Dyscyplinarka

I stało się. Nadejszla wiekopomna... W piątek wręczyłam dyscyplinarkę mojemu pracodawcy. Ktoś zapytał, czy to jest możliwe. Tak, to jest możliwe, art 55 par. 1[1] K.P. za ciężkie naruszenie przez pracodawcę praw pracownika...

Obawiałam się, że nie zgodzi się z tą formą rozwiązania umowy o pracę. Miał takie prawo, uznać sprawę za moją fanabierię i mnie olać. Dlatego zabrałam ze sobą dwóch świadków. W przypadku jego odmowy podpisania, sporządziłabym notatkę pod dokumentem, że zrobiłam wszystko, by zapoznać mojego pracodawcę z treścią wypowiedzenia, świadkowie złożyliby podpisy, sekretarka wpisała w ksiegę korespondencji i to by było wszystko. Jest lepiej. Podpisał moje zarzuty...własnoręcznie.

Przestrach panował w firmie, cisza absolutna, nawet radioodbiorników nie było "czuć". Czekali w skupieniu, bo dzień wcześniej zapowiedziałam się prezesowi, że będę, by zerwać łańcuszek. Mamy nowego prezesa, stary złożył rezygnację po tym, jak po chorobie nie mial z kim pracować, bo zniknęli Oni, oraz postawa derehtora była dla niego nie do przyjęcia...

Weszłam do pokoju nr 5, zauważyłam zmiany, nowe meble. Położyłam torebkę na plastikowe krzesło i poprosiłam młodą, gustownie, acz skąpo odzianą i zbyt mocno umalowaną młodą dziewczynę, o zaanonsowanie mnie u derehtora. Podczas jej nieobecności uzupełniłam moje podpisy pod dokumentami.
- Pan dyrektor prosi do pokoju nr 7 - powiedziała wróciwszy.
Pewnym krokiem poszliśmy tam wszyscy. Pierwszym świadkiem była moja matka, która nie jest ze mną w żaden prawny sposób spokrewniona, drugą Grześ, mój były współpracownik, który jako pierwszy oznajmił: "Ja z tym chujem pracował nie będę, bo nie da rady."
Wszedłszy do pomieszczenia jako pierwsza, kładąc torebkę na wyściełane czerwonym materiałem krzesło rzekłam:
- Dzień dobry, to jest Halina K. i Grzegorz N....
Derehtor, jakby nie słysząc moich słów zwrócił się do tego, co zobaczył ponad moja głową, a to była wielka postać Grzesia - dwa metry wzrostu. Matka w ogóle gdzieś zniknęła między nami...
- A państwo, to co? - Zapytał.
- To są moi świadkowie - ucięłam, ale widząc po minie, że zamierza polemizować dodałam, bezczelnie patrząc mu w oczy, - mam to tego prawo.

Nasze wejście już wyprowadziło go z równowagi. Już tak bardzo się wkurwił, że nie zdołał zapanować nad tak banalną sytuacją. Podpisał i zgodził się z dokumentem, który zarzucał firmie mocno obciążające ją rzeczy. Jego poczucie własnej wartości i fakt, że ma przed sobą mnie,
a przede mną nie wolno pokazać słabości i niekompetencji doprowadziły, że złożył podpis i...chuj.
A tak się przygotowywali na ten mój przyjazd... Wiem to od współpracowników.
Gdyby mój pracodawca chociaż trochę myślał, nie podpisałby tego. Argumentując, że tutaj żadnego mobbingu nie było i on się nie zgadza z taką formą wypowiedzenia... Temat jest naprawdę długi i do negocjacji. Myślę automatycznie jako pracodwca, bo fakt istnienia bulwersującego mobbingu z firmie istniał. Myślę, że nawet nie doczytał. Zresztą po co, przecież
i tak się na tym nie zna.

Moja zamienniczka ma obecnie funkcję zawodową specjalisty ds kadr... W koncu wysłali ją na szkolenie do M., koordynatora ds. personalnych, kobiety o tych samych kwalifikacjach zawodowych, co ja. Wróciła z fochem, że M. ją obśmiała, bo niczego nie wie, ale co tam M.... Znów wskoczy derehrotowi pod biurko. W końcu zarabia tyle netto, co ja brutto.
...A ja już na spokojnie uśmiechnę sie do 88-letniej kobiety z Gdańska, bardzo mądrej kobiety i przytoczę jej słowa:
Zemsta to danie, które podaje się na zimno...

sobota, 7 marca 2009

dieta kopenhaska
Czas na mnie i to najwyższy. Zabieram się za siebie, będę zrzucać kilogramy. Dość wstydu latem, dość obżerania się i topienia smutku w lodówce. Dosyć! Miśce podoba się Marta Żmuda Trzebiatowska - Jaka ładna pani, chciałabym u niej mieszkać. "Jaci dam mieszkać!"
- Ale ona nie lubi dzieci i pewnie je bije. - Pierdolnęłam z nieukrywaną zazdrością.
Przedziwna poleciła mi dietę kopenhaską. Ona, Wiesia i Marlena mocno na niej schudły, to ja też wytrzymam te 13 dni ostrych wyrzeczeń. Dla mnie grunt, to się uprzeć, wtedy mogę naprawdę wiele. I się uparłam, że po urodzinach jadę z koksem.
Tatuś po ostrej balandze weselnej w sobotę i poprawinach w niedzielę obejrzał nagranie i skwitował, że wygląda jak ojciec chrzestny i on się będzie ze mną odchudzał, bo we dwoje, to zawsze raźniej i motywacja jest większa.
- Najlepiej, jak się na te trzynaście dni do nas wprowadzisz. - Uśmiechnął się dziś do mnie.
- A komu nie ufasz, mi, czy sobie? - Zapytałam.
- Sobie, bo matka tu pewnie będzie pichciła i wiesz... - Mrugnął.
- Pichciła? W końcu odpocznę od tych garów! - Wypaliła matka.
- Dobra, to od poniedziałku zaczynamy. Jutro przyniosę ci rozpiskę na każdy dzień, żebyś wbił sobie do głowy te bolesne fakty, ale damy radę. - Uradowana sięgnęłam po kurtkę.
- Już się nie mogę doczekać. - Powiedział tatuś. Ciekawe, co powie jutro, jak zobaczy jadłospis.
Mnie najbardziej przeraża jogurt naturalny. Kurwa, jak ja nienawidzę jogurtu naturalnego.
W ogóle nie jestem nabiałowa, ale nie ma zmiłuj, sukcesem tej diety jest zastosowanie się do niej od A do Z.
Przecież musi się udać. athina 2009-02-04 18:35:55skomentuj (12)
urodziny za cztery dychy


Stara prawda mówi, że nie planowane imprezy są najlepsze.
W minioną sobotę skończyłam trzydzieści siedem lat. Ja pierdolę, wcale się na tyle nie czuję.
Ostatnimi laty zaprzestałam robienia jubileuszowych imprez. Huczne były dwudzieste dziewiąte, a potem był spokój z flaszką wina we dwoje. Ten drugi, to niekoniecznie był facet, czasem koleżanka, albo maks, dwie koleżanki, jak w Grecji, albo rok temu przedziwna i Wiesia.
Na sobotę zapowiedziała się u mnie kierownica. Miałyśmy napisać pewne pisma, związane z późniejszym procesem z Impelem. Jak dobrze, że rodzice ciągle coś dają do zamrażalnika, bo miałam totalne zero kasy.
Rozmrożę karkówkę, są ziemniaki, jest sałatka grzybowa, ogórki, kapusta pekińska. O, może wreszcie bym tę kaczkę upiekła. Spoko loko, z głodu nie zdechniemy.
W piątek odebrałam Miśkę z przedszkola, słońce się do nas uśmiechało, napierdalając mi prosto w oczy. Okularów przeciwsłonecznych mam trzy pary, ale w domu. Zawsze, kurwa, mam je w domu, bo przecież blondynka nie może jednej pary zostawić w samochodowym schowku, bo po chuj?
Miśka wesoło pląsała po chałupie, ogień w kaflaku strzelał, a ja wiedziona którymś tam zmysłem, zabrałam się za mycie okien. Kocham myć te wdzięczne plastiki i mogłabym je pucować nawet co tydzień, gdyby mi się chciało.
Już miałam zabierać się za kafelki w kuchni, kiedy przyszła kuzynka. Ona tylko na chwilkę, kilka bajek dla Arturka pożyczyć, nastawiła wodę na kawę i rozsiadłyśmy się przy kuchennym stole.
Łypałam niespokojnie na kafelki, ale za chwilę dałam sobie z nimi spokój, odkładając w myślach tę robotę na jutrzejszy poranek.
Zadzwoniła przedziwna z pytaniem, jakie mam plany na dziś, na teraz. Ano żadnych. To ona za pół godziny będzie i zabiera mnie z Miśką na małą, urodzinową popijawę do Wiesi. Miśka uwielbia tam jeździć, szaleć z Platonem na stu pięćdziesięciu metrach, potem padać z wyczerpania w salonie, przy jakimś dziecięcym programie w pudle. Pudło się potem wyłącza i można już chlać na całego.
Do trzeciej nad ranem obrabiałyśmy dupy lekarzom, klerowi i politykom. Tak się złożyło, że kilku legnickich lekarzy zalazło nam ostatnio za skórę. Kler i politycy robią to permanentnie.
Potem zaciągnęłam swoje zwłoki na spoczynek, po drodze wstępując po śpiącą królewnę.
Rano obudziło mnie szeptane do ucha, mamo jeść. Mechanizm w mózgu włączył automatycznego pilota. Zrobiłam dziecku śniadanie, zbiegłam z Platonem do ogródka, wróciłam i ogladając z Miśką bajki, czekałam na kolejne oznaki życia w domu.
Kiedy panienki wstały, zadzwoniłam do taty pytając, czy mógłby mnie zawieźć do domu.
Tatuś zaniemówił, bo ja go nigdy o to nie proszę, zawsze jestem mobilna i przecież ostatnio wlał mi dychę.
- To ty już nie masz paliwa? - Do głowy by mu przecież nie przyszło, że dziecko zabaniaczyło gdzieś poza domem i szlajało się przez całą noc. Informacja, że chlałam u Wiesi zupełnie go uspokoiła i on na mnie czeka. Moi rodzice mieszkają za rogiem.
Zadzwoniła kierownica, że będzie około szesnastej. A ja taka rozczochrana. Wiesia wcisnęła mi dwie dychy, żebym chleba nakupiła i coś do niego. Dała paczkę fajek, bo to nawiększy wydatek. Tatuś złapał mnie w sklepie "U Krystyny", dał dwie dychy na urodziny, bo więcej nie miał. Kupiłam za to na sałatkę, mielone oraz uzupełniłam rarytasy dla Miśki.
I wtedy zadzwoniła Góralka.
- Athi, Maciek nazbierał kasę na paliwo, odwiedzimy cię dzisiaj. Za godzinę wyjeżdżamy. - Dolne jedynki z wrażenia na chwilę zderzyły się z górnymi, zachłysnęłam się dymem z papierosa na prędce wypalanym przed ojca samochodem. - My weźmiemy ze sobą żarcie i spanie, ty się o nic nie martw. - Dodała Góralka.
Cisnęłam fajkę do rynsztoka, - łomatko, tato, szybko, goście do mnie jadą z Bielska Białej.
Wpadłam do domu, rzuciłam się ze szmatą na podłogi, przerwałam to, pobiegłam do kuchni wstawić warzywa do gotowania na sałatkę. Wstawiłam, wróciłam do szmaty, przerwałam, pobiegłam wypakowywać resztę zakupów z siatek. Padnij, podłoga. Powstań, nakarm psa. Padnij podłoga, powstań, idź się wyjszczać. Padnij, powstań, włącz bajkę dziecku, niech nogi zadrze. Padnij... Zapukała kierownica. Wcisnęła mi gerbera w donicy, wycmokała, padła, domyła podłogę. W półprzysiadze spaliła fajkę, a ja zarobiłam mięcho na kotlety. Wpadła Malwyna uśmiechnięta jak przebiśnieg.
- Wyskakuj z kasy, bo nie mamy na flaszkę. - Zaatakowała ją kierownica, po powitalnych uściskach. - We wtorek ci oddam.
- E, nie trzeba, to na urodziny. - Uśmiechnęła się Malwina.
Około dwudziestej przyjechała Góralka z Maćkiem i Wojtkiem. Obie oszalałyśmy, że nasze dzieci już takie duże. Chłopcy postawni, ładni i na wydaniu, a Miśka zawstydzona schowała się w swoim łóżku. Po dwóch godzinach wylazła, przykleiła się do Maćka i tak już zostało.
Trajkotaliśmy prawie wszyscy, bo bez dziecka, do niemal czwartej. Oni wszyscy sprawili, że tegoroczne urodziny były najpiękniejsze. A rano znów obudził mnie szept, mamo jeść.
Włączył się automatyczny pilot...
A dietę zaczynam jutro, wraz z wypłatą... Idę się jeszcze nawpierdalać. Tatuś wymiękli, nie jedzą tylko kolacji. athina 2009-02-09 22:43:01skomentuj (8)
Głoduję + Update

Jest godzina 9.40, trzy godziny temu wypiłam kubek kawy z jedną kostką cukru. Wypaliłam papierocha. Nie pamiętam już kiedy na czczo paliłam i piłam kawę. Ponad dziesięć lat temu.
Z niecierpliwością czekam na lunch, cyca kurskiego i 150 gram sałaty z olejem i cytryną. Przy wciskaniu cytryny musze uważać, by nie wpadła mi pestka, bo połknięcie jej byłoby przestępstwem. Nie wspomnę już o odrobinie miąższu.
Na kolację, przed 18.00 zjem 100 gram szynki i popchnę ją 2/3 szklanki jogurtu naturalnego.
Celem nabycia rzeczonej szynki, udałam się dziś rano do mięsnego.
- 100 gram, nie więcej. - Oznajmiłam pani.
Kobieta rzuciła kawał szyny na maszynę do plasterkowania, uch, najchętniej wydarłabym ci, kobieto to mięcho i zjadła tu, na miejscu!
- Może być 90 gram? Bo jak dokroję plaster, to będzie więcej. - Odwróciła się do mnie.
- Proszę pani, ja za jeden gram mogłabym zabić! Niech będzie więcej, przekroję plaster na pół. - Popatrzyła na mnie podejrzliwie. Nie chciało mi się tłumaczyć, dlaczego ta różnica jest dla mnie taka ważna.
Muszę uciekać zaraz z domu. Przed komputerem wypalam masę fajek. Dziś rano na ekranie zamiast Gadu Gadu, widziałam Głodu Głodu!
Wieczory są koszmarniejsze od poranków. Patrzę na moje dziecko wsuwające i ciągle jeszcze łapię się na tym, że zeżarłabym po niej resztki. Ba! Chociaż miskę bym se wylizała.
Zgubny, matczyny nawyk.
Ale nie zamierzam zrezygnować, o, nie! Dotrzymam do końca i mam nadzieję, że waga się do mnie uśmiechnie. UpdateGodzina 6.20 dnia 13 lutego Roku Pańskiego 2009, wchodzę na wagę i mam 4 (słownie cztery) KILO mniej. Kryste, zaraz mi z zachwytu serce z piersi wyskoczy! athina 2009-02-12 10:00:28skomentuj (5)
Pepo na weekendzie


Wraz z przyjazdem do Polski, Pepo przywiozła ze sobą greckie klimaty. Powróciły wspomnienia z tamtego okresu. Któregoś wieczoru przejrzałam archiwum, łza się w oku zakręciła, a jakże.
Jeszcze niedawno panienki były takie, bredziły coś pod nosami. Całe ich istotki można było zamknąć w jednym objęciu ramion. Jedno się nie zmieniło, wrzask. Poziom decybeli wydobywających się z tych pięknych mordek nie uległ zmianie... Wcale.
Przyjaźń przetrwała. Dzieci rzuciły się sobie w ramiona, złapały za rączki i pomaszerowały do Miśki pokoju.
- Ty będziesz spała na dole, popatrz jakie mam duże łóżko. - Pochwaliła się moja.
Poszły w ruch zabawki, wszystkie. Co było na półkach, znalazło się na podłodze. Jakby ten akt, który przyprawił mnie o drgawki, miał być inauguracją euforii, że znów się spotkały.
Pepo przeplata polski z greckim, a czasem używa tylko greckiego.
- To moro prepi nafai, jati ponai (dziecko musi zjeść, bo jest głodne). - Powiedziała biorąc lalkę.
- Ja nie rozumiem, co ty gadasz. - Odwróciła się od niej Miśka.
Czasem interweniuję, bo dziewczyny tak samo się czubią, jak lubią. Kłótnia o kawałek kolorowego papieru była słodka. Są zazdrosne. Muszę mocno uważać, by pieszczoty rozdzielać po równo.
Lubię na nie patrzeć. Widzieć, jak urosły, słyszeć jak mówią, śpiewają, podglądać jak tańczą i śpią. Tę ostatnią czynność robią najładniej i najciszej.
Szkodniki po latach. To nie Miśka jest taka maleńka, tylko Pepo taka duża. (zdjęcie powiękasza się po kliknięciu na nie)
Przy tym też jest w miarę cicho.
- Mamusiu, a czy Pepo może jeszcze dzisiaj u nas spać? - Zapytało moje dziecko dziś rano.
- Nie, kochanie, dziś już musi wrócić do domu. - Odpowiedziałam.
- Proszę...
- Niedługo znów się spotkacie. - Rzekłam spokojnie. Niech mamusia naładuje baterie. athina 2009-02-15 10:46:55skomentuj (8)
Ósmy dzień.


Kończy się ósmy dzień diety. Po wczorajszym nicniejedzeniu na kolację, dwa jajka na twardo z gotowanym szpinakiem na obiad, zapchały mnie po szyję. Rano waga pokazała minus sześć i pół kilo, a mi ciągle mao i mao!
Gdzieś w głowie otworzyła mi się klepka, że bardzo chcę, a zamknęła ta, że pierdolę.
Moje utycie w ciągu pięciu lat jest wynikiem szeregu plag egipskich, jakie na mnie spadły, a jedynym przyjacielem była lodówka. No, nie tylko, bo i wychylić se lubię, a jak.
Na kacyku najlepiej posadzić mnie przy stole po komunii, albo weselu. Japa mi się nie zamyka. A ponieważ nigdy na kaca nie biorę fajki do gęby, to tym bardziej! Słodkiego mi się wtedy chce, jakichś śmieci typu hamburger, pita, knysza, mięcha i sama nie wiem, czego jeszcze mi się chce. Wszystkiego.
Moje życie w Niemczech wyglądało bardzo sterylnie w porównaniu do tego, po wyjeździe. Liczyłam kalorie, spać kładłam się zawsze głodna i nigdy nie łączyłam węglowodanów z białkiem. Efektem były 52 kilogramy wagi, w porywach do 56, a rozmiar ciuchów 34-36.
Teraz wystarczy mi 38-40 i bedę happy.
Przecież wszystko można, jeśli się tylko tego chce.
Ostatnio Pepo z Miśką bardzo mnie rozbawiły. Moje dziecko przyszło do mnie do kuchni z na wpół zjedzonym jajkiem na twardo i poprosiło, żebym zjadła żółtko.
- Nie mogę nic jeść, słonko. - Oznajmiłam. Pobiegła do pokoju i zaaferowana rzekła do Pepo:
- Moja mama nic nie je.
- O, to nie urośnie, prawda? - Szczerze zmartwiła się Pepo.
W związku z dietą, nie mogę nawet próbować potraw, przygotowywanych dziecku. Miśka czuje się teraz gospodynią i bardzo ważną personą, bo wszystko od niej zależy.
Wczoraj ugotowałam jej pomidorową na golonkach z dzika. Żal mi było tych golonek, bo ona ostatnio żadnego mięsa nie jada, gdyż "się miętoli". Znaczy, żuje jej się za długo, dlatego ratuję ją rybami. Nawet kotlet mielony się miętoli i nie przekonam jej za chiny, że nie, no bo jak?
Wpadłam zatem na szatański pomysł, by jednak te golonki zjadła. Ugotowałam kilka ziemniaków, oddzieliłam mięso od kości, wyciągnęłam maszynkę do mielenia i dziecko mieliło. Do miazgi dodałam cebulę pokrojoną w kostkę, szczypior, nać pietruchy, marchewkę, starłam dwa zęby czosnku, wrzuciłam jajo, trochę mąki i Miśka zagniatała. Omal nie pękła z dumy tworząc kulki, obtaczając w bułce i podając mi je do smażenia. Jadła! A jakie pyszne było!
- Dzielna jestem, mamusiu? - Zapytała po kulinarnych wyczynach.
- Najdzielniejsza i najzdolniejsza.
- Nikt tak nie umie, prawda?
- Prawda.
Miśka gospodyni. athina 2009-02-18 22:50:24skomentuj (7)
Gdzie ja miałam oczy?


Telefon od Kasi zaskoczył mnie w sklepie "U Krystyny", płaciłam właśnie za szynkę babuni i porcję rosołową. Chciałam jeszcze coś kupić, ale w danym momencie wyparowało mi z głowy, co to miało być. Kasia bowiem miała smutny głos, telefon urywał wyrazy, zdołałam jedynie zrozumieć, że chce do mnie przyjechać. O drugiej może być.
Nie miałam wątpliwości, że coś złego właśnie się wydarzyło, bo z utratą ciąży już jakoś się uporała.
Pospiesznie załatwiłam najpilniejsze sprawy, które i tak zajęły mi czas do niemal drugiej, w tym ugotowanie obiadu dla dziadka.
Z wywieszonym jęzorem wpadłam do domu, zaścieliłam łóżka, wygrzebałam popiół z popielnika i... Weszła Kasia.
Smutna i zgarbiona. W milczeniu zdjęła kurtkę, westchnęła, wyjęła z torebki pół litra, postawiła na meblach kuchennych...
- Ty, ale ja nie będę piła. - Oznajmiłam szybko.
- To ja bedę piła! - Odparowała. - U ciebie ta świnia nie będzie mnie szukała. Rozstaję się z nim.
- Coś poważnego, czy rozstajecie się przez rozlane mleko do czasu zgody w łóżku? - Zapytałam podając jej kieliszek i szklankę.
- A weź! Gadasz o rozlanym mleku, a dobrze wiesz, że to świnia jest. Polej mi! Nie dość, że mam pić sama, to jeszcze sobie polewać? - Odpaliła papierosa.
- I co? Nagle wstałaś rano i cię olśniło? - Zapytałam nieco zniecierpliwiona odkręcając butelkę.
- Coś w tym rodzaju. Byliśmy na dyskotece. Jedyny raz przez osiem lat zabrał mnie na dyskotekę, w ogóle gdziekolwiek wyszliśmy, bo ta świnia tylko leży z pilotem w ręce. Poszłam tańczyć i usłyszałam, że tylko mi kurestwo w głowie. Rozumiesz? Ja, która jak suka przy jego nodze? - Wypiła do dna. Potrzepało nią. - Jezu, dawno nie piłam!
- Ale to chyba nie wszystko? - Byłam coraz ciekawsza. Nigdy nie lubiłam tego faceta. Za skrajne nieróbstwo, życie kosztem Kasi, jej dzieci i mojej babci. Wielokrotnie zastanawiałam się, kiedy ta baba otworzy oczy.
- Od lata zaczął zarabiać na dachach. Mój osobisty tato nauczył go tego zawodu, mój tato! Polej! I myślisz, że dawał mi na życie? Nie, bo on na samochód zbiera! A jak ostatnio powiedziałam mu, żeby dał na rachunek za prąd, to zapytał, gdzie są moje pieniądze! - Wypiła do dna.
Wieść o tym, jak żyje Kasia ze swoim trutniem już dawno obiegła rodzinę, ale zasada jest stara jak świat. Nie wtrącamy się. Mój tato raz powiedział do babci, że jedno jej słowo, a zrobi porządek. Ale babcia tego słowa nie powiedziała. Babcia, kobieta starej daty wychodzi z założenia, że dobrze, iż córka ma chłopa w domu. To nic, że Kasia lata ze śrubokrętami, młotkiem, kurwa, klejem, a on leży. Ważne, że jest.
- Cóż mam ci powiedzieć? Cieszę się, że zmądrzałaś, ale wydaje mi się, że nie sama. Poznałaś kogoś? - Zapytałam bez ogródek.
Lekko się zmieszała, nalała sobie sama.
- Tak. jest ktoś. Klient naszego sklepu. Nic między nami nie było, ale ujął mnie swoim spokojnym usposobieniem, ułożeniem pod kopułą. Wiesz, to nie jakiś tam oszołom żyjący z dnia na dzień. Nie chleje, pracuje...
Kryste, to kim jeszcze musi być ten jej obecny, skoro wymienione zalety tego nowego zdołały zawładnąć sercem Kasi? Nie wiem, bywam tam rzadko, bo patrzeć na niego nie mogę.
Rozpaliłam w piecu, a moja ciocia ciągnęła monolog, który zakończyła międzynarodowymi, babskimi słowami: "Gdzie ja, kurwa, miałam oczy?"
- Dzieci pojechały na weekend do ojca. Mogę u ciebie spać? - Zapytała Kasia, już lekko wstawiona.
- A babcia? Zostawisz ją tam z nim samą? Nie możesz uciekać, załatw to wszystko jak należy. - Powiedziałam spokojnie. - Chodź, zabierzemy Miśkę z przedszkola i zawiozę cię na ring. - Dodałam.
Między innymi dlatego postanowiłam, że żadnych stałych związków mieć nie będę. Miśka co prawda jest spragniona męskiego towarzystwa, ale ma spokój w domu i mamę tylko dla siebie. Zresztą, żaden facet by z nami nie wytrzymał, bo tylko spróbowałby chociaż podnieśc głos na moje dziecko... To musiałby być chodzący anioł, a takich nie ma. athina 2009-02-21 10:14:16skomentuj (10)
Niedziela


Dieta, dietą, ale ponad tydzień życia bez oddawania stolca, powoli zaczyna mnie martwić.
W kichach cisza, nie ma żadnych ruchów, a waga stanęła w miejscu.
Dziś postanowiłam zrobić z tym porządek, ale na nic. Ani dwa czopki, ani lewatywa nie pomogły. Czyżby organizm trwożnie zatrzymywał wszystkie datki na kruche czasy?
Co to będzie, jak przyjdzie na mnie czas? Poród, kurwa?
Ja pierdolę, już sie boję na samą myśl o tej chwili. Zaparcia boleśnie przeszłam po porodzie i pamiętam je dokładniej, niż niejednego kaca.
Może dochtór Du będzie miał dla mnie jakąś radę?
Pomocy, bo przez to i dobry nastrój prysł. Zastąpiło go zgrzytanie zębami i paniczny strach przed normalnym, codziennym załatwieniem potrzeb.
Poza tym niedziela upłynęła roboczo. Zrobiłyśmy z Miśką makaron do rosołu. Pierwszy raz się tego podjęłam, sięgając do pamięci, kiedy to matka sama go produkowała. Wyszedł jak należy, ale mniej zółty, bo na jednym jajku.
Miałam solidną sprzeczkę z Miśką o bałagan w jej pokoju. Niestety, kiedy wydaję polecenie sprzątnięcia bajzlu, moje dziecko najczęściej, w tym właśnie momencie ma palącą potrzebę edukacji. Maluje, rysuje, udaje, że czyta. Najnowszym wykrętem jest nauka Mija rysowania.
Jutro rano idziemy do lekarza. Córuś ma zaczerwienione gardło i stan podgorączkowy. Mam dosyć zimy, a przede wszystkim tych nagłych zmian temperatur. Normalnie rzygam już tym.
Wracając do stolca, to jeszcze, jak zresztą codziennie, pokładam nadzieję w jutrzejszej, porannej kawie. Poza tym jutro jest ostatni dzień diety kopenhaskiej.
Bym zapomniała, macie już króliczka wielkanocnego? Bo my mamy! athina 2009-02-22 21:53:52skomentuj (11)
Poniedziałkowe smutki i radości.


Rano u Miśki zdiagnozowałam anginę, co potwierdziła pani doktor. Zgarbiłam się i poprosiłam o jakiś tani zestaw leków. Z tych groszy, które obecnie otrzymuję, nie jestem w stanie odłożyć na czarną godzinę, choćbym się zesrała. Muszę ponowić ogłoszenie o korepetycjach. Właśnie, jeszcze dzisiaj ponowię. Na razie od marca mam jednego ucznia, na półtora godziny tygodniowo.
Pani doktor sięgnęła do szuflady, wyjęła antybiotyk Taclar i acidolac w saszetkach reklamowych. Wręczyła mi leki bezpłatnie. Serce skoczyło do gardła, aż nie wiedziałam, co powiedzieć.
Pojechałyśmy do rodziców po 40 zł na znaczki sądowe. Tyle kosztuje ponowne wydanie rygoru natychmiastowej wykonalności i nikogo nie interesuje, że się nie ma, bo tatuś olał partycypowanie w kosztach utrzymania swojego dziecka.
Od razu zauważyłam, że ojciec jest zdenerwowany.
- Stało się coś? - Zapytałam ostrożnie.
- A, kurwa, Gibon wczoraj zmarł. Długu nie oddał i 200 złotych poszło się jebać. - Rozłożył ręce.
- Przecież on był w moim wieku. - Nie ukrywałam zaskoczenia.
- A co, ty masz piętnaście lat? Chlał, nic nie żarł, to umarł. - Wyłączył kipiącą wodę i zalał kawę. - A właśnie, dobrze, że jesteś. Zobacz no na ten list z banku, bo coś mi się te potrącenia nie podobają. - Wręczył kopertę z żółtym logo.
- Dwa razy masz tu potrącenie za operacje w styczniu. - Powiedziałam studiując wydruk.
- Za jakie, kurwa, operacje? Na otwartym sercu? Przecież ja tylko raz wypłacałem u nich rentę i już! - Nerwowo zamieszał w kubku.
- Nie wiem, skąd mogę? Musisz iść wyjaśnić. - Podsumowałam składając dokument.
Ledwo zdążyłam rozebrać Miśkę, wróciła mama z zakupów. Przejęła piastowanie dziecka, a ja pobiegłam do sądu. Po drodze rozmyślałam o Gibonie i wspominałam czasy naszych zabaw w chowanego. Miał długie, krzywe nogi i biegał najszybciej z nas wszystkich. W złości nazywałam go gorylem, chowałam się w domu, a on ryczał: - Tylko wyjdziesz, to masz wpierdol! Klął jak szewc. I tak nigdy od niego nie dostałam. Gdy szedł do mnie zamaszystym krokiem z pianą na pysku, kucałam, składałam ręce i wrzeszczałam; - Przepraszam, przepraszam!
Gdy wróciłam, mama też miała dla mnie coś do przeczytania.
- Takim maczkiem napisali na tej mgiełce, że za cholerę nie rozszyfruję. Od Wiesiołka to dostałam.- Wyniosła z łazienki krągłą flaszeczkę.
- Mgiełka, to do ciała... - Sięgnęłam po butelkę.
- No, ja sobie twarz pryskałam, ale syf mi wyskoczył.
Podeszłam do okna, rzuciłam okiem na maczek...
- Doskonale odświeża fryzurę...Hahaha!
Wróciłyśmy do domu, gdzie Mijo z tęsknoty nieźle nawywijał. Nie ruszymy się stąd przez najbliższych kilka dni... athina 2009-02-23 18:00:24skomentuj (4)
Pierogi LEGNICKIE!


Po co obiecywałam dziecku pierogi? No, po co? Po to, żebym pierdoliła się teraz z tą mąką, kapustą, grzybami. I nie ma, że boli, trzeba stać i lepić.
Oczywiście fakt, że Miśka jest pierwszą mączniarą Rzeczpospolitej, bardzo mnie cieszy. Zwłaszcza, gdy kończy się budżet domowy.
Przy okazji mowy o pierogach, przypomniał mi się wywiad z Wojciechem Mannen w Muzycznym Radiu, jaki usłyszałam kiedyś, jadąc do pracy autobusem.
Mann wspominał, jak jeszcze podczas komuny gościł w Legnicy z okazji jakiejś imprezy. Nie pamietam, czy był to Satyrykon, czy Legnica Cantat. W każdym razie wybrał się na obiad do restauracji Polonia. Już miał chwytać za menu, gdy zobaczył, że przy stoliku obok facet je ruskie pierogi. Nadmienić muszę, że Legnica ówczas nazywana była Małą Moskwą, a dobre stosunki między mieszkańcami obu państw były fikcją.
Mann zdecydował się zamówić to samo, co konsumował sąsiad.
- Poproszę ruskie pierogi. - Zwrócił się do kelnerki.
- Nie ma u nas ruskich pierogów. - Odpowiedziała chłodno.
Zdezorientowany spojrzał na sąsiada, na nią i wskazując palcem zapytał,
- A co je ten pan?
- To są pierogi LEGNICKIE! - Wycedziła kelnerka, kładąc odpowiednio duży nacisk na słowo - legnickie.
Ryczymy z tego z Szeherezadą, ilekroć mowa jest o pierogach! Buahahaha! athina 2009-02-25 13:25:12skomentuj (7)


Zima
Przez ostatnich kilka dni moje dziecko co rano zrywało się z łóżka, leciało do okna i sprawdzało, czy jeszcze leżą te okruchy śniegu. Takie tam białe placki pomiędzy trawami.
Dzisiaj bladym świtem obudził mnie Mijo, bo ostatnio znów sporządniał i nie robi w przedpokoju. W Sylwestra nalał na moich oczach, ale to ze strachu, tak dudniło.
Otworzyłam drzwi i zamarłam. Żadna tam pierzynka, tylko zaspy! Normalnie wszystko tonie w śniegu.
Miśka przebudzona moją krzątaniną wdrapała się na fotel i krzyknęła:
- Mamo, szał pał, ile śniegu! Jeszcze tyle nie widziałam! - I kij ze śniadaniem, myciem się, ubieraj ją, bo ona idzie na podwórko. Poszła po jedenastej, wytrzymała pół godziny, bo zimno w rączki i buzię.
Po trzynastej zadzwonił szwagier.
- No weź przyjedź, dzieciarnia już czeka z sankami. Nie musisz nawet z auta wysiadać, przypnę ci kulig i powozisz ich po ulicach, (dzielnica willowa, brak ruchu).
Trzy przecznice do przejechania, a czasowo, jak bym pół miasta objechała. Dwójki nawet nie wrzucałam. Już aż śmiesznie jest brzdękać, że drogowców zima zaskoczyła.
Kulig był jak ta lala, co chwilę jakieś dziecko dopinało sanki, a rodzice dyndali z twarzami przyklejonymi do szyb machając do swoich pociech. Miśka na sankach zrobiła jedno kółko i przesiadła się do auta, bo tu, jak stwierdziła, cieplej. Tak, instynkt samozachowawczy moja pociecha ma na miejscu.
Wysiadając pod domem fuknęła, że za dużo tego śniegu i to wcale nie jest takie fajne.
A Mijo położył się na swoim posłaniu i długo wyrywał z sierści śnieżne kule. Reszta się roztopiła.
Mi też się to wszystko wcale nie podoba. Minus piętnaście i zjebany zamek w grubych, nowych, pięknych kozakach. Musiałam but owinąć taśmą klejącą, a przy odrywaniu spazmy mną targały, że klej został na skórze, a w jednym miejscu to skóra została nawet na taśmie. Już po butach, już tylko ta taśma i zero wypadów w gości. Ja chcę lata! Przecież ja nigdy nie lubiłam zimy, to co jest? athina 2009-01-05 20:07:50skomentuj (10)

Krzyżówka nocą


Obudziłam się kilka dni temu około trzeciej w nocy i za diabła nie mogłam zasnąć. W telewizji głupi ludzie rozwiązywali głupią krzyżówkę, a raczej wydawali w chuj kasy na trafienie wolnej linii, by wymienić zwierzę na literę PE i wygrać pięćdziesiąt zeta. Zachodzę, skąd w ludzich tyle bezmyślności?
Pilot leżał za daleko, bym mogła zmienić kanał, więc gapiłam się na tę ambitną cipę i jej zwierzyniec na PE. Jeden pan miał szczęście, bo przedarł się przez całą rzeszę palantów uparcie wykręcających numer.
- Pajan... - Wybełkotał, widać bardzo nabzdryngolony, bądź wyrwany ze snu człowiek.
- Nie dosłyszałam - cipa wdzięcznie uśmiechnęła się do kamery.
- Pawian! - Ryknął facet i dostał za to pięćdziesiąt złociszy.
Cipa jęła ponaglać telewidzów, bo czas się kończy...
- O, mamy następne połączenie - pokazała uzębienie.
- Chuj ci w dupę - bezpłciowo rzekł męski głos, jakby odpowiedź była celna.
Pani ze stoickim spokojem, ale bez uśmiechu odpowiedziała, - nie, to nie to zwierzę.
Ryknęłam w poduszkę, żeby nie obudzić dziecka. Jaki fajny koleś zadzwonił. Pięćdziesiątaka co prawda nie wygrał, ale w takim krótkim zdaniu wyraził swoje żywe zainteresowanie programem oraz cipą. Może też cierpi na depresję i ma tylko trzy programy.
Z drugiej strony zastanowiłam się, co ja bym na jej miejscu zrobiła? Już raz podziwiałam Pieńkowską za doczytanie do końca informacji z muchą na twarzy i to bez mrugnięcia okiem.
- Już cię widzę w tej akcji, - wyrechotała kuzynka. - Tobie chuj w dupę, palancie jebany, świnio! Nagle kamera upada, operator siłą wyciąga cię z wizji, a ty uparcie przeciągasz go. Widać tylko czoło i jedno oko, chuju! - Zachłysnęła się własnym śmiechem i zakaszlała.
Czyżby kuzynka wątpiła w mój profesjonalizm? Na szczęście w życiu nie podjęłabym się takiej dennej roboty. athina 2009-01-09 15:20:29skomentuj (9)

szczęśliwego z ruchomorkiem i przyjaciółmi

Sympatyczna i beztroska sobota zakończyła się bolesnym zderzeniem ze złośliwością rzeczy martwych. Otóż zepsuła mi się pralka. Wrzuciłam szmaty, nasypałam prochu, zamknęłam klapę, złapałam za programator, który zrobił brzdęęęk i jął bezwładnie okręcać się wokół własnej osi. Zamiast dostać wkurwa, poczułam żal i bezsilność. Dlaczego ten, kto ma, ma więcej, a ten, kto nie ma, otrzymuje właśnie takie kwiatuszki? Trudno, trzeba będzie jeździć z praniem do rodziców. Przecież się nie powieszę. Może proboszcz mnie przeklął, bo nie przyjęłam go po kolędzie. Jeśli tak, to niech się jego klątwa trzy razy w gówno obróci.
Niedziela zleciała mi na snuciu się między kuchnią, a kanapą. Obejrzałam z Miśką połowę jej bajek, po raz któryś tam z kolei. Uwielbiam "Rybkę Nemo" i "Epokę lodowcową". W ogóle nie śledziłam akcji WOŚP, nie wyszłam do miasta, nie wrzuciłam złotówki do puszki i nie dostałam serduszka. No nie, i też się przecież nie powieszę, ale zachowałam się jak świnia, wiem.
Włoska służba zdrowia wydała na ratowanie Miśki około stu tysięcy euro, a ja nie ruszyłam dupska, by pójść na spacer do miasta i wrzucić do puszki parę złotych dla dzieciaków.
Nie mogę w tym roku zaniedbać odpisu jednego procenta od podatku na oddział neonatalogiczny Szpitala Wojewódzkiego w Legnicy. Jest jednym z najlepszych w kraju i ratują nawet półkilowe wcześniaczki.
Dzisiaj zaczął się nowy tydzień... Jakże sympatycznie, z jakimi żyłami na szyi i pluciem na przednią szybę samochodu.
O ósmej zadzwoniłam do przedszkola, że Miśka nie będzie na śniadaniu, że przyjedzie około jedenastej. Musiałam najpierw gnać do banku po pieniądze na opłacenie tego dziecięcego raju, inaczej patrzą na człowieka, jak na gada. W sumie wcale się nie dziwię, ale czasem naprawdę wyskoczy coś...
Auto nie ruszane przez niedzielę kaszlało i za ciula nie chciało odpalić. Pierwszy raz mi się to zdarzyło, że ręce opadły. Szyby zamrożone od wewnątrz też, to ta wczorajsza, cholerna mgła.
Odpaliłam, wyskrobałam i jeszcze przed bankiem należało podpompować przednie, lewe koło. Coś się musi dziać z wentylem, a zresztą, chuj tam z czym. Powietrze schodzi i już. Zaspy w mieście nadal się utrzymują i zima nie zamierza spuścić z tonu. Na kapciu po śniegu jeździ się łatwiej, ale na feldze już nie, dlatego trza było nadmuchać. Stacji, które znam w moim mieście jest siedem. Nie, osiem, ale ta jedna, malutka nie ma kompresora. Zaczęłam od brzegu, Ciekawe, czy naprawili kompresor pomyślałam, bo przez cały poprzedni tydzień jeździłam tam na próżno. Nie naprawili, ale zaraz za nią jest żółta... Cała zamknięta, szlaban i stop i pewnie ludzie krzątający się po sklepie ubawili sie po pachy widząc wściekłą, gestykulującą babę za kierownicą. Musiałam uderzyć w zupełnie przeciwną stronę miasta. Na dzielnię, gdzie jest zielona. Ten ich kompresor zepsuł sie już przed świętami, więc miałam nadzieję, że do dziś awaria z palcem w nosie została usunięta. A skąd! Dwaj panowie zmieniający koło w niebieskim nissanie znacząco pokręcili głowami. Nie zdzierżyłam. Wtargnęłam do sklepu i naiwnie zapytałam o kompresor, bo nie dmucha. Zepsuty. Tylko na to czekałam.
- W ramach czego się tak traktuje klientów? W ramach kryzysu gospodarczego? Czy może dostaw gazu z Rosji? Jak długo może być zepsuty kompresor, co?! - Nie czekając na odpowiedź wskoczyłam do auta i pojechałam dalej, w strony mojej babci. Stacja czerwona. Ale tam nigdy nie dmuchałam. Zaparkowałam pod sklepem i pytam, gdzie kompresor, bo znaków nie ma. Nieczynny. - To jest skandal, by tyle czasu kompresor był popsuty. Kliencie masz zatankować i won! - Wrzasnęłam, choć nawet nie wiem, jak długo u nich maszyna nie działa. Nie muszę dodawać, że nie czekałam na odpowiedź.
Zrezygnowana pojechałam do banku, żeby Miśka zdążyła na obiad w przedszkolu. Na deptaku, obok banku wskoczyłam do salonu ery po wydruk faktury. Już drugi miesiąc nie mam jej w skrzynce i po drodze wstępuje po kopię.
Wchodzę, ściany mienią się nowymi modelami oraz ulotkami o ich dobrach, tylko weź. Kolejka jak w taniej jatce, stanowisk pracy obsługi cztery, pracują trzy. Po sklepie z wywalonym brzuszyskiem, podkrążonymi oczami, ale w garniturze i rękami w spodniach spaceruje staruch. Raz po raz spogląda personelowi przez ramiona, a atmosfera jest sztuczna. Staksowałam kolejkę, same długie rozmowy zobaczyłam. Podeszłam do starucha i mówię, że chciałabym jedynie wydrukować fakturę. Popatrzył na mnie tymi przekrwionymi gałami i odprawił do kolejki. Nie dałam się i pytam, gdzie w innym salonie mogę to załatwić, bo tutaj organizacja jest beznadziejna. Tylko tutaj. Tak? To może zajmie pan miejsce przy czwartym stanowisku, bo mam prawo sie spieszyć, jak i inni. Wiecie co pan zrobił? Wywalił oczy ku sufitowi i oddalił się na zaplecze. No kurwa Impel! Nawet z wyglądu przypominał tych trutni! I tu! I właśnie w takim momencie mój ojciec by mu nie popuścił! Ja trzasnęłam drzwiami i poszłam do banku. Po pokonaniu drzwi prowadzących do przedsionka, gdzie znajduje się bankomat, w drugich zderzyłam się z panem w czerni oraz kasku. Będzie czynne za dwadzieścia minut. I chuj. I do tego bankomat chwilowo nieczynny, za co przepraszamy. I chuj i tylko położyć się i mieć atak epilepsji!
Wyszłam skołowana, cicha, bo różne uczucia mną targały, ale nie miałam pomysłu na to, które uzewnętrznić. Zapragnęłam zapalić papierosa, ale nie miałam ognia! Zdobyłam go. Przeanalizowałam czas, zerknęłam na oponę. Nie było tak źle. Wróciłam do ery, staruch na mój widok znów spierdolił. Do stanowiska zaprosił łysy i zapytał o numer telefonu. To jest internet, wyszczerzyłam ząbki w uśmiechu. Pan również dodając, że karta i tak ma swój numer. Wredne to było, toteż pokazałam kiełki pytając, czy pan jest tu nowy, bo o numer karty internetowej pyta się laik. A jak po nazwisku nie znajdzie, to niech poprosi kierownika. Nosz kurwa, tylko fanatyk informatyczny zna numer swojej karty internetowej. Poza tym tam się chodzi po to, by bez problemów wydrukowano na podstawie dowodu, wiec o co cho? Wydrukował. Życzył miłego dnia.
Zawiozłam Miśkę do przedszkola. Na piekarach nadmuchałam koło. Napaliłam w piecu. Ugotowałam szybką, ulubiną zupę Miśki, pomidorówkę. Odebrałam dziecko, przyjechałyśmy do domu póżno, po osiemnastej.
Usiadłam przed komputerem, a po wieczorynce Misia jęła wtracać się między mnie, a komputer.
- Nudzisz się? Włączyć ci jakąś bajkę?- Zapytałam.
- Tak, ale ja ci powiem którą. - Odpowiedziała i po chwili akrobacji na meblach zakomunikowała, że ma.
- O, Żwirek i Muchomorek, - wzięłam w ręce kartonik.
- Tak, wierek i ruchomorek - powtórzyła po mnie Miśka.
I to była moja naweselsza chwila od soboty. Jeszcze rzeżączka wywołana alergią na pora ze spisu chorób weRnerycznych powaliła mnie na cyce, ale o tym przeczytacie u Sze.
I jeszcze coś, korzystając z okazji tak długiej notki.
W grudniu strzeliło mi pięć lat z Wami. Wiecie, że gdyby nie Sze, nie byłoby mnie tutaj? Ona mi ten blog założyła, jeszcze jak byłam we Włszech. To był wówczas świetny prezent na moją nową drogę istnienia... Istnienia z Miśką. Dzięki Sze poznałam Was wszystkich i serdecznie chciałabym Wam podziękować za to, że ze mną jesteście w tych wesołych i trudnych chwilach. Sze, serdeczne dzięki...Szczególnie za te trudne chwile.Szczęśliwego Nowego Roku. Leute;) athina 2009-01-12 22:37:37skomentuj (9)

Jasełka

Dwa dni przed prapremierą Jasełek w przedszkolu, ciocia Przedziwna przywiozła reklamówkę nowych ciuchów dla małej księżniczki. Furorę zrobiły "kręcące się" spódniczki, różowe lakierki i kapcie-pieski. Strojenie takiej małej modelki, to sama przyjemność.
Na jasełkowe przedstawienie pani Marzenka dała mi kwestię dla Miśki do wykucia na pamięć. "Ona wiedzie do dzieciątka, które kocha dzieci." Było to jeszcze przed świętami. W pierwszym tygodniu stycznia zgłosiłam absencję dziecka. Głównie przez te mrozy. Po powrocie, w tym tygodniu Misia poskarżyła mi się, że jej kwestię recytuje Jula Ślem. Kurwa, potraktowały moje dziecko tak, jakby miało główną rolę i do tego nie znało tekstu.
- Nie martw się, kochanie, powiesz swoją kwestię. - Rzekłam kładąc nacisk na słowo "powiesz".
Rankiem, w dniu prapremiery podeszłam do Marzenki i zapytałam, czy moje dziecko przedstawi to, czego się nauczyło.
- Nie, ale będzie chodziła ze sztucznym ogniem. Bo jej długo nie było. - Usłyszałam.
- Tydzień to długo? Poza tym od poniedziałku spokojnie można było wprowadzić ją w przedstawienie. No i dziecku jest teraz bardzo przykro. - Po ostatnich słowach nic nie musiałam dodawać.
- To powie, pani Dorotko, powie, - Marzenka wydawała się być zmieszaną.
Moim zdaniem czwartkowy występ dla rodziców wypadł lepiej, niż piątkowy dla babć i dziadków, podczas którego maluchy były mniej skoncentrowane na swoich rolach. Miśka nieustannie przyglądała się aniołom, jej dwóm koleżankom, ubranym w długie białe suknie ze skrzydłami na plecach. Może myślała to, co ja, że jeden anioł do wczoraj był nieobecny, a nikt mu roli nie odebrał. Nie wspomnę, że suflerki podpowiadały mu w pocie czoła. Zaś na samym początku przedstawienia do widzów przemówiła dziewczynka chyba dwoma zdaniami, ale jej poważna wada wymowy nie pozwoliła mi na zrozumienie ani jednego słowa. Moja matka i Przedziwna też nie zrozumiały. Za to Miśka swoją kwestię wypowiedziała głośno i wyraźnie.
To wszystko moja wina. Gdybym latała do pań z kawkami i ciasteczkami, moje dziecko byłby jednym z aniołów, którym szczerze zazdrościło, bo to jej dwie najlepsiejsze przyjaciółki, a tak? Było ubrane tylko w przepiękną różową spódniczkę z szyfonową halką, białą bluzeczkę, rajstopy i różowe lakierki. Miało na sobie naprawdę impomujący strój galowy. Ale to nie była poszarzała ze starości i za wielka kieca ze skrzydłami.
Tak, bo lansowanie swoich dzieci i wystawianie ich na piedestały bez względu na talent, rodzice zaczynają już w przedszkolach. W podstawówkach takie dzieci mają lepsze oceny, bo starzy liżą dupska nauczycielom. Mają główne role w przedstawieniach i rozwijają w sobie tę samą wadę, wazeliniarstwo.
Ja i Przedziwna pochodzimy z domów, gdzie nasi rodzice nigdy tego nie robili, dostałaś pałę, bo nie umiałaś i już, i wyrosłyśmy na ludzi. Mamy własne zdania, jesteśmy asertywne, ale i dostrzegamy cudzą krzywdę.
Dlatego nie będę lizała, ale też nie pozwolę mojego dziecka krzywdzić. Pani Marzenka doskonale zrozumiała moje słowa, bo po prapremierze powiedziała:
- Dobrze, że pani sie upomniała, bo tak jakoś to wyszło... - Na pewno pomyślała o tym drugim aniele, którego nazajutrz miałam zobaczyć w głównej roli. Jej szczęście, że Miśka recytowała. athina 2009-01-18 13:35:26skomentuj (4)
Krótko

Wyrwana z głębokiej, dziecięcej zadumy związanej z moim ewentualnym zejściem z tego łez padołu, Misia zaskoczyła mnie ostatnio słowami:- Mamusiu, jak ty umarniesz, to już mi nic nie kupisz...Aaaaaa! athina 2009-01-21 00:25:57skomentuj (3)
O Balladzie i o Zakaczawiu

Przy okazji któregoś tam lenistwa, włączyłam sobie "Balladę o Zakaczawiu". Znów się uśmiałam i łzę uroniłam, ale zachwyt przedstawieniem był nieco mniejszy niż przed laty. Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego ten Ruski był taki mały. Róży pod pachę wchodził. Też się podkochiwałam w Ruskich z sąsiedztwa, ale to byli ładni i duzi chłopcy, a nie jakieś konusy. No, ale reżyser zapewne chciał tym przekonać widza, że ta miłość była bardzo głęboka. Taka, w której wzrost nie ma znaczenia. I nie tylko wzrost, oczywiście. Gienka nie moge przeżyć też, bo to był wysoki facet o szczupłych biodrach i szerokich barach, takich napakowanych siłownią. Miał pociągłą, krzywą twarz i wielki nos, zgięty, jak u czarownicy. Gienek na pewno nie był niższy od Mańka, no.
Temat przedstawienia poruszyłam kilka dni później, u Wiesi na kawie.
- Wiesz, ja nie jestem zauroczona Balladą. Pamiętam czas pisania scenariusza, oni tu nawet u mnie byli, Kopka i Bulanda, żebym opowiedziała im kilka anegdot związanych z Zakaczawiem. Jako policjantka jeździłam tam na różne zdarzenia i miałam kilka wesołych wspomnień, ale żadnego nie wykorzystali. - Powiedziała Wiesia, wywołując zaciekawienie na mojej twarzy.
- Na przykład taka sytuacja. Dyżurny woła mnie na dół, bym przyjęła zgłoszenie o popełnieniu przestępstwa. Schodzę, widzę kobietę i dwóch mężczyzn. Gadają jeden przez drugiego. Uciszam ich, jednocześnie im się przyglądając. Kobieta, Mariolka siedzi na krześle, ubrana w krótką spódnicę, na nogach ma pełno blizn. Jeden z facetów, to niski przygłup, drugi wysoki, ma na imię Rysiek. Przygłup zgłasza gwałt popełniony przez Ryśka na Mariolce. Rysiek wściekły tłumaczy, że żadnego gwałtu nie było, to był norrrmalny stosunek! Z tej całej paplaniny klecę wersję wydarzeń. Rysiek, który na krótko przed zdarzeniem wyszedł z pudła, szedł rano ulicami Zakaczawia z flaszką pod pazuchą i bez specjalnego pomysłu na to, z kim by tę flachę obalić. Przechodząc koło bramy, przypomniałem sobie, że tu mieszka Mariolka i mi stanął... To co miałem zrobić? Wszedłem na górę. W tym czasie przygłup szykował się do pracy, zapakował kanapki i musiał zostawić towarzystwo z wódką. Po kilku głębszych Rysiek z Mariolką wylądowali w łóżku, a przygłup wrócił pod jakimś pretekstem i zastał bzykanie. No to Mariolka zaczęła krzyczeć, że to jest gwałt, dlatego przygłup zbiegł do budki i wezwał policję. Ale to nie był żaden gwałt, pani sierżant! Rysiek, jak na takiego, miał przy sobie bardzo dużo pieniędzy, to pytam go, skąd je ma? A, opierdoliłem takiego jednego, a teraz szukajcie kogo, bo to do was należy.
- O Zakaczawiu można by serial nakręcić. - Westchnęłam.
- Albo to, - podjęła Wiesia, - przy jednej z ulic mieszkał inwalida, nie miał obu nóg. Jego mieszkanie bezpośrednio sąsiadowało ze sklepem. Kilkakrotnie przychodziła do niego brygada, stawiali wódkę, spijali go do nieprzytomności, a potem brali kilof, rozwalali ścianę i szli po łup.
- Naprawdę zdarzyło się to parokrotnie? - Zapytałam rozbawiona.
- Naprawdę. - Zaśmiała się Wiesia.
- A w dzień pogrzebu Gienka, to było 13 grudnia, zostałam wezwana na Ukrainę, wiesz, tam koło Kariny. Weszłam z kolegą, zobaczyłam kobietę, strasznie czerwoną na twarzy. Ale ma, kurde, nadciśnienie, pomyślałam, bo jeszcze nie skojarzyłam, że to kac. Kobieta trzymała na rękach dziecko, czarne jak smoła. Jakaś sąsiadka właśnie przyszła z ciuszkami, ponieważ kobieta utrzymywała, że wczoraj to dziecko znalazła porzucone. Zaraz odrzuciłam myśl, że to jest cygańskie niemowle, bo Cyganie przecież nie porzucają dzieci. Pomyślałam, że może rumuńskie. Zaczęłam przesłuchiwać kobietę czując, że coś kręci. Utrzymywała, że na Zakaczawiu znalazła, na skwerku obok kibla, ale nic mi sie to kupy nie trzymało. Niespecjalnie chciała powiedzieć, dlaczego wczoraj tego nie zgłosiła, jakby nie przemyślała sobie odpowiedzi na takie pytanie. Musiałam zabrać ją na oględziny tego miejsca, no i wcześniej wezwać odpowiednie służby, by zabrały niemowlę. Następnego dnia miałam w pracy nalot Cyganów. Darli się na mnie, że dziecko zabrane. Okazało się, że młoda Cyganka zostawiła swoje maleństwo pod opieką tej kobiety i ruszyła z Cyganami na pogrzeb Gienka, który odbył się poza Legnicą. Natomiast wspomniana pani w ogóle tego nie pamiętała, bo taka była naprana.
Ech, nie bez powodów Zakaczawie nazywano Dzielnicą Cudów. Miałam wtedy naście lat i mieszkaliśmy tuż przed mostem. Instynkt podpowiadał mi, że za mostem nie mam czego szukać. Zresztą, gdybym poznała towarzystwo "zza granicy", tatuś szybko by je rozgonił. Za to poznałam przedziwną i awcholerę, toteż moje losy potoczyły się w zupełnie innych dzielnicach naszego pięknego miasta.
A Zakaczawie dzisiaj? Szara, brudna i nudna część miasta. Pijaków się widzi, rocznik pięćdziesiąty, bo młode giganty wyjechały na Wyspy. athina 2009-01-22 19:53:34skomentuj (7)
Medytacja
Przekraczając próg kuzynki domu, usłyszałam jej głos dobiegający z dziadka pokoju.
- Ile razy mam cię nakrywać? Po co w ogóle wstajesz co chwilę? Masz coś do załatwienia?
Weszłam na piętro.
- Co jest? - Zapytałam.
Kuzynka wzięła głęboki oddech.
- Ja się psychicznie wykończę. Nakrywam go, wychodzę, on wstaje, idzie do kuchni i prosi, żebym go nakryła. Tylko mocno mnie nakryj! Co, mam stół na nim położyć, żeby było mocno?! - Ryknęła zdenerwowana nie na żarty.
- Tylko blatem do dołu, żeby mu nogi od stołu dziur w plecach nie porobiły. - Powiedziałam.
Uśmiechnęła się, ale o poprawie nastroju nie było mowy. Dzień wcześniej były baby z MOPSu i pizgały jej nad uchem, że dziadek nie jest ogolony (bo się nie daje), posikuje, a pampersa nie chce nałożyć. No, ze wszystkim jest oporny, niecierpliwy i w ogóle niedobry. Kuzynka przestaje dawać sobie radę, dlatego zaczęła proces ubiegania się o dom starców dla niego. Nie ma żartów, ostatnio wyszła do sklepu, a dziadek nastawił wodę na herbatę. Kiedy wróciła, czajnik był spalony.
- Zrób sobie kawę, ja idę doprowadzić jego pokój do stanu sterylności, bo jutro ta jebana piguła przychodzi, co zagląda po kątach i mi dupę obrabia. - Wycedziła przez zęby.
Weszłam do pokoju dziadka, dżizas, buty porozwalane, makaron na podłodze.
- A co się tu wyrabia? - Zapytałam.
- Jak to co? On ciągle wywala buty z szafki i ogląda, na dół nie pozwala ich znieść, bo ukradną. Trepy z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku, no i w domu sami złodzieje przecież są, nie?
- A to żarcie na podłodze? - Wskazałam na makaron.
- Kota karmi, bo myśli, że on jarosz, kurwa! - Mimowolnie się uśmiechnęła.
Następnego dnia rano miała przyjść pielęgniarka z Caritasu, by pobrać dziadkowi krew i mocz. Co dwa tygodnie przyjeżdżają, w piątki około ósmej. Kuzynka najbardziej nie lubi takiej rudej, bo jest wyjątkowo wredna i wyolbrzymia. Poza tym te kobiety nie biorą pod uwagę, że starszy człowiek może naprawdę być oporny i nie chcieć współpracować.
- Śpij dzisiaj u mnie, przy tobie czuję sie jakoś raźniej. - Poprosiła.
- O, tak, tak, mamusiu, będziemy spać u Arturka? - Miśka klasnęła w rączki.
- Dobra, ale jak będą ryki i piski, to jedziemy do domu, bo dziadek jest chory. - Zaszantażowałam dziecko.
Wieczorem w kuchennym zaciszu kuzynka wylała wiadro łez, że już nie ma sił, że to wszystko ją przerasta i jeszcze te oszczerstwa, napadanie na nią...
- O której to babsko jutro będzie? - Zapytałam zwężając oczy w szparki.
- Zawsze jest po ósmej. - Odpowiedziała. - Przed ósmą otwieram jej na dole, żeby nie tarabaniła w dzwonek.
- Ręczę ci, że jutro nawet nie pomyśli, aby zaglądać w kąty!
Następnego ranka sprowadziłyśmy dzieci na dół, do Kariny. Na środku salonu, (a schody prowadzą prosto do niego) ustawiłyśmy świeczki w kółko, zasłoniłyśmy zasłony, zapaliłyśmy kadzidła, zrobiłyśmy z ręczników turbany na głowy oraz przywdziałyśmy kwieciste, tureckie i wielkie, bo po babci szlafroki w kimono. Zobaczywszy podjeżdżający samochód służb Caritasu, szybko usiadłyśmy po turecku przy kole świeczkowym na przeciw siebie, zamknęłyśmy oczy i jęłyśmy wydawać z siebie charakterystyczne dla medytujących dźwięki hhhaaaammm, hhaamm.
U szczytu schodów babsko przystanęło, jakby zderzyło się ze ścianą. Uchyliłam jedną powiekę.
- Czuję zgniłą energię, należy szybko oczyścić aurę, HHHAAAAMMMM! - Uniosłam ręce i głowę do góry.
- HHAAAMMMM! - Zawtórowała kuzynka.
Po czym zaczęłyśmy machać rękami, jakbyśmy chciały poderwać się do lotu, a baba z trójki ruszyła do dziadka pokoju, zamykając za sobą drzwi. Pobierała mu krew i słyszałyśmy, jak go dwa razy ucisza, bo przecież umierała z ciekawości, co my tam jeszcze pierdolimy.
A my zmieniłyśmy repertuar na Hattooorrr, Aaajuhaaa i co nam tam do głowy jeszcze wlazło.
Wiała bardzo szybko, bałyśmy się, że się potknie na schodach, sucz posrana. Na do widzenia oznajmiłam tylko gromkim głosem.
- Zgniła energia wyraźnie się oddala!
I chuj. I niech siedzą i pierdolą. Nikt nikomu w tym kraju nie zabroni medytować, o! athina 2009-01-31 12:15:36skomentuj (5)


Spazmatyk
Moja mama jest niespotykanie spokojnym człowiekiem. Na głowę można jej wleźć, nic nie powie. Wkurwa ma raz w roku, w Wigilię i to zawsze za sprawą ojca, bo on tego dnia aż paruje ze złości. Ma przecież w chuj obowiązków, aż powyciągać ozdoby z pawlacza i ubrać choinkę. Wtedy zaczyna się meksyk. Ta jebana drabina się chwieje, ten pierdolony stojak się nie chce skręcić, w ryj niedojebane lampki są poplątane, prostututka choinka stoi krzywo. Dobrze, że szopka jest w całości, wystarczy wyjąć z worka, bo aż strach myśleć jakim epitetem by ją obrzucił. Rzuca wszystko, warcząc pełznie do kuchni i plącze się matce między garami. Wtedy jej reakcja, i to każdego roku jest taka sama:
- Dobra, zostaw, kurwa tę choinkę, ja ją sama ubiorę!
I tu ojciec czuje się dotknięty.
- A dlaczego ty masz ubierać? Ja ci się do garów wtrącam?!
Wraca i dopóki lampki nie zawisną na drzewie, bluzgom nie ma końca. On jest po prostu cholernie niecierpliwym facetem.
A już jak czegoś nie może znaleźć, to lepiej od razu spierdolić z domu, dla własnego spokoju. Iść po chleb, fajki, nie wiem, spinacze do bielizny, bo ostentacyjne wyjście też go obrazi.
Dzisiaj rano pojechałam do nich po karpia, przyniesionego przez znajomego wędkarza.
- Gdzie ojciec? - Zapytałam jak pies pasterski widząc niepełną chatę.
- Poszedł odebrać dług, zaraz powinien być. - Odpowiedziała mama i odruchowo zerknęła w lustro, by obejrzeć postęp gojenia się strupów po kuracji usuwania kaszaków ciekłym azotem. - Coś czarno to widzę, że to w ogóle zejdzie, - wycedziła posępnie.
- Tydzień jeszcze nie minął. Dużo ich. - Przyjrzałam się jej kolejny raz.
- Bo ona mi dodatkowo piling tym azotem zrobiła. - Pogładziła policzek.
- No, dobrze, że ci liftingu nie pierdolnęła. - Burknęłam. Na te słowa weszła Jaga, mamy koleżanka. Pyskata franca, ale szalenie ją lubię.
- Dobrze ci! Stara rura, kosmetyczek się jej zachciewa, patrzcie ją! Cześć wam! - Zmierzyła mnie od stóp do głów. - A ty co masz za buty?
- No co? Adidasy. - Spojrzałam na moje stopy.
- Jak to są adidasy, tumanie jebany, to ja jestem myszka miki! Co, do fitnes klubu idziesz?
- Ty, ciotka, czep się swoich odrostów, wyglądasz jak garkotłuk! - Odparowałam ze śmiechem.
- Bo ja jestem garkotłuk, a ty masz chodzić jak elegancka kobietka. - Odwróciła się do matki,
- to co, jedziemy?
- Czekaj, zaraz Wiesiek przyjdzie.
- Ten jak się wypuści... O, idzie i już coś bluzga.
Skrzypneły otwierane drzwi.
- Stój! Chodź tu! No chodź do pana, pfff, Gufi. To chuj ci w dupę! - Jamnik rodziców jak jaszczurka wymyka sie między nogami i wioooo na dwór. - Frajera nie ma w domu, a tak obiecywał, że dzisiaj na pewno odda. Teraz żeby zdychał, to mu nie pożyczę więcej. Jedziemy?
- Czekaj, ryby przyprawię - mama jęła wyjmować przyprawy.
- To jeszcze nie skończyłaś?! - Zesztywniała, spojrzała na niego ze złowieszczymi ognikami w oczach, już chciała zastosować ciętą ripostę, ale Jaga była szybsza.
- Bo jak się umawiacie, to powinnaś już w kurtce stać i czekac w przedpokoju, co nie, Wiesiu? Ojciec chwytając za klamkę odparował, - nie wkurwiaj mnie i ty. Czekam w samochodzie! - Po czym trzasnął drzwiami.
Wykrzywiłam usta w drwiącym uśmiechu wytykając ciotkę palcem.
- Ten to ma zajoba, hihihi - Jaga wstała z krzesła. - Później przyprawisz, chodź, bo spazmatyk bedzie tam pomścił aż wszystkie szyby w aucie zaparują.
- Żebyście wiedziały, jak on mi działa na nerwy! - Matka spokojnie włożyła karpie do lodówki.
- Wiemy, wiemy, chodź. - Nerwówka udzieliła się i mnie.
- A pies? Muszę go jeszcze złapać i do domu przynieść! - Była coraz bardziej wściekła.
Trza było ratować sytuację.
- Mamo, ja go wezmę do siebie i jutro wam podrzucę, idźcie już!
Potem opowiedziałam o tym Karinie.
- Wiesz co, jemu trzeba jakieś psychotropy podsypywać do jedzenia. - Wysyczała siostra.
E, nie, jak tak można komuś bez jego wiedzy...Chociaż?...E, nie... athina 2008-12-02 14:52:33skomentuj (10)

Czysto mikołajkowy dzień i noc...


Nic nie planowałam na piątek, oprócz zawiezienia siostry z rańca do jej firmy po odbiór mikołajkowej paczki dla dziecka. Zamierzałam wrócić do siebie i leżeć do góry kołami, aż do popołudnia. Ale zadzwoniła przedziwna, że kawa podana, deser, te sprawy. No to pojechałam. Dziewczynki humory miały szampańskie, toteż kawa przeciągnęła się do momentu gnania po Miśkę silnikiem rzężącym ostatkiem sił. Nawiasem, przedziwna strzeliła taki deser na gruszkowo, że byłam przemile zaskoczona. Lekkie to było oraz orzeźwiające. Niemieckie południe, kawa plus cukierolandia. Nawet podczas wieloletniego żywotu w Szkoplandii nie dałam się namówić na takie orgie. Nie wspomnę Włoch i Grecji.
Nieco wcześniej piesy nasze, Mijo i Platon spotkały się po dwóch miesiącach przerwy. Platon dorodny, wieloletni juz samiec, stary dziewic. Mijo dopiero wkraczający w dorosłość, od niedawna zaczął podnosić łapę celem ojszczywania krzewów, słupów, tudzież moich kół samochodowych.
Nikogo raczej nie zdziwiła reakcja obu samców, Mija leżącego natychmiast na plecach, poddającego się z przerażeniem (ochrona szczenięca poszła w zapomnienie) i Platona dominującego na swoim terenie, że aż o próby bzykanka się ocierało. Jednak minęły dwie godziny, a Platon absolutnie nie popuszczał, ba! nabrał wyraźnej chęci przelecenia Mija w kakałko z celownikiem na dobre. Moja psina odwarkiwała, czasem agresywnie. Przedziwna wielokrotnie chwytała za smycz, by przywołać Platona do porządku, ale nie na długo to pomagało. Mijo krył się pod moimi kolanami, a Palton zipał nad nimi, hojnie śliniąc mi spodnie. Jednogłośnie zatem stwierdziłyśmy, że mój pies musi mieć o jeden hormon żeński za dużo, co niebawem potwierdziło się w czynach, gdyż Mijo począł szczuć Platona. Wybiegał spod moich kolan, robił rundę paradną po salonie, wprawiając swojego oprawcę w euforię; ślinotok, wytrzeszcz oczu, trzaskanie ogonem szklanek na stole i łażenie przy jego łapie. Przedziwna znów chwytała za smycz, a Mijo wracał pod kolana.
- Mijo, przestań zachowywać się jak dziwka Aleksandra Wielkiego! - Ryknęłam ze śmiechem. Ostatni raz udało nam się przywołać swoje samce do nogi i porządku. Za chwilę obaj się wymknęli... - Mijo! - Krzyknęłam raczej już odruchowo, ale olał mnie totalnie...- To chuj ci w dupę! - Rechotałyśmy dobrą minutę, a z przedpokoju, gdzie skryli sie panowie załatwiający ustronnie swoje sprawy, dobiegał nas odgłos platonowego ogona uderzającego o panele...
- Dobrze pukasz, Platon - wychichrała przedziwna.
Miśka po raz pierwszy nie była obiektem zazdrości Platona. Nie kradł jej zabawek, kolorowanek, butów. Totalnie ją olał, za to Mijo robił coraz większą furorę, jako obiekt miłosnego już pożądania. Się Goldi wziął był i pedalsko zakochał. Planowy, wieczorny spacer zakończył na olaniu futryny drzwi klatkowych i zrobieniu zwrotu w tył. Zaparł się Goldi jak osioł, że on nie ma potrzeby wypróżnienia kakałka, bo i po co? Ma, ale to palącą potrzebę opróżnienia jaj!
Zawinęłam dziecko, ku jej uciesze, bo ciocia przedziwna spieszyła sie już na spotkanie z Mikołajem. Tym razem Misia pokazała, co znaczy podniecenie czyste jak łza.
- Mikołaj powie wszystko, czy byłam grzeczna? - Szepnęła mi na ucho, gdy schylając się zapinałam zamek przy jej kurtce.
- No - Odszepnęłam. Wyraźnie się zmieszała.
Później w samochodzie zagadnęła jeszcze nieśmiało, czy Mikołaj niegrzecznym dzieciom nic nie przynosi...
- Zawsze coś przynosi, bo bardzo kocha dzieci, ale dla tych grzecznych ma więcej prezentów. - Chytrze zwęziłam oczodoły w szparki. "Iiiiiiihihihi, dziś starzy są górą. Dziś jestem konfesjonałem i daje rozgrzeszenie"
- Mamo, ja zawsze byłam grzeczna, a jak nie, to sama mówiłaś, że nic się nie stało. Będę miała duży prezent?
Był prezentowy wieczór. Ciocia przedziwna przyjechała ze spotkania z Mikołajem z dwoma pudełkami różowej barbie po brzegi wypełnionymi słodyczami, jogurtami, misiem i ogromną flaszką płynu do kąpieli - hehe - barbie. Płyn był boski, tulony, kochany. Nie, nie misio, płyn.
- Julia, mikołaj mi powiedział, że strasznie się spieszy, ale na ciebie popatrzy i być może będzie miał jeszcze jeden prezent... - Przedziwna bawiła się szampańsko, ja też.
- Dotykałaś tej jego miekkiej brody? - Zapytałam. - On chyba jest piękny, co?
- On sie bardzo śpieszy, by zdążyć do wszystkich dzieci. Nie miał dla mnie czasu. Ale do Julii może jeszcze przyjdzie. - ...
Dziecko w końcu poprosiło o piżamy, bo powieki opadały. Było kilkanaście po dwudziestej pierwszej, dotrwanie do tej godziny jest już dla Miśki wielkim wyczynem. Poszłam do miskowej sypialni, a przedziwna do auta. Powoli ubierałam dziecko czekając na sygnał, że można zaczynać...
- Julka, Julka, szybko, mikołaj ucieka, widziałam! - Ryknęła przedziwna.
Dziecko boso pognało do kuchni.
- Gdzie, uciekł? Ale jak tu był?
- No był, widziałam kawałek jego buta i nie zdążył okna zamknąć za sobą! Chyba coś dla ciebie tu zostawił.
Misia rozejrzała się przed sobą, ale nie za sobą. Lekko sposępniała...
- Tutaj położył, byłaś grzeczna! - Przedziwna wyjęła paczkę zza kuchenki.
Miśka zachłysnęła się szczęściem. Karetą barbie ciągniętą przez wielkiego konia.
- Ten mikołaj mnie kocha i byłam grzeczna! - Zabawka przerosła jej wyobrażenia, bo zmęczona zamiast zaciągnąć jak zwykle nowość do łóżka, zaparkowała karetę obok telewizora i położyła się spać, każąc sobie, po wielu miesiącach przerwy włączyć teletubisie.
My, stare krowy bawiłyśmy się mikołajkowo-szampańsko i z ogromnym zaangażowaniem.
- Do ciebie też przyszedł Mikołaj - Zaśmiała się przedziwna, kiedy Miśka na dobre odpłynęła. Wyjęła z torebki dobrą wódkę i paczkę fajek... Właśnie kończę moją mikołajkową wódkę. Po takiej nie ma kaca, nie? Się przez tego mikołaja zasiedziałam...Matko! athina 2008-12-06 03:16:46skomentuj (6)

Zoologicznie


Moja ciocia Kasia zaszła. W dzieciństwie dostawałam od niej siarczystego kopa za słowo "ciocia", wszak młodsza jest ode mnie o rok cały z hakiem. Chude to zawsze było, wątłe, ale kopa miało, że ho, ho! Musiałam z bólu spuszczać jej wpierdol. Poza tymi wyjątkowymi sytuacjami do dziś żyjemy w absolutnej zgodzie.
Ciąża, czwarta z kolei okazała się słabowita, wystepują drobne plamienia, dlatego lekarz polecił cioci oddanie kota w dobre ręce.
Nigdy z Miśką nie ukrywałyśmy, że jesteśmy oczarowane Maciejem, jego spokojem, łagodnością, czystością, i że byśmy go chciały, dlatego trafił do nas. Ma półtora roku, wychował się z psami, toteż Mijo wcale mu nie przeszkadza. Zaś pies ma nowego kompana do zabawy, oczywiście wtedy, kiedy Maciej ma na to ochotę. Gdy nie ma, a młody pies jeszcze nie rozumie, kiedy kota należy zostawić w spokoju, zgarnia kilka szybkich z liścia i odchodzi zdziwiony.
Gdy Kasia zadzwoniła z prośbą, o zabranie jej kochanego kotka, reakcja Miśki wywołała u mnie wytrzeszcz. Z mojej strony padły następujące słowa: Cześć, ok, a u was? Aha, no nie ma sprawy, jasne, że wezmę. Nie, teraz nie, za jakieś dwie godziny. Przy czym ja stałam w kuchni, Miśka leżała w pokoju. Pożegnałam się, a moje dziecko krzyknęło:
- Mamusiu, jedziemy po kotka?! - Medium jakieś, czy co? Albo coś mi umknęło.
Babcia była bardzo smutna, że zabieramy Macieja, jej pupilka. Łamiącym się głosem wyszeptała, - U Dorotki będziesz miał dobrze, mój kochany. Tutaj te pierdolowane psy ci tylko z michy wyżerały. - Ucałowała w łepek i podreptała do pokoju.
Bałam się, że kot będzie smutny, stęskniony i nam niechętny. Jakże się myliłam. Posiedział ćwierć dnia pod szafą, ćwierć pod piecem i było po tęsknocie. Trochę go podkupiłam wędzonym łososiem, nie ukrywam i szynką. No dobra, i surowym mięsem. Ale to dla wspólnego interesu.
No i mamy kota, czarnego łotra z białą koloratką jak u klechy. Miśka jest zachwycona. Kociara moja jedyna.
Jeszcze wesoła anegdota w życia rodziców, opowiedziana mi przez matkę.
- ...Leżałam zwinięta w kłębek od ściany, gorączka mną telepała, usiłowałam zasnąć. Za mną leżał ojciec i nagle słyszę: "Niuniuś, przykryj się, bo zimno!", czuję, że kołdra ze mnie zjeżdża, a on tego swojego jamnika otula! Ty widziałaś? Niuniuś! - Ojciec też na starość dewocieje.
Aha, szwagier chodził trochę smutny po oddaniu jamnika rodzicom, ale siostra była nieugięta. Jak ciąża, to bez zwierząt. Jednak udało mu się nakręcić ją na rybki. Uważam, że na to hobby trzeba mieć od cholery kasy. Zjadają się te ryby, sną. Cyrki świata się w tym akwarium wyprawiają, a siostra tylko lata i dokupuje. Ostatnio pokazała mi jedną.
- To z tych rekinowatych.
- Tak? - Przybliżyłam gębę do szyby w poszukiwaniu znamion rekina.
- Co, nie widać? Przecież jak dwie krople wody - fuknęła Karina.
- Masz rację, spojrzenie iście to samo.
Ryba ma trzy centymetry.
To do następnego. Przyozdobiliście już chałupy? Ja jeszcze nie. athina 2008-12-15 12:18:46skomentuj (10)
Fekalicznie

O jezuuuu, jaka jestem od rana wściekła! Mijo, stary byk postawił w nocy w przedpokoju trzy klocki i to żadne rozwolnienie. Trzy suche kupska i kałuża szczyn. Nie wiem, co to miało znaczyć. Jakiś manifest, kurwa, czy zwykłe, a zesram się, co mi tam. Co mi tam skończyło się pyskiem w odchodach i siarczystym kapciem na dupsku. Dość się nasprzątałam po nim i nie pozwolę więcej na takie historie.
Cztery i pół godziny spędziłam w poczekalni i u lekarza. Przedziwna w tym czasie piastowała u mnie w domu Miśkę. Jakie to szczęście mieć przyjaciół. Maciej na gościa w domu zareagował dość kocio. Naszczał do węglarki. W głowę zachodziłam, czym mogłam go wkurwić, ale wspólnie z Szeherezadą doszłyśmy do wniosku, że kot jeszcze jest w stresie i co to za porządki, że jego nowa mama wychodzi, a zostaje inna kobieta. W dodatku kobieta owa używa Kenzo Elefant, no to mam. Wytransportowałam węglarkę na balkon. W sumie mogło się skończyć olaniem mi łóżka, więc powinnam uważać się za szczęściarę. Chciałam pana i władcę, to mam.
Mój wspaniały i mądry prezes złożył rezygnację, poprzedzoną straszliwą awanturą we Wrocławiu. Niestety, nie znam jej szczegółów, ale mogę się domyślać, że współpraca z imbecylami przestała mu odpowiadać.
Wielomilionowa inwestycja tonie, bo Impel, to gniazdo komunistów wzajemnie głaszczących się po główkach.
Derehtor nadal robi pracowników w chuja, a obok inna firma buduje halę produkcyjną. Wiosną mają tam być przyjęcia do pracy. Nie szanować i kantować siłę roboczą w trzydziestotysięcznym mieście, jest jak podpisanie na siebie wyroku. Tłumaczyłam to kiedyś tej Turczynce, ówczesnej kierowniczce produkcji. Derehtorowi mi się nie chciało, przecież on wie lepiej. Trzeba mieć nie lada brak talentu, żeby zmarnować największą i najnowocześniejszą w tej chwili pralnię w Polsce. Ostatni kontrakt przyniosłam ja w lutym, kiedy wygrałam przetarg na 27 ton miesięcznie. W międzyczasie firma zatrudniła dyrektora ds. sprzedaży z Krakowa. Mieszkanie, nowa VW Jetta, komórka, laptop i bicie piany, a zero kontraktów. W Impelu jak się ma stanowisko dyrektorskie, to żyć nie umierać. Impel uwielbia utrzymywać trutnie.
Toteż chuj Impelowi w serce. Tam naprawdę nie ma miejsca dla młodych, kreatywnych, charakternych. Za to jest dużo miejsca pod stołem na robienie loda.
Dlatego mój prezes jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że jest najlepszy. Trzymam za niego kciuki, by pokonał to cholerne raczysko. athina 2008-12-18 20:50:12skomentuj (5)
Pogrzebowo

Kiedy to ja pisałam o brutalnym morderstwie popełnionym na koleżance moich rodziców? Jakoś około siódmego listopada, co nie? Później była sekcja zwłok, dochodzenie, a moja mama codziennie dzwoniła do pogrzebowego, żeby dowiedzieć się kiedy MOPS da kasę i Ula spocznie. Codziennie rano dowiadywała się, że jeszcze nie, że policja szuka rodziny. Znaleźliśmy córkę, mama poszła z Jadzią do niej do pracy. I jak to moja mama, grzecznie, spokojnie mówi w czym rzecz, że ponieważ pracuje, jest ubezpieczona, może dostać pieniądze z ZUS-u na pochówek matki. Córka naprychała na moja mamę, żeby sobie poszła precz, bo ona teraz pracuje. I, kurwa, jak to moja matka, grzecznie, ja cież pierdolę, spokojnie przeprosiła i chciała odejść. Ale Jaga mnie nie zawiodła. Oparła sie o ladę i wycedziła:
- Ty kocmołuchu jebany, matki nie pochowasz, szmato? Kiedyś może cię to samo spotkać. I pamiętaj suko, kiedy tylko cię spotkam na dzielnicy, będziesz bita i kopana!
Córka najwyraźniej się nie przestraszyła, bo pochówku się nie podjęła. A mama dzwoniła i dzwoniła do pogrzebowego i nic, kurwa i nic!
Przedwczoraj rozsierdziłam się na dobre, bo przyjechała do mnie z Jagą i się rozpłakała.
- MOPS już dwa tygodnie temu przekazał pieniądze, ale oni ciągle mówią, że już mają komplet i może za dwa dni, może za trzy. A ta Ula nie daje mi spokoju. Telewizor mi gasi, światło, ostatnio klucze z drzwi wypadły.
- Bo frajerstwo ma w dupie, co tam taka Ulka, niech gnije i czeka! - Poczerwieniała Jaga.
W piątek rano, przy okazji koniecznej kontroli własnej i Miśki u lekarza, podjechałam na cmentarz. Miałam zamiar zrobić dziką awanturę i zagrozić, że jeżeli w poniedziałek nie będzie pogrzebu, napuszczę na nich prasę. Ale nie miałam siły. Zdenerwowanie wylało na mnie siódme poty. Wlazłam do tego kantorka, bo trudno nazwać to biurem, siadłam na krzesło, by nie upaść i się rozryczałam. Że tak nie można, że kobieta prosi o spoczynek, że trzeba mieć serce... I wypłakałam na wtorek na dziewiątą rano. Ba, dostałam dwie klepsydry za friko. Poprosili jedynie o jakieś ubranie dla Uli.
Mama rozwiesiła klepsydry, wygrzebała z szafy elegancką spódnicę, czarny, delikatny sweterek, kupiła buty, pończochy, bieliznę i zawiozła dziś do pogrzebowego. Zadzwoniła do mie po południu w dobrym humorze.
- Tak mi się lżej na duszy zrobiło. Może wreszcie ta Ula da mi spokój.
Tatuś wzięli słuchawkę od mamy. Tatuś są w matrixie, w dzień śpią, w nocy piją i mało go realne sprawy obchodzą, ale chciał się dowiedzieć, jak załatwiłam ten pogrzeb. Oczywiście ważne było, żeby scenariusz był taki:
- Wpadłam wkurwiona, wyzwałam ich od bezduszników. Ryknęłam, iż wiem, że MOPS już dawno zapłacił i jak nie będzie pogrzebu w poniedziałek, to napuszczę na nich dziennikarzy. No, ale mocno prosili, by im dać czas do wtorku rano. - Kłamałam bezczelnie.
- Ja wiedziałem, że jak ty tam pojedziesz, to załatwisz na biegu, córciu.
Abuehuehue! Matka też trzyma moją wersję. Niech tatuś się cieszą, że płynie w nas gorąca krew.
Ciągle nic nie zrobiłam, okien myła nie będę, bo nie mogę. Raz mogą być sobie brudne, pierdolę to. athina 2008-12-20 20:09:28skomentuj (6)
U proboszcza

Wspólnie i w porozumieniu uzgodniliśmy, że do księdza pójdziemy w poniedziałek, czyli dzisiaj po siedemnastej i skłamiemy, że dopiero dziś dostaliśmy informację o jutrzejszym pogrzebie Uli. Mi obecność księdza generalnie dynda, ale matka się uparła, że Ula by sobie tego życzyła, poza tym taki biedny pogrzeb i jeszcze bez księdza. W sumie sporo w tym racji, żyjemy w takim, a nie innym kraju.
Ojciec godzinę wcześniej się obudził i on też będzie jechał, bo nie lubi siedzieć sam w domu. Palnął setkę na drogę, przyszła Jaga i w piątkę, bo z Miśką oczywiście pojechaliśmy do katedry. Na drzwiach wisiała sympatyczna kartka z informacją, że od dnia 22 kancelaria jest nieczynna z powodu spowiedzi parafian. Na pierwszym piętrze świeciło się światło, toteż tatuś donośnie wyraził swoje niezadowolenie, że najchętniej zajebałby w nie cegłówką. Co cicho? Fuknął na mnie.
Podeszło młode małżeństwo, przeczytało kartkę i kobieta nie mogła opanować zdenerwowania.
- Przez cały dzień nas wodzą za nos, byliśmy tutaj o dziesiątej rano, to kazali przyjść po 17.00 i proszę!
Mężczyzna począł napierdalać w każdy guzik domofonu. Odezwała się jakaś stara baba.
- Slluucham.
- My do księdza w sprawie pogrzebu - wypluł mężczyzna do urządzenia.
- To proszę wejść i poczekać w holu. - Dobrze, że ci ludzie się pojawili, inaczej pojechalibyśmy do innego kościoła.
Weszliśmy, ojciec został na zewnątrz. Matko, całe szczęście.
Kiedy kobieta weszła do kancelarii, zszedł stary proboszcz.
- A państwo w jakiej sprawie? - Nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej jak stary zrzęda, - wichura zniszczyła witraż w kościele, pani na pewno wie, słyszała? - Wskazał ręką na mnie, bo ja przecież wyglądam na krzyżem w kościele leżącą, zwłaszcza z racji wieku oraz tulenia dziecka do piersi. Skinęłam głową na znak, że sprawa jest mi znana. Bynajmniej. - A taka naprawa będzie kosztować pięćset tysięcy złotych... - teatralnie zawiesił głos, - i skąd tu wziąć te pieniądze? Jaga, nie odzywaj się pomyślałam z przestrachem, ale widocznie nie doceniłam jej zaangażowania w pomyślny finał sprawy, bo siedziała jak trusia. - To w jakiej sprawie?
- Chciałybyśmy prosić o ostatnią posługę dla koleżanki zamordowanej... Z kancelarii wyszła kobieta.
- To proszę, proszę. - Proboszcz szerokim gestem zaprosił nas do pokoju.
- Ty nawijaj, ja będę cię asekurować. - Jaga szepnęła mi po drodze do ucha.
Jako ta pierwsza rozsiadłam się z Miśką przy biurku, przed młodym, pyzatym i czerwonym na ryju klechą. Widać było, że wcale mu się nie podobamy. Proboszcz stanął obok niego, a matka z Jagą ustawiły sie obok siebie przy drzwiach, jak uczennice.
- To słucham, w jakiej sprawie. - Stary zaczął któryś raz z kolei.
Pewnym tonem zaczęłam, ale przerwał mi pyzaty.
- Poproszę o akt zgonu.
- Nie mamy, tę kobietę chowa MOPS, a my nawet nie jesteśmy rodziną. - Odpowiedziałam spokojnie.
- Oj, to nie ma o czym gadać, bo my tutaj w tej księdze musimy napisać numer aktu zgonu, - ksiądz proboszcz złożył ręce jak do modlitwy.
- A my z racji braku pokrewieństwa nie dostaniemy aktu zgonu, czy to znaczy, że kobiecie nie należy się ostatnia posługa? - Zapytałam lekko poirytowana, ale nadal byłam bardzo spokojna.
- Dziecko, mamy przepisy, konkordat.
- Gdzie to jest? Ja chcę o tym przeczytać, - wkurw mnie chwytał.
- Ha, ha, chcesz mnie sprawdzać? - Stary popatrzył na mnie z politowaniem.
- Chcę przytoczyć obowiązki księży wobec wiernych.
Proboszcz machnął ręką, odwrócił się ode mnie w stronę matki i Jagi i rzekł - nie będę z tobą rozmawiał...
- To my nie będziemy rozmawiać z księdzem - prychnęła Jaga - idziemy, bo nie mamy pieniędzy na witraże. Ja to w gazecie opiszę, jedziemy do księdza Gacka.
Wstałam, chwyciłam dziecko za rękę, one juz wyszły, a proboszcz zatrzymał mnie w drzwiach.
- W takim przypadku posługa jest za darmo, - odwróciłam się do niego, a po policzkach płynęły mi łzy. - Ale potrzebujemy aktu zgonu.
- Skąd go wezmę, proszę księdza? Ta kobieta miała okropne życie, jeszcze gorszą śmierć, a okazuje się, że przyjdzie jeszcze pochować ją jak psa. - Przepraszam wszystkich niewierzących, ale musiałam tak powiedzieć, żeby dotrzeć do sumienia klechy. I nagle mi zaświtało. Przecież te kobiety w pogrzebowym były takie miłe i współczujące. One muszą mieć chociaż kopię aktu zgonu, wyproszę jutro rano, wybłagam, wypłaczę. Nosz kurwa, ja płaczem umiem wszystko załatwić! Szybko otarłam łzy i podzieliłam się nadzieją z proboszczem.
- Tak może być, tylko proszę rano zadzwonić, kilka minut po ósmej, że jest akt zgonu, - ksiądz też wyraźnie odetchnął. Nawiasem, pogrzeb o 9.30. Nie wiedziałam, jak bezboleśnie zakończyć dyskusję i sobie wreszcie pójść z kancelarii cuchnącej dewocjonaliami i dymem papierosowym.
- Mamo, chodź już - Misiaczek mój kochany, moja mądra dziewczynka.
- Już idziemy laleczko... - Ale proboszczowi przypomniała się Jaga.
- A ta kobieta prasą straszy, że pieniędzy nie ma, a kto ją pyta o pieniądze? Ona poniżyła księdza. - Ocho, to dlatego zatrzymałeś mnie w drzwiach. Pomyślałam z rozbawieniem.
- Proszę księdza, z całym szacunkiem, ale ja nie mogę odpowiadać za innych.
- To po co takich ludzi brać ze sobą... - Tu zawiesił głos i nastawił ucha. Zapadła cisza, w którą wkroczył wyraźny głos mojego ojca z zewnątrz... Ja bym mu chujowi dał witraże...Niech kiecę zadrze na autostradzie i dupy daje...Frajer...Feściak... Proboszcz spojrzał na mnie, ja na niego.
- No chodź, idziemy. - Miśka szarpnęła mnie za rękę. Syknęłam, że zaraz nie spuszczając wzroku ze starego - Nie wiem kto to, księże proboszczu. - Jestem głupia, głupia i jeszcze raz głupia, po chuj w ogóle się odzywałam? Mogłam się znów rozpłakać, lepiej bym zrobiła. Miśka szarpnęła mnie znów za rękę i rykneła: - To dziadek, chodź!
Proboszcz pokiwał głową.
- To ja jutro rano zadzwonię i serdeczny bóg zapłać. - Wzięłam kartkę z numerem zapisanym przez pyzatego i wyszłam pąsowa. Szarpnęłam ojca za mankiet. Wstyd! Wstyd?! Oni, kurwa nie wiedzą co to jest wstyd! Nie szarp mnie, bo zaraz się tu rozsiadę jak mi się zechce. Kiecoki pierdolone, gdyby nie naród, to ta ich inteligencja racji bytu by nie miała, lepiej by na naukę dla lekarzy dawać, a nie na darmozjadów. Co tato?! Kit wciskają od tysiecy lat, Polacy to ciemna masa... I tak było przez całą powrotną drogę! I tak jest z nim zawsze... athina 2008-12-22 21:22:57skomentuj (11)
Cuda, cuda ogłaszają!

Mam nadzieję, że mieliście święta w dechę, jak ja!
Wigilia u rodziców skończyła się ciut po trzeciej nad ranem, kiedy obie z matką, bo tatuś już spali, zaczołgałyśmy się do łóżek. Ona do swojego męża, ja do Miśki i chrześnicy, tulących prezenty. Miśka spała z elektryczną szczoteczką do zębów barbie.
Następnego dnia obudziłam się zmasakrowana, bo mój okres abstynencji był zdecydowanie za długi. Ale oddech mi się wydłużył, jakaś zdrowsza się czułam, poza głową. Tam działy się bowiem różne brewerie.
Odstawiłam dzieciolandię na śniadanie do salonu, żeby dziadkowie sie z nimi użerali i wróciłam do ojcowego pokoju dosypiać. Przeraził mnie mój stan zwłaszcza, że na 14.30 byłyśmy z Miśką zaproszone do przedziwnej i Wiesi. Mieli się tam spotkać wszyscy bliscy przyjaciele. A jeszcze należało pojechać nakarmić Macieja.
Spóźniłyśmy się o ponad godzinę. Bisiada już trwała... Marlena, Czesia, Irenka i Zygmunt uśmiechnięci siedzieli przy stole, a gospodynie krzątały się wokół nas. Miśka wręczyła im kawę dla Mikołaja, który w nocy zagląda do domu cioci, pije kawę i zostawia brudną filiżankę, żeby wiedziały, że był.
- Ciociu, jak Mikołaj znów zostawi brudną filiżankę, to nie myj, ja umyję. - Powiedziała podekscytowana Miśka.
- Dobrze, to teraz chodź, zobaczymy, co dla ciebie przyniósł. - Przedziwna mrugnęła do mnie okiem.
W salonie na ławie położyła dwie paczki. Miśki była mniejsza, moja nieco większa i płaska. Dziecko ochoczo jęło rozrywać świąteczny papier, aż wyskoczyły z niej trzy śliczne, kolorowe obrazki na ścianę.
- Kochanie, te obrazki zrobiły dzieci z domu dziecka. - Przedziwna uważnie obserwowała reakcję Miśki i była wyraźnie rozbawiona brakiem szaleńczego entuzjazmu największej fanki koni w dziejach naszych najbliższych. - Ale Mikołaj zostawił dla ciebie coś jeszcze. - Otworzyła kredens i wytaszczyła pokaźne pudło. Już sam jego rozmiar wprawił Miśkę w ekstazę. Małymi paluszkami zaczęła rozrywać papier, mrużąc przy tym oczy i zaciskając zęby...
- O jeziu! - Jęknęła, gdy przez okno pudła uśmiechnęła się do niej różowa postać interaktywnego konia. Porzuciła na chwilę rozrywanie papieru i ramionami objęła karton. Zachłysnęła się własnym oddechem krzycząc:
- Mamusiu, mamusiu, ja go nazwę Róża! - Następnie długo tańczyła i wzdychała, zanim razem z przedziwną uwolniłyśmy Różę z kartonu oraz masy drutów zabezpieczających. Dziecko z koniem pobiegło do ciotek i wujka, a ja w spokoju, ale z nie mniejszym podekscytowaniem zdarłam papier z mojego prezentu - wielkiej, dezajnerskiej, fioletowo czarnej torebki. I też się do niej przytuliłam!
- Jesteś szalona. - Objęłam przedziwną.
- E tam, może ostatni raz jest mnie stać na prezenty dla bliskich. - Powiedziała.
Poszłyśmy do stołowego wznieść toast za Nowonarodzonego. Zaśpiewaliśmy dla Miśki, która w przedszkolu rozpoczęła naukę kolęd "Dzisiaj w Betlejem...", a ona zawstydzona schowała się za moim krzesłem. Mało nam było, więc rozwinęliśmy repertuar o następne. Śpiewająco przywitaliśmy Marysię, Wiesi przyjaciółkę i o jeden głos więcej kontynuowaliśmy radość z cudu tegorocznych narodzin.
Piwo i wino lało się hojnie, a nam gęby nie przestawały się zamykać. Noc była coraz ciemniejsza i wraz z upływem godzin stopniowo temat pieśni się zmieniał. Było ich tyle, że spamiętać nie dałam rady. Świadomość, że muszę to zapisać wróciła przy "Rozkwitały pęki białych róż..." Wiesia przyniosła śpiewnik biesiadny i wywyliśmy go gdzieś do połowy. W którymś momencie wstał Zygmunt i zmusił nas też do wstania słowami: "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił. Polski my naród polski ród, królewski szczep piastowy!"
I tańce były oczywiście, przy dzwiękach naszych wyczynów wokalnych... Aż poszłam przenieść Miśkę śpiącą w salonie przy telewizorze do sypialni. Poleżeć przy niej jeszcze chwilę i obudziłam się rano w opakowaniu.
Cały drugi dzień minął na wspominaniu tego pierwszego, nieustannym chichraniu się i odpoczynku.
Dziś w południe z przestrachem gnałam do domu, odebrawszy wcześniej Mija od rodziców, bo Maciej, bo Maciej. Tato tylko burknął, że psy ukradły pieczoną karkówkę i całą opierdoliły. Jak święta, to święta.
Maciej bardzo tęsknił. Raz po raz spoglądam jak śpi obok Mija na jego posłaniu i w głowie szumi mi "...Cuda, cuda ogłaszają!" athina 2008-12-27 19:39:22skomentuj (7)


Samochód widmo
Pan Rychu jest ojca kolegą od 35 lat. Nigdy nie błyszczał inteligencją, a na starość rozum jeszcze bardziej mu się przytępił. Jego żona, Władka wyszła 15 lat temu po zakupy na święta i dotąd nie wróciła. Mieszka we Włoszech, a Rychu śmieje się, że jak wyszła, to kiedyś wróci.
Od tego czasu stał się uzależniony od ojca i jakiekolwiek decyzje konsultuje najpierw z nim lub moją matką.
Kilka dni temu, wchodząc do rodzicielskiego domu, dobiegł mnie podniesiony głos ojca:
- ...to tumanie trzeba było najpierw przyjść do mnie, a nie podpisywać!
- Ty byś synowi nie podpisał?! - Odszczeknął się Rychu.
- A w życiu! Przecież to jest mina! Synalek w dupę kopany! Teraz idź i zapłać to OC, myślisz, że ci podarują?
- Co się dzieje? - Zapytałam matkę zawijąjącą farsz w liście kapusty.
- Rycha syn sprzedał mu w styczniu samochód, jakieś problemy miał, podpisał z nim umowę kupna sprzedaży, a samochód przehandlował na części na złomowisku. Teraz urząd skarbowy się go czepia. - Powiedziała zamyślona.
Pan Rychu poszedł opłacić OC za samochód widmo, ale to nie załatwiało sprawy, bo co? Miałby płacić za niego do końca swoich dni? Żeby się pozbyć tego obciążenia, musiałby albo przedstawić zaświadczenie o zezłomowaniu auta, albo umowę kupna sprzedaży. O przedstawieniu prawdy nie było mowy, przecież nie wkopie syna, nawet jeżeli syn wkopał jego. Takie są prawa dzielnicy.
Ojciec dumał dwa dni. Jeździli razem na złomowisko, żeby załatwić lewe zaświadczenie, ale się nie dało. Nawet za sporą kasę. W końcu tatuś załatwili...
- Idź do tego Mietka, wiesz którego, co koło gnojówki mieszka. Gadałem z nim, dasz mu dwie stówy i kupi od ciebie. Jemu już wiele życia nie zostało, tylko patrzeć jak kojfnie. I flachę weź, bo on teraz strasznie chleje. - Tatuś byli z siebie dumni.
- To chodź ze mną, - Rychu popatrzył na niego błagalnie.
- A daj mi spokój, tam u niego śmierdzi jak w chlewie, wiesz, że ja zaraz będę rzygał. Mało ci załatwiłem? Dzidziuś, kurwa, wiecznie za rączkę go prowadź...
Wczoraj Rychu przyszedł do rodziców na kawę, gdy ja właśnie zalewałam swoją.
- Sprzedałem, proszę pani, niech mi też zrobi, - zwrócił się do mnie.
- Co pan sprzedał?
- No, ten samochód. Mietek podpisał umowę. - Uśmiechnął się szeroko.
- Ja pierdolę, takie dziwy, to tylko w naszej dzielnicy się dzieją. Kupują auta widma. Niech pan zgłosi teraz w urzędzie skarbowym fakt sprzedaży.
- No zgłoszę, zgłoszę, hehe...
Na to wszedł ojciec.
- Ciesz się, jełopie, ciesz...Jak zacznę pić, to bez litra się tu nie pokazuj.
- A kiedy zaczniesz pić? - Śmiał się Rychu.
- Nie wiem, a co, juz cię boli moje życie w trzeźwości? Lepiej zbieraj kasę na pijaństwo.
Pomysły mojego ojca już nieraz wprawiły mnie w osłupienie. W naszej dzielnicy wszystko jest możliwe... athina 2008-11-01 10:25:54skomentuj (5)

Zostaw, nie ruszaj, chodź tutaj!

- Masz plany na sobotę? - Zapytała przedziwna w czwartek wieczorem.
- Planowałam spacer z Miśką po cmentarzu, gdy się ściemni, żeby jej pokazać magię zniczy. - Odpowiedziałam.
Rodzicom odmówiłam wspólnej wyprawy na groby, bo ojciec wśród tłumów robi się bardzo nerwowy. Gna jak dziki, klnie pod nosem nie mogąc kogoś wyprzedzić, się kurwa wleką jak na skazanie, toteż na kontemplację nie ma mowy. Poza tym rokrocznie odwiedza kumpli z dzielnicy i niezmiennie ma problemy ze zlokalizowaniem miejsc ich spoczynku. Tu był grób i co? A tam, będziesz pierdoliła, tu był! Potem się okazuje, że jest w innej części cmentarza. Jako jedyna nie umiem sie powstrzymać od komentarzy, że pewnie nieboszczyk zabrał swoje M1 i się przeprowadził, na co ojciec reaguje, Weź się zamknij! Za chwilę awantura gotowa, dlatego wolałam tylko z Miśką.
- To przyjadę po was za kwadrans druga, pojedziemy do nas na obiad, a potem na cmentarz, co ty na to? - zapytała przedziwna.
- Zgoda.- Moja przyjaciółka w tym roku pożegnała tatę. Jej i jej mamie naprawdę nie jest lekko. Z tą śmiercią nikt nie może się pogodzić. Przyszła tak, jakby w lipcu nastała zima. Niedowiary. I bunt, że dlaczego, że jak to? Że to jest, kurwa, jakaś złośliwość! Tylko nie ma komu nawrzucać, przypierdolić. Trudno znieść to pokornie. Z moim kochanym wujkiem było mi o tyle łatwiej, że był ciężko chory.
Mijo jak zwykle walczył ze mną pod drzwiami do ostatniej chwili. Nie odejdę i chuj mnie obchodzi twoje gadanie, że zaraz wrócisz i mam pilnować domu. Koło pompki mi to lotto, ja chcę z wami. Wraz z przekręcaniem klucza w zamku rozpoczął arię operową. Cztery oktawy, nie mniej. Niewzruszona podążyłam z dzieckiem do auta czekającego na dole, bo wiedziałam, że słuchowisko zaraz się zakończy, a zacznie bestialski gwałt na pluszowym lwie. Mijo da upust swojej wściekłości, lwa potem położę na szafę. A gdy będę przekręcała klucz w odwrotną stronę, to ze świadomością, że nie mam w domu ruiny.
W tym roku tłum mierził i mnie. Miśka po raz pierwszy bez wózka, więc oczy miałam wszędzie, bo ile trzeba, by dziecko zgubiło matkę? Spojrzałam, przyspieszyła kroku i pewnie podążyła za czarnym płaszczem. Sprytnie ominęła ludzi prących z przeciwka, nadgoniła stracone sekundy, by znaleźć się za innym czarnym płaszczem. Zaś dziewczynek w różowych kurtkach jak makiem zasiał. Śledziłam ją i zastanawiałam się, kiedy złapie płaszcz za rękę. Ale ona jak zaczarowana, przystawała, patrzyła na świeczki, podskakiwała, pogwizdywała, znów podbiegała, do trzeciego czarnego płaszcza... Nie wytrzymałam, przywołałam. Zdziwiona popatrzyła to na mnie, to na płaszcz przykryty już brązową kurtką. W tej sytuacji pozwoliła poprowadzić się za rękę. Tłum jest jak labirynt. Oby nie stracić z oczu króliczka.
Przy grobie Leonarda odetchnęłam. Napięcie puściło. Zbierając energię na powrót strofowałam Miśkę, że na nagrobkach nie wolno siadać, że nie wolno zrywać ani jednego kwiatka, choć jest ich tak dużo. Nawet płatka kwiatuszkowi nie można wyrwać! Mam ci wyrwać włos z głowy? Znicze mają stać dokładnie tu, gdzie stoją, nie wolno ich przestawiać. Nie wolno przenosić świeczek, nawet gdy są takie ładne, to nie nasze!
Godzina absolutnych zakazów, uciążliwej edukacji, zniesmaczonych min starych pierników dała upust odbytem.
- Mamo kupę! - Zobaczyłam marsa. Czerwoną bezludną planetę, gdzie bez chwili zastanowienia ściągam dziecku gacie, a ono siedząc na moich nadgarstkach, machając beztrosko nogami rębie kupę i jest przeszywająco na wskroś ustronnie.
- Musisz jeszcze wytrzymać! - Warknęłam.
- No to zaraz się zesram! - Masz mi jeszcze coś do powiedzenia? Spójrz mi prosto w oczy i powiedz, że mam srać w gacie!
Złapałam dwie paczki chusteczek podanych mi w jednej chwili, drugą ręką chwyciłam ciepłą rączkę i lotem błyskawicy posadziłam srela w toi toju.
- Mamo - powiedziała siedząc na paczce chusteczek tworzących izolację między deską, a tyłkiem. - Tutaj jest za dużo ludzi, ja nie mogę zrobić kupy. Ja chcę iść do domu!
Bez komentarza... A dzień zaduszny spędziłam w domu. athina 2008-11-03 01:14:33skomentuj (11)

Tylko dla dorosłych

W telefonie odezwał się zapłakany głos mamy:
- Przyjedziesz dzisiaj? - Zapytała cicho.
- Przyjadę...Nie wiem...Czekaj...Co się stało? - Struchlałam.
- Ech...Przyjedź, to ci powiem.
Zostawiłam w pierony rozgrzebane, sobotnie porządki, wyłączyłam pralkę, naciągnęłam na dupę wczorajsze sztruksy, chwyciłam Miśkę i pognałam do auta. "Kurwa, zupa, zupa!" Uuuuch, nienawidzę się wracać. Wyłączyłam, usiadłam na krześle, "raz, dwa, trzy, czery..." i puściłam się pędem do czekających w samochodzie Miśki i Mija.
Zastałam ją w domu samą.
- Co się stało?! - Krzyknęłam, bo miałam szczerze dość niewiadomej, która skręcała mi kichy od kilkunastu minut. Los mnie ostatnio nie oszczędzał przecież.
- Buuuu, U...Ula nie...nie ż...żyje, zza...zza...zaabili ją - matka skuliła się jak skopany pies i szlochała.
- Jak zabili?! I czego mi przez telefon nie powiedziałaś, zawiozłabym dziecko do Kariny!
- Ja nie pomyślałam - ocknęła się natychmiast, ale szloch nadal wstrząsał jej ciałem.
- Dobra, idź do salonu i siadaj tam. Misia, chodź, mama ci włączy bajki u dziadka w pokoju. - Zamieniłam się w maszynkę.
- Babcia Ula nie żyje? - Zapytało dziecko, a potem oświadczyło, że nie chce bajek, że też idzie do salonu. Jeszcze bardziej wściekłam się na matkę.
- Nie wiem, kochanie, czy nie żyje, może babci się tylko przyśniło, - dla dobra sprawy zrobiłam z matki debilkę. - Jak porozmawiam sama z babcią, to ci później wszystko opowiem i pójdziemy kupić czekoladę. Umowa stoi? - Trudno było mi ukryć zniecierpliwienie.
- Stoi - Miśka patrzyła podejrzliwie.
- To przybij piatkę i włączamy telewizor.
To, czego się dowiedziałam, zmroziło mi krew w żyłach...
Ula była mamy koleżanką od lat. Poznały się, kiedy Ula była po rozwodzie i wiodła normalny żywot kobiety samotnej, pracującej. Później związała się z facetem, o którym mama nie miała dobrego zdania, odradzała jej tę miłość, ale ileż można wtrącać się w życie dorosłych? Mijały lata, Ula przez ten czas bardzo się rozpiła, jednak pozostała dobrą, poczciwą, życzliwą ludziom Ulą. Jej facet umarł. Popłakała trochę, a już wczesną jesienią szepnęła mi na ucho, że teraz naprawdę odpoczywa. Pomyślałam naiwnie, że z czasem może i zniekształcona biciem twarz wróci do dawnych kształtów. Szanowałam tę kobietę, a Misia nazywała ją babcią Ulą.
Jej facet miał córkę, Beatę, kocmołucha o dwa lata ode mnie starszego Cała dzielnica ją miała wzdrygał się zawsze ojciec, gdy była o niej mowa takiej szmaty w życiu nie widziałem. Dwóch jej nieletnich synów zabrało pogotowie opiekuńcze. Najstarszy ma 21 lat. Ładne imię ma, Łukasz. Święte. Jednak do grona świętoszków nie należy, nie, nie. Typ spod ciemnej gwiazdy. Niedawno wyszedł z więzienia, ale w domu matki nie było dla niego miejsca, więc trafił do noclegowni. Może ktoś wierzy w resocjalizację młodych skazanych, ja nie. Moim zdaniem powinni być okryci intensywną opieką kuratorów zaangażowanych w swoją pracę.Facetów z autorytetem. Ale w naszym kraju, póki co, nie ma takich. Instytucja kuratora zamieniła się w babiniec na szpilkach i z tipsami. Nie ma dla nich miejsca między noclegowiczami. Ludźmi z marginesu.
... Zmasakrowane, pocięte na części ciało Uli leżało pod ławą w pokoju. Tułów od pochwy do szyi rozpłatany został na dwie części. W klatce piersiowej porobiono dziury, a w nie powsadzano niedopałki papierosów. Doniósł kolega z dzielnicy zabierający zwłoki.
- Ja nie umiem tego zrozumieć, dlaczego? - Matka wtuliła twarz w moje ramię. - Jeszcze wczoraj w południe była tutaj w drodze z zakupów. - Była w absolutnym szoku.
- Już dobrze, uspokój się. Gdzie jest tato?
- Zabrali go na przesłuchanie, a ja boję sie iść sama po węgiel. Pójdziesz ze mną? - Była w jeszcze większym szoku, niż myślałam, bo jaki węgiel w tej sytuacji? Są też grzejniki!
- A dlaczego wzięli ojca?! Co ojciec ma z tym wspólnego?! - Poczerwieniałam.
- No nic, dochodzenie, u nas była widziana ostatni raz żywa.
W sekund trzy wsadziłam towarzystwo w auto i pojechałyśmy pod komendę. Deszcz się rozpadał. Na dyżurce dowiedziałam się, że tatę jeszcze przesłuchują. Mama poza domem wyraźnie się uspokoiła, Miśka "zasła" w foteliku. Wyszedł ojciec. Smutny, blady i przerażony. Pokazali mu zdjęcia zwłok. Nie chciał o tym mówić, ocierał łzy.
- Podobno Łukasz się przyznał, ale, że tylko patrzył, a dwóch jego kolegów pastwiło się nad Ulką... Kto to widział, tak zabić... - rzekł jakby w próżnię, uchylił przednie okno, wpatrzył się w mijające wraz z prędkością obrazy i do dziś nie wydał z siebie dźwięku, oprócz porannego "wypuść psa", doniosła dziś rano mama. Pojechałam do nich po południu, ale ojca nie było.
- Schował się gdzieś i pije - powiedziała mama. Czy Policja nie zdaje sobie sprawy z tego, że ktoś może być za wrażliwy na oglądanie takiej masakry? Kurwa! Nawet wielki chłop?
Na dzielnicy wrze, o niczym innym się nie mówi. Otwarty siedem dni w tygodniu sklep na rogu zamienił się wczoraj i dzisiaj w schadzkę plotkarek.
- O, pani Dorota, słyszała pani...? - Pani G. złapała mnie za rękę przyciągając do gromady starych babów.
- Słyszałam! Też jedziemy na grzyby, podobno zatrzęsienie! Przepraszam, nie mam czasu!
Wiem, że do dnia pogrzebu ojciec będzie nieosiągalny. On nie daje sobie rady ze śmiercią spowodowaną chorobą, wypadkiem, ba! starością , a co dopiero z czymś takim. Nienawidzę parzystych lat. Niech ten jebany sie już skończy! athina 2008-11-09 23:47:41skomentuj (9)
...Uwielbiam tego greckiego artystę pisane przez duże A...

Mniej więcej tak się czuję. athina 2008-11-13 00:05:52skomentuj (1)
Wochenende

Weekend spędziłyśmy z Miśką wśród świń, krów, piejących nad ranem kogutów, kur uciekających przed kotami oraz sraczu na podworku. Mijo upodobał sobie konie, znikał nam z oczu i obszczekiwał je namiętnie. Gnałam za nim, chwytałam, ganiłam, przywiązywałam do nogi ławki, ale nie mogłam psinę wiecznie trzymać na postrąku.
- Niech pani za nim nie biega, - wtrącił się w końcu sąsiad. - Póki konia nie szczypnie w kostkę, po pysku z kopyta nie dostanie. A jak ruszy Figaro, to ten go wyleczy z brzdękania! Ha, ha, ha!
- Jak? - Zapytałam.
- Ho, ho, ho, przegoni go tak po pastwisku, że trzeba będzie szczeniaka w lesie szukać. Nasze miejscowe wychował, to i temu, miastowemu da radę!
Olaliśmy zatem Mija, zajeliśmy się sobotnim grillem na powietrzu. Roman z niczego wzniecił ognisko, przy którym dzieci tańczyły z kiełbasami nabitymi na patyki. Miśki była najczarniejsza i najserdeczniej oddana mamie. Ja w ramach rekompensaty oddałam jej karkówkę i obie nażarłyśmy się jak prosięta. Oczywiście nie tylko popiołem.
Ukocmołuszone rzuciłyśmy się na posłanie przygotowane specjalnie dla nas. Ku mojej uciesze, reszta towarzystwa też nie miała sił na grzanie wody i mycie czegokolwiek poza łapami i ryjami.
Ćwierkająca dzieczyzna spędziła nas z łóżek we wczesny niedzielny poranek. Oczy miałam plączące się w potylicy, jajecznicę pod kopułą czachy, jeszcze furczącą i z cebulą. Wątrobę w bocznej kieszeni kozaków, zęby w szambie, a resztę zatopioną na amen w sobocie.
Wyczołgałam się spod kołdry i zapragnęłam znaleźć się we własnym domu, łóżku, własnej kuchni, przy własnym, nawet zimnym piecu. Kurwa, na własnych włościach. Gospodarze byli przekochani, nadopiekuńczy, ale ja nic nie poradzę na to, że uwielbiam się wyciągać na swoich meblach i kiedy mi się zechce...
Na pewno kwalifikowałam się jeszcze na jatkę promilową, wsiadając po południu i po obiedzie za kółko. Miśka "zasła" natentychmiast w foteliku, Mijo też. Figaro rębnął parą z nozdrzy, zadudnił kopytami i pies ze skowytem zasłabł pod samochodem. Nosa potem stamtąd już nie wyściebił.
Mencieni jesteśmy tym wiejskim wypoczynkiem, że strach. Że do wiosny nam starczy.
Udałam się dziś na rozpoczęcie przygody z MOPSem w sprawie funduszu alimentacyjnego. Fundusz nie dla mnie, bo o parę złotych przekraczam minimalne 725 zł na osobę z moich dochodów. W tamtym roku co prawda mój dochód własny tego nie przekroczył, ale z alimentami już tak. Fundusz jest jedynie dla najuboższych.
Niedowiary, bo tak naprawdę co ma wspólnego dochód matki z zasądzonymi alimentami ojcu? A jdnak ma!
Chuj z tym, że kolo nie płaci, że muszę dzielić włos na czworo, że w tej sytuacji prawie nie stać mnie na przedszkole dla dziecka, a zrezygnować z niego nie mogę dla dobra Misi. I mimo, iż alimentów nie otrzymuję, liczone mi są do dochodu! Sympatyczna kołomyja. I mam to w dupie. Nic innego nie jestem w stanie zrobić, jak podać pana o podwyżkę alimentów, wtedy szybciej sam się zlokalizuje, niż zrobi to sąd okręgowy.
Czas start, szczęki zaciśnięte, piana...
Uuuuuch, ty, kurwaaaa!...
- "Włoski padluch, prostytutka...Angelina TFU!"-
Autor ukochany. I niech Wa znów zaśpiewa Notis:

Mój fantastyczny Grek. athina 2008-11-17 21:45:39skomentuj (23)

...wisi na włosku

Staram się napisać coś nowego od czterech dni. I nie potrafię. A byłoby o czym. Pokłady złej energii niczym wampiry na dobre zagnieździły się we mnie. Wszystko jest "be", na nic nie chce mi się spoglądać łaskawym okiem. Cholerny agresor się we mnie włączył, większy niż zazwyczaj i z rogami.
Byłam dziś na szkoleniu, w centrum miasta. Objechałam je rano, by znaleźć parking za friko, reszta kosztuje zeta za godzinę. Zaparkowałam na znajomym podwórku, na tyłach deptaka. Tam zazwyczaj przeskakuję przez bramę przelotową, dopadam bankomatu i za minutę odjeżdżam. Dziś nadwerężyłam cierpliwość mieszkańców, ale i zaparkowałam rozsądnie. Tak, aby każdy mógł wyjechać. Kiedy wróciłam, moje auto było zastawione przez trzy inne, a innych 20 zaklinowały te trzy!! Nie zrobiłam zdjęcia, szkoda, ale łatwe jest to do opisania. Normalnie zaparkowane samochody utworzyły podkowę, trzy, w tym jeden ciężarowy pozostawiono na środku, niczym stół weselny i zupełnie nie troszcząc się o to, że godzina sięga szczytu i zaraz zacznie się dramat. Nie było możliwości wymanewrowania, nawet w akcie skrajnej desperacji! Wypaliłam trzy fajki czekając na tych jebniętych kierowców, jakże chciałam, by przyszli! Ale żaden się nie pojawił do końca trzeciego papierosa. Pojawiła się za to pani od samochodu obok i manewrując z przestrachem w oczach zrobiła mi miejce. Dymiąc, podążyłam za wolnością, ale zatrzymałam auto tak, by nikt już mnie nie zaklinował, wrzuciłam luz, wyszłam, wygrzebałam z torebki kartkę, podarłam na trzy części i na każdej napisałam: "Chuju, parkuj z myślą, że nie jesteś sam!". Gyby nie fakt, że musiałam gnać po Miśkę do przedszkola, stałabym tam tylko po to, by się pokłócić. A w szczególności z właścicielem auta, który zaparkował pod kątem 45 stopni, zupełnie już pierdoląc wszystkich, bo na deskę rozdzielczą rzucił sobie znaczek niepełnosprawnego. Jakby ten znaczek był ruchomy i wystawiany w zależności od sytuacji, a nie rzeczywistego przywileju związanego z niepełnosprawnością! Ja już kurwa pomijam fakt, że za parkowanie na ichnich miejscach grozi pięć stów.
Parafrazując. Ciągle jestem niepocieszona. Awantura wisi na włosku. Ciekawe kto się napatoczy w paszczę lwicy. Bezpieczna jest tylko Miśka. athina 2008-11-26 21:53:46skomentuj (7)